SanktuariuM - Polski Fan Klub Iron Maiden


Somewhere Back In Time World Tour - WACKEN OPEN AIR 2008

W życiu każdego człowieka przychodzi taki moment, kiedy wiedziony wewnętrznym niepokojem musi głębiej zastanowić się nad tym wszystkim co zdołał osiągnąć, doświadczyć, poznać. Od zawsze byłem wielkim fanem muzyki rockowej, zebrałem całe setki nośników audio-wizualnych z ulubionymi artystami, przeczytałem tysiące wywiadów i felietonów, w końcu zobaczyłem całe setki lepszych i gorszych koncertów na żywo. Byłem na krajowej Metalmanii, na Masters Of Rock w czeskich Vizowicach, nie przegapiłem całego ciągu atrakcji oferowanych przez krajowych organizatorów, jednak do pełni szczęścia brakowało w tej układance czegoś szczególnego, prawdziwego ukoronowania wieloletnich wojaży.

Właśnie, nigdy nie byłem na sławnym Wacken Open Air, największym metalowym happeningu świata, megafestiwalu organizowanym na terenie dawnej wioski Wacken ( Bundesland Schleswig-Holnstein) - oddalonej o niemal 50 km od portowego molocha urbanistycznego, Hamburga. Gdy z perspektywy kilkunastu miesięcy myślę o tym fakcie, znów przechodzi mnie elektryczny dreszcz. Sądzę, że do ostatecznej decyzji o czynnym uczestnictwie w rzeczonym święcie metalu, musiałem zwyczajnie dojrzeć. Pewne rzeczy w naszym życiu najzwyczajniej "się dzieją" - często (paradoksalnie) nie mamy na to realnego wpływu.

W końcu, kiedy na jesieni 2007 ogłoszono iż headlinerem odsłony 2008 WOA będą bogowie z IRON MAIDEN podjąłem męską decyzję, - JADĘ. Jeszcze w tym samym czasie zamówiłem z portalu firmowego bilet festiwalowy tudzież karnet umożliwiający korzystanie z pola campingowego, co okazało się zaiste zbawiennym przedsięwzięciem. Na tamtym etapie nie mogłem przypuszczać jak szybko wszelkie wejściówki znajdą swych właścicieli. Już w marcu 2008 potencjalni nabywcy mogli liczyć wyłącznie na odsprzedaż "second hand" za odpowiednio zawyżone kwoty. Ponieważ dżentelmeni o pieniądzach nie mówią, przez wrodzoną skromność nie wspomnę, w jak poważnym stopniu ta inwestycja uszczupliła mój osobisty budżet.

Traf chciał, iż już w lutym 2008 spotkałem drogiego mi kolegę z Łodzi, który ( niech żyje przeznaczenie) postąpił dokładnie tak samo jak ja. Krótka rozmowa przy złocistym eliksirze szczęścia marki "Tymbark" i po kwadransie zyskałem partnera na drodze do miejsca przeznaczenia, jedziemy na WACKEN! RAZEM... Obaj wiedzieliśmy doskonale, iż prawdziwym magnesem, katalizatorem naszej decyzji o partycypowaniu w imprezie, są Brytyjczycy z MAIDEN. Mówią, że nieszczęścia chodzą parami, szczęście samo w sobie zdaje się potwierdzać tę prawidłowość. Już od dwóch miesięcy trwała sprzedaż kart wstępu na polski koncert IRONÓW, na warszawskiej Gwardii. Nie muszę dodawać, że w krótkim czasie staliśmy się posiadaczami biletów i na to wydarzenie. Cóż, najwyraźniej postanowiłem zostać słomianym bankrutem i zarobić na solidną burę ze strony mojej połowicy. Nawet nie starałem się usprawiedliwić, odpowiadając zwyczajowo :taki lajf, babe!

