Uprzejmie informuję, że żyję.

Trochę mi się nałożyło różnych tematów, ale muszę się podzielić przemyśleniami z ostatnich koncertówek.

Potem zacznę przygodę z DT, założę stosowny temat i będą leciały mini recenzje.
Pomysł na temat uważam całkiem spoko, wrzucamy, słuchamy, oceniamy, pytanie tylko kto będzie propozycje dawał, które następnie będą krytykowane.

Trzeba by przemyśleć formułę.
Co zaś do tematu:
En Vivo - łoooo panie... daj pan spokój... Bruce brzmi słabo, momentami bardzo słabo. Dobór utworów z nowej płyty znośny. Brakuje najlepszego numeru czyli Isle Of Avalon. Oczywiście mamy klasyczne koncertowe wypełniacze - Running Free, Hallowed... Uwielbiam Hallowed, mój top 3 utworów Maiden, ale czy aby na pewno my, jako słuchacze, potrzebujemy 7 wersji tego samego utworu? Przy czym kolejne wersje w zasadzie różnią się wyłącznie formą Brucea, bo albo śpiewa zjawiskowo (Live After Death) albo słabo jak na En Vivo. Kolejne wersje Troopera, 2MTM, Number itd. Nie rozumiem tej polityki Harrisa. Zespół ma w dorobku 17 albumów, jeśli dobrze liczę. Serio na tych 17 albumach nie ma innych utworów, tylko ciągle Hallowed, Number itd? O ile koncertówki z lat 80 są fajne, bo te utwory wówczas były nowościami, a same płyty stanowiły taką formę the best of, tak te same utwory po 30 latach po prostu się przejadły. Jak chce posłuchać Hallowed w fenomenalnym wykonaniu to odpalam LAD, albo RiR i już więcej wydań ten utwór nie potrzebuje. Tymczasem mamy En Vivo, które nie dość, że już jest męcząco wtórne w połowie, to na dodatek Bruce czyni tę płytę jeszcze trudniejszą w odbiorze. Była to pierwsza koncertówka IM, która mi się najzwyczajniej nie podobała. Daję 4/10.
Zaskakująco dobrze natomiast wypadła kolejna koncertówka - Book Of Souls Live Chapter. Bruce śpiewa nieźle, zwłaszcza zważywszy na wiek oraz nowotwór. Przede wszystkim jest w końcu coś nowego. Sporo utworów z nowej płyty. Red And Black na żywo brzmi chyba jeszcze lepiej niż w studyjnej wersji, moim zdaniem to jeden z top utworów. Zagrali starocie, ale jakieś inne w końcu, oczywiście Wrathchild po raz 358 musiał być, ale mamy Children, mamy Powerslave, mamy Wasted Years, w końcu nie ma Hallowed, jak się okazuje, da się ułożyć setlistę bez Hallowed. Szkoda, że nie udało się wymienić troopera. Dali Blood Brothers - choć uważam, że na BNW można było wybrać coś ciekawszego, to i tak wspaniale, że wrzucili coś innego niż kolejną wersję 2MTM. Mocne 7/10
Dałem szansę jeszcze Maiden England i warto było. Setlista aboslutnie genialna - prawie cały 7th son zagrali. Mamy też dość nietypowe kompozycje, jak się okazuje, kiedyś dało się grać coś innego niż tylko Number, czy Hallowed. Jest Prisoner, jest Still Life, Die With Your Boots On. Nawet dla KiIllers znalazło się miejsce. Jakby wywalić Runnig Free i Sancutary i dać w to miejsce Rime i np. Prowler, to mogłaby być już totalna miazga. Koncertówka uważam, że rewelacyjna. Bruce śpiewa bardzo dobrze, gitary pięknie chodzą, jest energia, jest moc, jest jeszcze flow, który powoli zaczął opadać od No Prayera. Chyba jednak nie jest lepsza od LAD i RiR, dlatego daję 9/10. Z pewnością będę do tego wydawnictwa jeszcze wracać.
Zakończyłem projekt. Końcówka była już męcząca. Jeszcze te studyjne w miarę szły, ale potem koncertowe wydawnictwa już się mocno mi dłużyły. Ogólnie to srogo nasłuchałem się IM. Ostatnio tyle było Maiden w moich słuchawkach chyba w 2010 roku, kiedy wydali Final Frontier. Tamtą płytę pamiętam sporo jeszcze tłukłem, potem już było znacznie mniej czasu na Harrisa & Co. Chyba mam przesyt, dlatego obecnie lecę jakieś ostre szatany, takie odbicie się przydaje. Co zaś do całościowej oceny, to uważam, że na prawdę mają wiele perełek w twórczości, ale też trochę baboli, zwłaszcza od AMOLAD mamy znaczące obniżenie lotów. Jak słuchałem Powerslave, czy Numbera to czuć było energię, chciało się robić w chacie rozpierdol, a od AMOLAD mamy sporo kawałków, które są miałkie, niczym się nie wyróżniają, przeciągnięte na siłę. Ewidentnie brakuje już weny, chęci, czuć, że to ciągnięte na siłę, bo żyć z czegoś trzeba. Tak jak zawarłem to w którymś z wcześniejszych wpisów, gdyby zebrać do kupy najlepsze kawałki Final Frontier, Book Of Souls, Senjutsu, to mielibyśmy piękne zakończenie kariery, a tak to mamy trochę rozmienianie się na drobne. Niby jakieś pomysły są, ale w większość to wypełniacze, byle tylko dowalić do tych docelowych 80 minut. Pierwsze płyty za to absolutny top, nawet z dzisiejszej perspektywy, gdzie na playliście Spotify mam 380 kapel i kolejne 80 w poczekalni, to i tak uważam, że były to kamienie milowe i bronią się nawet z dzisiejszej perspektywy, gdzie zespołów metalowych po drodze powstało dziesiątki tysięcy i 3 razy tyle dobrych płyt, ale Number, Powerslave mają zasłużone miejsce w historii i trudno je przebić. Była jakaś taka wyjątkowa chemia między muzykami, którą czuć na płytach i to właśnie ta pozytywna energia zaprowadziła ich na szczyt. Potem tej energii już nie było przez całe lata 90, aż doszło do jej odrodzenia na BNW i zostało trochę paliwa jeszcze na DoD, a potem to już mamy zapaść.