SanktuariuM - Polski Fan Klub Iron Maiden


Raport zza Żelaznej Kurtyny - Czyli jak IRON MAIDEN podbijali PRL

Lata 80-te XX wieku, były szczególnym czasem dla Polski, wówczas państwa o fasadowej suwerenności, w istocie podległego hegemonistycznemu Mocarstwu Sowieckiemu, z powodzeniem realizującemu swe partykularne ambicje polityczno - kulturowe. PRL, bo tak nazywał się nasz kraj, formalnie stanowił część WIELKIEGO BLOKU WSCHODNIEGO, państwo podlegające moskiewskim decydentom i lokalnym kacykom partyjnym. Nie sposób zanegować faktu, iż tutaj ciągle istniał pełen motywacji naród polski o wielowiekowych tradycjach niepodległościowych, poczuciu dumy i godności, której żadne traktaty, podziały czy zakusy totalistycznych reżimów nie zdołały zdławić.

O ile w poprzednich dekadach kolejne rządy starały się uszczelnić "Żelazna Kurtynę" tak dalece jak to tylko możliwe, to po okresie przełomu solidarnościowego, co prawda dławionego Stanem Wojennym, społeczeństwo "Robotnika Oraz Chłopa" wyraźnie dało do zrozumienia, iż ma pełną świadomość rzeczywistego stanu rzeczy a ideały "Propagandy Sukcesu" mogły jedynie śmieszyć, tudzież irytować ( zwykle tak było).

Ówczesnej młodzieży przestały wystarczać propagandowe hasła szafowane przez rozlicznych animatorów kultury i edukacji "słusznej i poprawnej", chyba wszyscy zdali sobie sprawę iż droga ta prowadzi w ślepy zaułek zaściankowości. Nic tak bardzo nie spaja pełnej żarliwego entuzjazmu młodzieży jak muzyka, twórczość niezależna, wolna od zasad poprawności politycznej i demagogii epoki. Nic więc dziwnego, iż właśnie we wspomnianym okresie nastąpiło coś , czego oczekiwali od dawna wszyscy spragnieni szczerej i oryginalnej twórczości: Wielki Boom Polskiego Rocka.

Nie tylko wykonawcy rodzimi okazali się prawdziwym zeitgeistem dla ówczesnych nastolatków, oczy setek tysięcy zwolenników gitarowego hałasu zwróciły swój łakomy wzrok ku ówczesnym gwiazdom muzyki z Zachodu i Ameryki, wówczas ciągle "terytoriów zaklętych", tematu tabu.

W pierwszej połowie lat 80-tych każdy fan rocka w Polsce słyszał o AC/DC, Scorpions czy Judas Priest, słyszał także o coraz popularniejszej formacji z Wielkiej Brytanii, kierowanej przez mieszkańca East Endu, Steve'a Harrisa. Już w 1982 grupa IRON MAIDEN wdarła się szturmem na czołówki list bestsellerów, za sprawą znakomitego dzieła, kamienia milowego stylu heavy metal, LP "The Number Of The Beast". W PRL o zakupie oryginalnego egzemplarza można było tylko pomarzyć, role propagatorów wszystkiego co wydawało się interesujące, przejęły na siebie programy radiowe, w których w ramach skromnych możliwości prezentowano zachodnie formacje, nawet całe płyty. Do Polski zaczęły przyjeżdżać podówczas co bardziej znane kapele z Wielkiego Świata, żeby wspomnieć tylko UFO, Nazareth, Budgie, Saxon, Accept, Hanoi Rocks. Łączyła je wszak jedna cecha, wiele z nich cieszyło się lokalną sławą, bazowało na jednej udanej płycie tudzież przeboju, bądź w tzw. "Świecie" ich akcje wyraźnie spadły.

W sierpniu 1984 nasz kraj odwiedził jednak zespół, który nie dość że należał do awangardy rocka, stanowił swoistą forpocztę heavy metalu, to autentycznie był na światowym TOPIE.
Kiedy kierowany przez Andrzeja Marca "PAGART" ogłosił, iż do Polski przyjadą IRON MAIDEN, na dodatek inaugurując tutaj swą ogromną trasę koncertową "World Slavery Tour 1984/85", wielu nie chciało dać temu wiary. ONI, z muzyką tak nienawidzoną przez kręgi konserwatywne, symbolem "Zepsutego Imperializmu Zachodniego" i to z marszu "Za Żelazną Kurtyną" !?? Młodzi Brytyjczycy po dwóch rewelacyjnie przyjętych dziełach, "Number Of The Beast" i "Piece Of Mind", szeregu sukcesów i potężnych trasach, przygotowali swój kolejny krążek, dla wielu opus-magnum :"Powerslave".