Mijały miesiące a my ciągle nie mieliśmy sprecyzowanej koncepcji dojazdowej i zorganizowanego środka lokomocji docelowej i powrotnej! Generalnie postawiliśmy na korytarze powietrzne, tanio i szybko, niemal prosto na miejsce przeznaczenia. Bo dziś znaleźć korzystne połączenie w przepastnej puli ofert linii lotniczych, to żaden problem. Festiwal WACKEN 2008 został zaplanowany jako typowa trzydniówka na okres 31 lipca - 02 sierpnia, w tym czasie trwała już wspaniała trasa koncertowa MAIDEN "Somewhere Back In Time 2008/09"- w bezpośredni sposób niezawiązująca do ery "Golden Years Period", czyli scenicznych szaleństw legendy metalu, z okresu 1984/88. Ostatnie dni przed odlotem z Polski zamieniły się w iście schizoidalną łamigłówkę, której treści z szacunku dla czytelnika nie śmiem przytoczyć. Pewnie głębszej analizy mych konfabulacji i fobii musiałby się podjąć Freud czy inny Young!

Wbrew wewnętrznym demonom dręczącym moją podświadomość, lot wspominam bardzo miło, podobnie jak autokarową podróż z Hamburga do Wacken. Właśnie, już w pierwszych chwilach odczułem potężną różnicę kulturową dzielącą nas od świata Zachodu, Ordnung must sein - mawiają nasi zachodni sąsiedzi a ja przytaknę Ja wohl, Ordnung war Da !Doskonała informacja, życzliwość otoczenia, sympatyczne reakcje przypadkowych ludzi, nikogo nic nie dziwi, nie gorszy... Ciekawe jak reagowaliby moi kochani rodacy gdybym zagadnął przypadkowo poznaną osobę o drogę, jadąc w pełnym rynsztunku na masowy, rockowy spęd nad Wisłą!?? Parę razy miałem podobną przyjemność, cóż nie dziwi mnie opinia o chamskich burkach ze smutnymi, polskimi mordami... Znasz li ten kraj!?

Na miejsce przybyliśmy w dniu poprzedzającym festiwal, BOŻE DROGI - jakie to wszystko wielkie - ile ludzi, istna Wieża Babel. Nie widziałem w swoim życiu tylu osób mówiących w różnych narzeczach, zgromadzonych w jednym miejscu. Po odnalezieniu właściwej pozycji, zapoznaniu z okolicą, rozpakowaniu i pobieżnej toalecie postanowiliśmy coś zjeść, tudzież zobaczyć na własne oczy sławną giełdę METAL BORSE, największą tego typu na Ziemi... Wierzcie mi czy nie, jeśli gdzieś jest na tej planecie metalowy raj - to tylko tam. Mnogość oferowanych asortymentów muzycznych, gadżetów i atrakcji około-muzycznych przyprawiała o palpitację serca. Nie, trzy dni to za mało by choć pobieżnie to wszystko przejrzeć, by choć uświadomić sobie istnienie wielu rzeczy, o których nawet marzyć nie wypada.

Dzień pierwszy festiwalu, od wczesnych godzin porannych piekąca tarcza słońca przypominała o wyjątkowo upalnym tego roku lecie. Syci i wyspani ruszyliśmy w stronę ogromnej konstrukcji scenicznej, zbudowanej na właściwym polu festiwalowym. Już sama infrastruktura estradowa robiła piorunujące wrażenie. Dwie stadionowych rozmiarów estrady otoczone telebimami, przedzielone ogromną figurą "czaszki bizona WOA" - swoistej maskotki festiwalu, wzbudzały respekt. W tzw. "międzyczasie" mogłem porozmawiać z kilkoma przypadkowymi fanami (jeden ze Szwecji) o ich odczuciach, oczekiwaniach i ciekawostkach. W ten oto sposób dowiedziałem się, że bilety festiwalowe można sobie zakupić w okolicznych kasach a pojedyncze pule udostępniano nawet po ogłoszeniu sold-outu w marcu !!!

