SanktuariuM - Polski Fan Klub Iron Maiden


Somewhere Back in Time World Tour - 07.08.2008 Warszawa

IRON MAIDEN Warszawa, Stadion Gwardii 07 sierpnia 2008
Supporty: Lauren Harris i Made Of Hate
Czas koncertu headlinera: 105 minut
Widzów: 33000

Setlista:
1.Churchill's Speech
2. "Aces High"
3. "2 Minutes to Midnight"
4. "Revelations"
5. "The Trooper"
6. "Wasted Years"
7. "The Number of The Beast"
8. "Can I Play with Madness"
9. "Rime of The Ancient Mariner"
10. "Powerslave"
11. "Heaven Can Wait"
12. "Run to the Hills"
13. "Fear of the Dark"
14. "Iron Maiden"
15. "Moonchild"
16. "The Clairvoyant"
17. "Hallowed Be Thy Name"

Na ten dzień czekałem od siedmiu miesięcy, zobaczyć Maiden w oryginalnym składzie, w klasycznej oprawie nawiązującej do najsłynniejszej trasy „World Slavery Tour 1984/85”, wydawało się być marzeniem ściętej głowy…

A jednak, tegoroczna trasa „Somewhere Back In Time” stała się przednią okazją do zademonstrowania młodszym pokoleniom fanów, wcielenia Ironsów w złocistej, egipskiej scenerii. Doskonale wiedziałem czego mogę się spodziewać po tej imprezie, w sieci można znaleźć tysiące efektownych rejestracji koncertów, które swą oprawą zapierały dech. Znana była setlista tour, jak to bywa u nich, niezmienna na całym etapie tournee, ściśle podporządkowana choreografii widowiska. W końcu nastał ten magiczny dzień, czwartek siódmy sierpień 2008, pomaszerowałem na miejsce wyjazdu autokarowego (Plac Zwycięstwa, Łódź), nie byłem sam, z każdą chwilą przybywały zastępy fanów i fanek grupy Harrisa, odzianych, jak łatwo się domyśleć w stosowne koszulki z Eddiem! Podróż przebiegła w sielskiej atmosferze i o 14:05 zameldowaliśmy się pod wejściem na obiekt. Jak mnie poinformowano, już od wczesnych godzin rannych na miejscu gromadziły się tłumy zwolenników ciężkiego grania.

Mijam kordony policji i służb porządkowych i po szybkim posiłku regeneracyjnym, tudzież okolicznościowej konwersacji, stawiam się przy jednej z dwóch bram wejściowych na teren obiektu. Co też tam się działo, histeria, amok, napieranie, chóralne śpiewy, skandowanie i… potworny ścisk grożący trwałymi zmianami anatomicznymi, momentami robiło się niebezpiecznie. Przechodzę rutynową kontrolę, odkręcam butelkę mineralnej, na polecenie pozbywając się nadwyżki picia ( idiotyzm!!!), w końcu wraz z tysiącami ludzi docieram na trawiasty plac z masą stoisk, gastronomiami i punktami First Aid. Sprawdzam ceny, ogromny wybór koszulek po 100-150 PLN, szaliki, postery i program tour. Przepiękny folder fotograficzny szybko ląduje na mej liście zakupów, konfekcję musiałem sobie darować.

Po kilkunastu minutach zajmuję miejsce na amfiteatrze Stadionu Gwardii.. Wybaczcie sarkazm, ale tytuł trasy Maiden w kontekście polskiej lokalizacji show, okazał się proroczy. Realny Socjalizm uśmiechał się szyderczo z sęków w topornych ławach, łypał złośliwym okiem z piaszczystych bieżni w końcu straszył widmem pordzewiałych odbojników. Duże wrażenie robiła płyta, rzeczywiście słusznych wymiarów, gdzie można pomieścić ponad 21000 widzów. Moim oczom ukazuje się olbrzymia scena ze skrzydłami dźwigającymi dwa spore telebimy i rampy z oświetleniem, tylko dodam iż całość konstrukcji przesłaniała większość bryły pobliskiego wieżowca! Ludzie powoli zapełniali trybuny i płytę, na której zamontowano sektor „first to the banner” dla elity fanów… Po długim oczekiwaniu na estradzie pojawiła się panna Lauren Harris. Zaatakowała już sporą publiczność autorską wersją „Natural Thing” U.F.O, trzeba przyznać świetnie odegraną… Zespół instrumentalistów, przedni - zwracał uwagę fantastyczny gitarzysta, grający klasyczne riffy w stylu Zakka Wylde’a. Bohaterka show złapała kontakt z publiką, nadrabiając niedobory warsztatowe manieryczną konferansjerką i świetnym układem choreograficznym, nieźle! Po kilku minutach na estradzie montowała się ekipa z Made Of Hate, budząc moją nie kłamaną ciekawość. Dźwięki krążyły wokół tematów znanych z płyt Children Of Bodom czy starszego In Flames, grupa zwycięsko przebrnęła przez swój gig, stawiając czoła nadprogramowym problemom technicznym…