Trasę promującą album planowano jako swoistą "wizytówkę", prezentację możliwości estradowych MAIDEN, konceptualne przedstawienie oparte o tematykę tytułowej kompozycji z nadchodzącego krążka, Egipt Starożytny, z jago całą teatralnością, wieloznacznością symboli i rytuałów religijnych oraz nader wszystko - monumentalizmem architektonicznym.

W ówczesnym czasie była to największa i najbardziej spektakularna trasa rockowa na Ziemi, dotarli do wielu miejsc gdzie nikt z pokolenia pokrewnego muzykom z IM nie zdołał zaistnieć. Koncerty polskie wyprzedano błyskawicznie, kilkadziesiąt tysięcy biletów zapewniły komplety na wszystkich koncertach w Warszawie, Łodzi, Poznaniu, Wrocławiu i Zabrzu. Bliższym prawdy byłoby stwierdzenie, iż każdy koncert gromadził nadkomplet fanów, bowiem normy regulujące limity wyprzedaży biletów na imprezach masowych, nie były nawet w ułamku tak restryktywne jak obecnie.

Łódź, Hala Sportowa przy Alejach Politechniki, 10 sierpnia 1984. W beczkowatym gmachu stoi ogromna aparatura. Przywieziono ją w kilkunastometrowych tirach z Anglii. Po raz pierwszy w PRL gwiazda zachodnia zaprezentowała w pełni rozbudowaną, profesjonalna produkcję sceniczną, prawie tak samo spektakularną jak w całej reszcie cywilizowanego świata.

Muzycy grupy nie byli przekonani co do ewentualnego powodzenia swej pierwszej trasy w Polsce, sami przyznali po latach iż czuli się jak "kosmici w buszu", przeżywając prawdziwy szok kulturowy.Przyjazd zespołu był omawiany w ogólnokrajowych mediach ( mieliśmy dwa kanały TV), opisywany w czasopismach i szeroko komentowany. Po raz pierwszy gwiazda nowego nurtu muzycznego ( metal, uściślając NWOBHM) przybyła "stamtąd" - wzburzyła tak ogromną falę euforii.

Łódzki koncert ukazywał Maidenów na świeżo grających nowy repertuar, w realiach dość okrojonej oprawy scenograficznej ( niestety to nie były areny o standardach choćby europejskich), jednak wystarczająco imponującej i profesjonalnej żeby zmieść wypełnioną 11,000 ludzi salę z posad! Nie można nazwać koncertów i przeżycia jaki ze sobą niosły inaczej niż audialnym rytuałem, misterium ciężkiego rocka. W Łodzi niezmanierowany, wolny od typowej dla wielomiesięcznych tras rutyny band, zabił witalnością, pasją i pokładami entuzjazmu, entuzjazmu którym niczym na prawach sprzężenia zwrotnego, wracał od chłonącej nowinek ze świata, rodzimej widowni.

Czy byli to fani (?),- zdecydowanie słowo "fan" nie oddaje w wymierny sposób poziomu zaangażowania zgromadzonej rzeszy. Tej muzyki nie wypadało zwyczajnie "słuchać", to nie remiza czy weselny taneczny spęd, to istny happening kontrolowanego szaleństwa, niesamowity elektryczny dramat sceniczny przy 150,000 wattów mocy muzycznej. Taką twórczość się przeżywa.

Kilka ciekawostek,- łódzka publiczność usłyszała ze sceny apel "Scream For Me, LOZ" - swoisty znak firmowy Bruce'a, oddział milicji zmotoryzowanej ( ZOMO) strzegący porządku i pilnujący żeby nikt nie zapomniał w jakim systemie żyje, kilkakrotnie odebrał pikantne "greetings" ze strony frontmana. Pod halą zgromadziły się spore grupy ciekawskich gapiów, biernych słuchaczy a wszystkiemu przyglądał się kiczowaty Kaczor Donald z ogona modelu Lim- I, wojskowego samoloty dumnie wznoszącego się na pobliskim cokole. Wówczas nad łukiem zadaszenia areny zawieszono tablice z propagandowym szlagwortem:"Totalizator Sportowy Buduje Obiekt Sportowy". W sferze propagandy socjalizm rzeczywiście bywał tyle realny co konsekwentny.