Cóż, prawa PR-u działają nawet w show bizie metalowym i nie tylko politycy manipulują informacjami oraz pojęciem "prawdy obiektywnej". Prawdą było, iż pulę 75.000 sprzedano kilka miesięcy wcześniej, zaś jak zauważył dociekliwy Metal Hammer.de, - uczestników festiwalu przybyło o wiele więcej. Niemcy to ludzie zdyscyplinowani i kulturalni, o typowym dla polskich imprez "zapychaniu" koncertu nie było więc mowy. Pod główną sceną (TRUE METAL STAGE) od rana, bardzo powoli ale konsekwentnie gromadził się tłum festiwalowiczów. Wiedziony jakimś wewnętrznym impulsem, ponagliłem kolegę do podejścia i zajęcia pozycji optymalnej, na przeciw centralnego miejsca estrady, dość blisko. Nie wiedziałem jeszcze, iż w rezultacie oznaczać to będzie wieczorną walkę o przetrwanie... Zobaczyliśmy dość nijaki koncert panny Lauren Harris, która karierę powinna rozpocząć raczej przed łakomymi wdzięków aparatami reporterskimi, niż na wielkiej scenie. Po dłuższej chwili podziwialiśmy koncert legendarnego girlsbandu ery NWOBHM - Girlschool! Weteranki, które z nie jednego pieca jadły i w nie jednym łożu spały, protegowane samego Lemmyego Kilmistera, pokazały co znaczy szczere rockowe granie. Właśnie, "rockowe", raczej wyraźnie zmierzające ku glamowej stylistyce LA. Nie wiem, czy to tylko moja osobista sugestia ale miałem wyraźne uczucie deja vu, w kontekście słynnych wyczynów estradowych chłopaków z Motley Crue. Taki "Crue" w damskim wydaniu, nie zaręczę jednak czy aby na pewno gorszy od słynnych kolegów zza Wielkiej Wody. Warto było zobaczyć.

Airburne, toż to objawienie ostatnich paru lat, mówi się że to następcy samych AC/DC, śmiem wątpić czy ktokolwiek może zastąpić tandem braci Youngów, ale ci chłopcy są chyba bliscy ideału. Szczerość, bezkompromisowość i wieeeelkie serce do grania. Nader często udowadniali, że kontakt z widownią, swoistą interakcję egzoenergetyczną mają we krwi. Kawał krwistego, klasycznego rocka, kawał vintage stuff'u, jeżeli kiedykolwiek będziecie mieli okazję ich zobaczyć, uczyńcie to. Jedna uwaga, wypadają chyba lepiej w klubach niż na stadionach, choć pewnie kluby szybko okażą się zbyt ciasne...

Z minuty na minutę tłum gęstniał. Już pozostali tylko ONI. Zespół legenda, instytucja, najwięksi wśród wszystkich wielkich i to zdawała się mówić gęstniejąca ludzka masa, wędrująca wielkim stadem w kierunku sceny. Platformę, na której mieli zagrać bohaterowie wieczoru, spowiła olbrzymia czarna kotara, skutecznie skrywająca tajemny świat wyczarowany przez projektantów scenografii. Kiedy z ogromnych głośników, zainstalowanych na kilku wieżach, popłynęły dźwięki klasyka UFO "Doctor,Doctor", ludzki bezmiar ożył niczym wielka armia, zajmująca strategiczne pozycje przed decydującą walką. Żadne słowa nie są w stanie dostatecznie trafnie oddać tego co działo się na pękającym w szwach placu festiwalowym. Wraz z bezładną masą płynąłem niczym samotny korab na wzburzonym oceanie, niesiony potężnym nurtem entuzjazmu. Zdołałem rozejrzeć się wokół, nic nie zastąpi widoku dziesiątek tysięcy ludzkich istot połączonych w jedno wszechpotężne ciało, morza rąk i ramion wynoszących się ku niebu aż po horyzontu kres. Kiedy tłum począł miarowo klaskać, zdawało się iż potężne stado ptasie łopocze skrzydłami wznosząc się w popłochu do lotu!

Ogromnemu napięciu, eskalacji oczekiwania, towarzyszył okrzyk zebranych! Dla przynajmniej ponad 80,000 widzów - słowem kluczem tej chwili, okazał się prosty anglosaski wyraz: "MAIDEN"!!! Powtarzany niczym zbawienna mantra, inkantacja mająca przywołać bóstwo, czczone przez pokolenia wiernych. Kiedy intro ucichło na ogromnych telebimach, umieszczonych symetrycznie po skrajnych bokach sceny, zobaczyliśmy pilotażowy "trailer" trasy, wyświetlany przed każdym koncertem w 2008/09. Jako soundtrack wykorzystano klasyczny instrumental MAIDENÓW, "Transylvanię". Według mnie okazało się to strzałem w dziesiątkę. Przez moment poczułem się nawet jak któryś z roadie zespołu, pomagający w załadunku "ED FORCE ONE" (bo tak ochrzczono Boeinga 757). Członek ekskluzywnej świty Maiden obserwujący koncertowe tłumy zza konstrukcji scenograficznej.