Tymczasem stadion zapełnił się co do ostatniego miejsca, została wolna przestrzeń za wieżą kontrolną i po skraju bieżni a to nie wszystko… Z głośników popłynęły dźwięki „Doctor, Doctor” UFO, stadion ogarnęła euforia, maniakalny entuzjazm zgromadzonych sięgnął zenitu gdy na telebimach zobaczyliśmy film o trasie z soundtrackiem „Transylvania”. Ryknęły silniki Spitfireów, zobaczyliśmy kronikę filmową z 1940 roku, w końcu przemówił do nas Churchill. Szperacze przeczesały tłum zgęstniały do rozmiarów mamucich, w końcu opadła kurtyna kryjąca gigantyczną scenografię… Salwy iskier- „Aces High” niesamowite tempo, doskonała gra świateł i TEN śpiew, Bruce daje radę, wtór widowni podbija wymowę historyczną utworu, po nim „2 Minutes..”, jest tylko lepiej, moim oczom ukazuje się niesłychany widok, ludzi wciąż przybywa!!! Plac za wieżą pełny, szpalery widzów na chodnikach wokół korony, masy na schodach, zakola pełne… Jezu, za mną kilka osób siedzi sobie na kolanach, obłęd!!! „Revelations” i fantastyczne śpiewy widowni, sam zespół w rewelacyjnej formie, ciężar wręcz ołowiany. Bruce dużo mówi, tematem staje się historia współczesna i wspomnienia, nie zabrakło miejsca na polską kiełbasę z Gdańska, Rosjan i Jazz! Cały Bruce… Rusza „The Trooper”, znane nam tło, Dickie w brytyjskim mundurze, olbrzymie flagi i światła układające się w brytyjską szachownicę, sam song - miazga, szał na widowni. Następuje chwila uroczysta, w kierunku sceny rusza wielka urodzinowa flaga, część osób śpiewa „Happy Birthday”. Kiedy cały stadion wybucha „Sto Lat” jubilat nie ma wątpliwości, to na JEGO cześć! Ogromna flaga wędruje po płycie, trafiając na amfiteatr, przepiękny widok, ujmujący wymownością chwili! „Wasted Years”, eksponuje kunszt Adriana, kto tak to zagra… Na „NOTB” efekty pirotechniczne atakują z częstotliwością katiuszy, 10 metrowe płomyki emitują fale ciepła odczuwane na sektorach!!! A to początek, po kilku słowach Brucea, podaniu wokaliście okolicznościowej flagi, panowie pokazali nam spektakl pt. „Rime Of The Ancient Mariner”. Użyłem rzeczownika , z premedytacją.

Gigantyczny okręt- widmo w tle, ogromne firany po bokach, wokalista na rampie w stylowej pelerynie, sędziwy lew mórski zabiera nas w rejs ku przygodzie… W interludium scenę zasnuwa dym, Adrian generuje niesamowite efekty dźwiękowe, okręt widmo trzeszczy i dudni! W części trzeciej rampy eksplodują wielokolorowymi racami, bucha ogień, pojawiają się iskry…. Utwór swą potęgą wręcz przytłacza, cudo a zaraz po nim tytułowy z „Powerslave”, scena jako wnętrze piramidy, Bruce w masce, znów rewelacyjna gra świateł i pirotechniczne blasty. „Run To The Hills”, entuzjazm morza ludzi sięga zenitu, podświetlana różnokolorowymi reflektorami scenografia i TEN głos!

Chyba lepiej być nie może, a jednak… „Heaven Can Wait” czaruje wystrojem tła z „Łowcy Androidów”, na estradzie gościmy wybrańców z FC UK, jednak nic nie może gasić entuzjazmu widowni podczas klasycznego „Fear Of The Dark”… tak - w Polsce ludzie kochają ten temat, wykonanie, perfekcja, jedno z najlepszych jakie słyszałem!!! „Scream For Me Poland, Scream For Me Warsaw, The Iron Maiden”, uderza z głośników i jedziemy z „programem firmowym”! Ogromny złoty sfinks, orgia świateł, po refrenie wielkie ściany piramidy rozsuwają się a z wnętrza w kłębach dymu i przy ogniowych salwach wydobywa się 12 metrowa mumia, ogromny Eddie łypie oczami, porusza się i drga, na sam koniec eksploduje iskrami z oczodołów zakrywając snopami całą estradę! Główny akt dobiegł końca, publiczność szaleje, po kilku minutach Bruce wraca, dziękuje nam za pamięć, obiecuje powrót z nową płytą, jednak musimy obiecać iż stawi się nas dwa razy tyle, czyli 60000, może da się zrobić(…) Po przedstawieniu składu, ruszają z „Moonchild”, w tle Eddie- Prorok, rewelacyjne światła i powalające wykonanie, czekałem na to 20 lat!!! Zaraz po nim „Clairvoyant” nie grany od pięciu lat, w połowie cała scena wybucha iskrownikami na ok.. Minutę, z wnętrza scenografii wyłania się ogromny Eddie cyborg! Bosko, gasną światła „Hallowed Be Thy Name”, dźwięk dzwonu wręcz ogłuszał, Bruce w ekstazie, my „na kolanach” REWELACYJNA wersja. Na finiszu jeszcze raz wybuchają race w czerwonym kolorze!!!

Grupa kończy spektakl, ekscytacji nie ma końca, opuszczają estradę, ogromne tło z faraonem błyska, Eddie świeci oczodołami… Mam nadzieję na więcej, nadprogramowy track „na urodziny”, nic z tego „Always Look At The Bright Side Of Life” oznajmia definitywny koniec!!!

Po 105 minutach projekcji czystej fantastyki, pozostaje wracać do rodzinnych Pabianic! Koncert z tych kultowych, zjawiskowych, taki, co trwa w nas na lata! Nie dziwię się, że zaszli TAK DALEKO,- wiem że wrócą i jak zawsze NIE ZAWIODĄ, my też nie… Za dwa, trzy lata z nowym repertuarem, tym razem pewnie będzie Chorzów, frekwencja na Gwardii była rekordowa, do zobaczenia znów gdzieś w czasie…. UP THE IRONS!!!

Rafał Dłużyński

© Sanktuarium - Polski Fan Klub Iron Maiden & Iron Maiden Holdings Ltd. 1999-2010