Maideni wspominali przyjazd do Polski aż nader ciepło. Na kanwie tych doświadczeń powstał frapujący dokument filmowy "Behind the Iron Curtain", w wersji reżyserskiej wyemitowany przez MTV, zaś fragmentarycznie zaprezentowany na VHS E.P o tym samym tytule. Fakt, byli już wówczas instytucją, po omawianej trasie "World Slavery Tour"- swoistym awansie do rockowego panteonu, ich skronie zdążył ozdobić nimb klasyków gatunku. Ciekawe, że nawet dzisiaj po 25 latach Anglicy doskonale pamiętają tą egzotyczną podróż do Polski.

Już dwa lata później sytuacja się powtórzyła. Kierowani doskonałymi wspomnieniami, z większą oprawą sceniczną i nowym albumem studyjnym "Somewhere In Time"- zawitali do nas z kolejnymi koncertami. O ile w 1984 stanowili słynną ale jednak tylko ciekawostkę, o tyle w 1986 byli uznaną marką o kultowym statusie, otoczoną przez bezkres wyznawców religijną czcią!

19 września wystąpili z pierwszym z serii sześciu koncertów w Polsce, w Zabrzu (Hala Widowiskowo-Sportowa im. Makoszowy) zaś do Łodzi zawitali pięć dni później. Nie wspomnę, że oczekiwania po 25 miesiącach absencji na polskiej ziemi, sięgnęły zenitu. Tym razem sprzedano jeszcze więcej biletów a na czarnym rynku, prężnym jak nigdy wcześniej, ceny wejściówek sięgnęły zwielokrotnionej sumy w stosunku do taryfy oficjalnej. O ile nowy album podzielił entuzjastów formacji, o tyle muzycy nie zawiedli. Podczas koncertu w Łodzi, ze względu na ograniczenie logistyczne i infrastrukturę sali, nie przedstawili pełnego spektaklu właściwego trasie z 1986 roku.

Jednak to, czego świadkami była publiczność, zapadło w pamięć uczestników koncertu na długie lata. Widok wielkiej sceny i iluminacji a następnie ogromnego fantomu wynurzającego się z jej wnętrza, tylko po to by unieść zestaw perkusyjny pod sklepienie obiektu a na łapach podnieść muzyków - nie należał w tamtym okresie do zbytnio częstych atrakcji. Koncerty w PRL przypominały jakąś siermiężną groteskę, podły żart bez poczucia estetyki, szacunku dla widza, wręcz nie godny miana wydarzenia artystycznego...

Skoro na świecie MAIDEN budzili podziw, u nas mogli być postrzegani w kategoriach doświadczenia wręcz mistycznego, paranormalnego, kolejnego "Cudu Nad Wisłą" (sic).

Polskie koncerty, w tym ten łódzki nie były wolne od kilku skandali. Bo rozentuzjazmowane, skórzane brygady maniaków metalu nie omieszkały przypominać stróżom porządku, kto tu rządzi. Kilkakrotnie interweniowali sami artyści prosząc widownię o zachowanie dystansu i rozsądku. Same koncerty, mające coś z przejażdżki do czasoprzestrzeni rodem ze Star-Trucka czy innego serialu SF. Koncerty w Polsce, w tym ten łódzki, reklamowano za pośrednictwem posterów, z upiornie kiczowatą, karykaturalną kopią portretu Eddiego z okładki "Killers" - z pewnością autorstwa lokalnego pacykarza z ministerstwa.

IRON MAIDEN nie przywieźli metalu do Polski, mieliśmy ( i ciągle mamy) kilka znakomitych zespołów parających się ciężkimi odmianami rocka, które cieszyły się ogromnym powodzeniem. Żeby tylko wymienić TSA ( grających w stylu AC/DC), Kat ( pierwszy polski band Black Metal inspirowany stylistyką Venom i Slayer) czy właśnie TURBO, poznańscy heavy metalowcy, pozostający pod wpływem IRON MAIDEN. Ekipa Hoffmanna i Kupczyka dedykowała nawet swój drugi długograj ekipie z East Endu, spójrzmy na rewers "Smaku Ciszy" - wszystko jasne...

Po dwóch wspaniałych trasach, Iron Maiden mieli u nas pozycję gigantów, nic dziwnego że lokalni organizatorzy uwierzyli w potęgę światowego metalu. Żeby tylko wspomnieć działalność MMP i szefa firmy Tomasza Dziubińskiego, inicjującego w tym samym czasie ukierunkowany na metal festiwal "MetalMania", trwający rok-rocznie po dzień dzisiejszy.