W końcu opadła wielka kurtyna, złocistą scenę i ogromny backdrop ze sfinksem okryło błękitne światło rzutników. Rozległ się ryk Spitfajerów, zaś na ekranach zobaczyliśmy archiwalne zdjęcia z 1940 roku, z przygotowań do obrony przed nimieckim nalotem powietrznym. Każdy kto wcześniej widział klip do "Aces High" wie, że kronikarskim kadrom towarzyszył jedyny w swoim rodzaju komentator, to Winston Churchill wygłaszający słynny apel do Narodu Brytyjskiego!

Zaraz, zaraz - przecież jestem w Niemczech, Hamburg to w czasie Drugiej Wojny absolutnie strategiczne miejsce, przecież dziadkowie czy nawet rodzice zgromadzonych brali w niej udział! Ironią dziejów zdawał się być fakt, iż te dziesiątki tysięcy Niemców powtarzały za Churchillem prorocze słowa odezwy a kiedy przez chwilę z paszczy animowanego rekina wyłoniła się sylwetka niesławnego Adolfa, rozległy się pohukiwania i gwizdy...

Oddzielmy przeszłość grubą kreską. Potężna pirotechniczna kanonada i towarzyszący jej podmuch radości, wygenerowany przez zebranych, wywołały muzyków na scenę. "Aces High", Boże - to mógł być mój pierwszy i ostatni raz na WACKEN, czuję że moje żebra nie zdzierżą ciężaru obarczającego ludzki tułów, czuję że brak mi tchu. Przez moment nic do mnie nie dociera, jest potwornie głośno. Organizm i pokłady instynktu samozachowawczego reagują natychmiastowo, "czyżby syndrom Donington'88" miał być moim przeznaczeniem na niemieckiej ziemi?!! Nie, przecież to tylko zabawa! Kiedy odzyskuję równowagę Dickinson śpiewa już drugi refren, właściwie ma ułatwione zadanie, bo ocean ludzkich głów z powodzeniem wyręcza frontmana. Pierwsza refleksja, piękna scena, stałem od niej jakieś 20 metrów w centralnym punkcie, przed wieżą akustyków i oświetleniowców od fallower spotów ( oni oświetlają charakterystycznym okręgiem artystę na estradzie). Usytuowanie, o które walczyłem przez pół koncertu z zaciekłością dzikiego zwierza, pozwoliło mi widzieć wiele więcej niż się spodziewałem.

Sądzę, że MAIDENi nie tylko z powodzeniem odświeżyli koncept prezentacji scenicznej z 1985 roku, wzbogacili ją o szereg dodatkowych atrakcji, całość przypominała skrzyżowanie klimatów z "Poszukiwaczy Zaginionej Arki" z "Faraonem" w filmowej adaptacji. Pięknie! Doprawdy, w najśmielszych snach nie wyobrażałem sobie, że panowie odtworzą swój klasyczny image z ery "Powerslave" z tak wielkim rozmachem. "2 Minutes To Midnight", popis stage-divingu dała publiczność, zwariowani fani rozpoczęli zabawę na dobre przy profesjonalnej i kulturalnej asyście ochrony. Dla mnie prawdziwy rytuał rozpoczął się na wysokości "Revelations". Dickinson dosłownie zawładnął ponad 80,000 ludzi, jako dyrygent sprawdzał się wręcz wzorcowo, ten utwór zyskuje zdecydowanie najwięcej w realiach wielkiego show. "The Trooper", Bruce w mundurze kawalerzysty na wybiegach "Union Jack Banner" w ręku, tzw "jazda obowiązkowa" ze stosownym backdropem w tle!
Przed "Can I Play With Madness" opowiadał wiele o wpływie na MAIDEN sceny jazzowej, sam utwór został chóralnie zaśpiewany, choć na mnie nigdy nie robił większego wrażenia. "Wasted Years" swoisty hymn tej trasy, fani na Wacken oszaleli, za mną morze flashy, oświetleniowcy zapalili ogromne halogeny na wieżach okalających plac - dopiero teraz zobaczyłem ogrom zgromadzonej widowni w całej okazałości. "Number Of The Beast", introdukcję wyrecytowali wszyscy niczym modlitwę. Efekty pirotechniczne wręcz oszałamiały, radiację cieplną wyczuwałem dosłownie na całym ciele. MAIDENI zafundowali pierwszym kilkudziesięciu rzędom gratisowe solarium. Kolejna zmiana scenografii, w rogu estrady pojawiła się znana z trasy 2005 ogromna kukła włochatego czarta. Dla mnie wyglądało to przezabawnie.

Nadszedł czas na prawdziwe opus magnum przedstawienia, bezapelacyjnie prawdziwy majstersztyk całego WACKEN, baa - tras koncertowych 2008. Monumentalny "Rime Of The Ancient Mariner". "Rymy" poprzedziła opowieść Bruce'a o ...kiełbasie z albatrosa made in Hamburg, ci którzy byli na Gwardii wiedzą że w podobny deseń uderzył u nas, wstawiając w miejsce Hamburga - Gdańsk! Od samego początku klimat koncertu zrobił się cokolwiek mocno teatralny, w dużej mierze za sprawą arcyciekawej scenografii z płachtami podartego ożaglowania w roli głównej. W części wewnętrznej przeżyliśmy prawdziwy popis zdolności recytatorskich i aktorskich Dickinsona, przebranego w upiorny kostium marynarza z okrętu widma. Kiedy przy wtórze solówek, ogromnej wrzawie widowni olbrzymie rampy z jupiterami podjechały do góry, kiedy niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki scenę rozświetliły wielokolorowe eksplozje, poczułem co znaczy magia tej grupy "Live".

Już wiem dlaczego IRONI postrzegani są jako jeden z największych koncertowych zespołów Wszech-Czasów, nie może być inaczej. Można zamontować więcej sprzętu, rozbudować estradę ale nie sposób powtórzyć i sztucznie wygenerować tej im właściwej magii! W tym przekonaniu zdawał się utwierdzać zgromadzonych "Powerslave". Cóż za moc, Dickinson chyba nawet zabrzmiał lepiej, bardziej naturalnie i przekonująco. Nie inaczej było podczas "Heaven Can Wait", wybitnie koncertowy to opus. Całe WACKEN zaśpiewało "Heaven Can Waaait", Dickinson tylko nadzorował akcję jaka rozpętała się po jego haśle "Scream For Me WACKEN" - swego rodzaju znaku firmowym artysty. "Run To The Hills" - najbardziej ograny kawałek zespołu, przeszedł nad głowami zgromadzonych niczym huragan.

"Fear Of The Dark", do tematyki przewodniej trasy i koncepcji setu pasował jak goździk do dresów, jednak zgromadzonym najwyraźniej to nie przeszkadzało. Złowieszczy chór kilkudziesięciu tysięcy wiernych wspierał zespół niczym niezamierzony akompaniament, ten utwór już na wieki pozostanie odnośnikiem koncertowej aury nie tylko MAIDEN ale i metalu jako gatunku, ciarki na plecach, pot i łzy - gwarantowane. W tym czasie w płomieniach stanęła ogromna atrapa festiwalowej czaszki, zawieszona wysoko między scenami. Nie muszę chyba dodawać jak wspaniałe wrażenie robiła w półcieniu ta niesamowita konstrukcja. Jak żywo miałem wrażenie uczestnictwa w jakimś wielkim, pradawnym rytuale, metalowej wersji "Nocy Kupały".