Pamiętam doskonale coverstory o trasie Maiden popełnione przez jakiegoś pismaka na łamach "Magazynu Muzycznego", jednego z nielicznych periodyków rockowych ukazujących się w PRL. W niewybrednych słowach rozliczał się z własnymi odczuciami i refleksjami - poczynionymi po trasie grupy, na którą został zaproszony. Nazwał te przedstawienia "plastikowym komiksem" i "nadętym balonem", nawet "cyrkiem". Konkurencyjny "Non Stop"postąpił bardziej obiektywnie, starając się spojrzeć na prezencję i image grupy w kontekście wielowymiarowym a nawet podjął się socjologicznej próby zdefiniowania zjawiska i stylu życia muzyków w artykule "Bardzo, Bardzo Bogaci i Bardzo, Bardzo Samotni". Jako swoistą pamiątkę pierwszych koncertów otrzymaliśmy licencyjne wydanie Tonpress KAW podwójnego albumu koncertowego "Live After Death", sprzedanego w niewyobrażalnym nakładzie. Choć pewnie sami artyści nie mieli z tego ani grosza, podobnie jak muzycy VENOM z licencji na polski rynek.

Ironi, o czym mało kto wie, mieli wrócić do Polski już po roku z serią kilkunastu koncertów zamykających trasę. Niestety pomysł spalił na panewce a sami muzycy nie kwapili się zbytnio do objazdu naszego grajdołka, po 10 miesiącach wyczerpującej trasy światowej.

Wrócili już do innej ( w sensie politycznym) POLSKI w 1995 roku, niestety nie był to ten sam klasyczny skład, co za tym idzie towarzyszyły mu mniejsze emocje widowni. Dziś możemy traktować tamte czasy jako swoistą powtórkę z historii, naftalinowy świat, który oprócz licznych wad, niedoboru, ograniczonego dostępu do rozrywki światowej ( dość powiedzieć, że LP oryginalny kosztował pensję), miał jedną zaletę. Fani, bez względu na kierunek zainteresowań muzycznych, przeżywali, szanowali i degustowali poszczególne płyty, niczym wytrawne trunki przedniej marki. Pamiętam ogromną pieczołowitość i namaszczanie z jakim traktowano, ciężko zdobyte albumy. Muzykę się autentycznie rozumiało, co bardziej ambitni rozbierali nawet ulubione kompozycje na czynniki pierwsze, starając się zgłębić tajniki warsztatowe muzyków, których podziwiali.

Maideni odwiedzali nas dość często, mogliśmy podziwiać wielkie spektakle grupy w halach, jak i na stadionach w 2005 i 2008 roku i pewnie nie były to ich ostatnie spektakle w Polsce. Nie da się ukryć, że plenerowe widowiska okazały się nieporównywalnie bardziej dopracowane i widowiskowe w zestawieniu z omawianymi. Jednak z tamtą epoką odszedł w dal entuzjazm, ekscytacja widowni, poczucie uczestnictwa w wydarzeniu bezprecedensowym, daleko bardziej odległym od pojęcia prostej, bezmyślnej rozrywki. Straciliśmy magię obcowania z czymś co jest ekskluzywne, niezwykłe. Wątpię czy obecni słuchacze są w stanie zrozumieć prawdziwy sens tych słów, dziś - kiedy można jednym kliknięciem zakupić zunifikowany edytorsko CD, kiedy można sobie ściągnąć za free muzykę z sieci a uczestnictwo w koncertach ogranicza się do oglądania klipów na YOUTUBE - przyznaję, brzmią dość osobliwie.

Twórczość zamknięta w łatwo dostępnej formie, stała się częścią masowej konsumpcji - jeszcze jednym fast foodem a często tylko dodatkiem do tuby chipsów na sztubackiej prywatce. W epoce lat 80-tych pozostał wielki splendor i kultowy status rocka w Polsce, nigdy później ten styl nie cieszył się tutaj aż tak ogromnym zainteresowaniem, nigdy nie niósł tak szczerych i zaangażowanych treści społecznych, często autobiograficznych.

Tylko IRONI, pozostali tacy jak dawniej, bezkompromisowi, szczerzy do bólu, w końcu kochani przez rzesze wielopokoleniowych zwolenników. Pewnie nagrają kolejną płytę, jest szansa na kolejną wizytę w Polsce, pozostali sobą i nawet kiedy zakończą działalność, możemy być pewni że przejdą do historii pisanej złotymi zgłoskami.

I za to ich, skurczybyków, najbardziej lubię.

RAFAŁ DŁUŻYŃSKI

© Sanktuarium - Polski Fan Klub Iron Maiden & Iron Maiden Holdings Ltd. 1999-2010