Jeżeli tego komuś za mało, to powiem iż to co najwspanialsze zostawili na sam koniec, "Iron Maiden". WACKEN oszalał, dosłownie nie słyszałem zespołu, jak ci ludzie ich kochają, monumentalny dwuskrzydłowy sarkofag zrobił iście hollywoodzkie wrażenie na fanach, kiedy przy salwach pirotechniki i iskier ukazała się potężna mumia, brakło mi słów! Przed "Moonchild" Dickinson zaprezentował we właściwym sobie stylu całą grupę, zaś utwór odegrali wręcz bajecznie. Znów wielu fanów dało do zrozumienia iż właśnie na to czekali, tak samo jak na "The Clairvoyant", w ramach którego scenę przemaszerował cybernetyczny, Eddie Humanoid z okładki "Somewhere In Time".

IRONI zakończyli spektakl wyśmienitą wersją "Hallowed Be Thy Name", jednego z największych klasyków gatunku, zwieńczonego kanonadą blastów zza sceny. Fantastyczny show dobiegł końca po niemal 110 minutach, niesamowity wehikuł czasu IRON MAIDEN przeniósł nas do szarej rzeczywistości. Pociechą miały się okazać słowa zamykającej całość outrodukcji "AlwaysLook At THe Bright Side Of Live". Jasną stronę widziałem przed kilkoma minutami, czas na odpoczynek!

PIĄTEK 01 SIERPNIA 2008:

Dla odmiany z samego rana zaczęło padać, obejrzeliśmy fragmenty koncertu Headhuntera, powiem wprost, szkoda było czasu. "Parasite Of Society" może intrygował z płyty, w realiach scenicznych, zawiedli. Czekałem już na koncert ekipy z Kamelota. Po rewelacyjnym "Ghost Opera" nie posiadałem się z ciekawości by sprawdzić Khana i kolegów w realiach koncertowych. Usłyszeliśmy pewniaki w rodzaju "Center Of The Universe", "Rule The World" czy właśnie wspomnianą "Operę". Niezwykle precyzyjny, sprawny koncert, pełen zacięcia. Po kilkudziesięciu minutach stanęliśmy z kolegą przed nie lada dylematem, SOILWORK vs SABATON. Ja wybrałem Pancernych z Sabatonu, choćby z pobudek czysto patriotycznych, w przeciwieństwie do kumpla.

To było wspaniałe doświadczenie, pamiętam że w Vizowicach zniszczyli, nie inaczej było na WACKEN. "Attera Dominus - Berlin Is Burning" - i to w Niemczech - mają Skandynawowie tupet, cóż historii nie da się wymazać, wystarczy wyciągnąć z niej słuszne wnioski. Rewelacyjny "Ghost Division" i wyczekiwany przez Polaków hołd "40:1". Ktoś podał frontmanowi sporą polską flagę. Powiem jedno, Szwedzi mnie kupili, podobnie jak kolejni w zestawieniu, Finowie z Children Of Bodom. Trzeba obiektywnie przyznać, że "Dzieciaki" to prawdziwe estradowe zwierzęta, brzmieli rewelacyjnie, wspaniale nawiązywali kontakt z widownią. Gwoździem programu dnia #2, była dla mnie Avantasia z Tobiasem Sammetem w roli głównej. Tłum pod estradą mocno zgęstniał, na specjalnej platformie instalowali się muzycy z orkiestry symfonicznej, dopinano wszystko na ostatni guzik. Zaczęli kwadrans po 24:00, to zaszczyt usłyszeć metalową operę w pełnym rozmachu, przy zatrważającym aplauzie widowni! Sammet jest wspaniałym wokalistą, to już dojrzały i śmiało poczynający sobie wyjadacz, o wiele poważniej podchodzący do rzeczy niż sugerowali oponenci EDGUY! REWELACJA, TEN KLIMAT, BRZMIENIE, szkoda że nie w POLSCE.

Nie miałem ochoty na uczestnictwo w spektaklu reanimowanych Crematory, których specjalnym fanem nigdy nie byłem. Za namową równie wykończonego kolegi, poszliśmy pooglądać sobie black metalową szopkę pt. Gorgoroth. Tak, ten sam szatański pomiot który w 2004 roku zbulwersował polską opinię publiczną swym koncertem w krakowskim Łęku! Nie posiadałem się z niezdrowej ciekawości i potrzeby bycia "obrażonym i poruszonym do żywego". I co ? Zobaczyłem szopkę z trzema "ukrzyżowanymi" naturystami, pomalowanymi farbą w roli głównej. Pan wokalista skrzeczał i wył w najlepsze, płonęły ognie, zaś reszta muzykantów zdawała się sugerować iż ludzki wygląd im raczej nie odpowiada. Nie wiem jak pozostałych ale mnie ten występ śmieszył, nie bawił czy obrażał, tylko właśnie śmieszył! Warto jeszcze nadmienić, iż polscy power-metalowcy z Chainsaw, jako laureaci wackenowskiego Battle Of The Bands wystąpili na scenie głównej, co z pewnością dla twórców "Sin Act" stanowiło ogromny zaszczyt. Po dwóch dniach totalnego szaleństwa, masie bodźców poczułem się wyczerpany. Większość kolejnego dnia przespałem, wieczorem znaleźliśmy się w Hamburgu na umówionym stanowisku docelowym, Polska wzywała. Czwartego sierpnia obiad jadłem we własnym domu, w moich rodzinnych Pabianicach. Myślami byłem ciągle przy WACKEN jednak już zdążyłem uświadomić sobie, że za trzy doby zobaczę MAIDENÓW w Warszawie i to w dniu 50-tych urodzin Dickinsona!

Czas na garść konstruktywnych wniosków:

1. Na WACKEN trzeba pojechać, niekoniecznie dla muzyki, gadżetów czy zabawy, to o wiele szersze pojęcie. WACKEN to taki metalowy Woodstock, zjawisko socjologiczne, tam trzeba być.
2. Niemcy jeszcze raz potwierdzili, że są znakomitymi strategami i organizatorami, czego nie sposób było nie zauważyć. Zdecydowanie fałszywym okazuje się pogląd, iż tamtejsza publiczność nie umie się bawić. Niemcy to naród kulturalny, który szanuje wolność osobistą innych. Bawienie się, nie jest jednoznaczne z robieniem zadymy i przysłowiowego bydła, tak charakterystycznego dla shows w POLSCE!
3. Nie tylko w Polsce szybka wyprzedaż biletów przekłada się na zwielokrotnienie oficjalnej puli wejściówek, sprzedawanych w ostatniej chwili. WACKEN nie pomieściłoby już większego audytorium, niemieckie czasopisma mówiłby o 85,000 biletów. Natomiast podczas koncertu MAIDEN tłumy ludzi zajmowały pozycje nawet za bramkami wejściowymi, jako tzw. bierni widzowie. Nic dziwnego skoro IRONI mieli tylko jeden koncert w Germanii na trasie!
4. Publiczność, pełny przekrój społeczny, od nastoletnich emo die hards, po statecznych panów w sile wieku, całe rodziny, nawet kilku przedstawicieli "starszego pokolenia". Nic nikogo nie dziwi, nawet ci którzy zbyt często zażywali rozkoszy Bachusa zachowywali się znośnie...
5. Koncerty, TO JEST WZORZEC, warto było przekonać się naocznie o tym jak powinien wyglądać wielki festiwal dla mas ludzkich z całego świata! BRAWO i jeszcze raz brawo, czy kiedykolwiek w RP doczekamy się przedsięwzięcia o podobnej skali - wątpię.
6. MAIDENI dali nie tylko największy koncert 2008, to był jeden z najlepszych recitali w ich karierze, perfekcja. Prawdą okazało się twierdzenie, iż koncerty grupy przypominają wyreżyserowane w najdrobniejszym detalu widowiska teatralne. Toż to jest teatr, heavy metalowy musical najwyższych lotów. Ktoś powie "objazdowe DVD na żywo", dobra - spróbujcie wyreżyserować takie DVD co wieczór, to nie jest łatwe.


Jeżeli kiedykolwiek będziecie mieć okazję uczestniczenia w kolejnej edycji WOA, uczyńcie to - zaświadczam że warto, to bardzo wzbogaca, być może się tam kiedyś spotkamy.

CZWARTEK 31 LIPCA 2008:

RAFAŁ DŁUŻYŃSKI

© Sanktuarium - Polski Fan Klub Iron Maiden & Iron Maiden Holdings Ltd. 1999-2013