Aejezu, fantastycznie bylo! Limp Bizkit in da house. Setlista wiadoma, banger po bangerze lecial, wiec bylo warto pojechac i poczuc sie jakby sie mialo znów 16 lat

Nie przeszkadzalo mi ani to, ze grali jakies 85 min, ani to, ze byl dwa razy 'Break Stuff'. Dobry koncert, tłuste gówno. I szacun dla gościa, ktory wbił na scenę i pociągnął z Fredem ‚Nookie’. Fajnie to wyszło.
Niesamowity ten wokal Freda, ze mimo uplywu lat w zasadzie jest on bez wiekszych zmian. Plyta grubo szalala, a ja sobie spokojnie obserwowalem to wszystko z bocznych trybun. Co ciekawe, jakas cizia z Ticketmaster chodzila po tej trybunie z kopertami, gdzie miala bilety i proponowala ludziom inne miejscówki mowiac, ze 'to są lepsze miejsca'. No ale chyba nie takie lepsze, bo wiele osob zostalo i nie zmienilo sektora mimo jej namawiania.
Natomiast na minus te supporty. Ciezko sie tego sluchalo, specjalenie pojechalem wczesniej, zeby zaliczyc kazdy z tych 'special guests'. Po wysluchaniu tej chujni, to powiem jak mówił wieszcz narodowy: nie warto bylo, kurwa.
Karen Dio - męczyli bułę i pomyslalem, ze skoro pierwszy zespol gra takie nijakie cos, to kolejne supporty beda lepsze. Okazalo sie, zeby bylo dokladnie odwrotnie. Byl to chyba najmniej chujowy support ze wszystkich chujowych tego wieczoru. Laska z Brazylii rzucila tekstem w pewnym momencie, ze "I am Brazilian if you havent noticed' - i w tym momencie zakrecila dupą. No tak, jak gra się nudę, to może sraką podratuje się występ. Dobrze kurwa, że jeszcze nie powiedziala jaki ma nick na Onlyfans. Glupie te baby jak nie wiem. Nie idę na koncert, zeby ogladać sarajewo jednej czy drugiej, ale pewnie banda stulejarzy niszczących od wewnątrz płęc męską miała radochę.
N8 Noface - pan były ćpun sam powiedział coś w stylu, ze gra different shit. Występ absolutnie solo i slowo 'dziwny' chyba najbardziej odda ten koncert. Natomiast nie bylo to jakos tragicznie złe. Do przeżycia po piwku lub trzech.
Ecca Vandal - nie no, jak slysze taki chamski półplayback to dziękuję bardzo. Męczące, nudne w chuj.
Bones - karłowaty, nieforemny grubas charczący do mikrofonu co chwilę to jednak nie mój klimat. Gdzie rapsy w stylu Public Enemy czy Wu Tang Gang równać do takiego gowna jakim jest to Bones. Ten cały 'nowoczesny' rap jest nie do zniesienia. I te gadki miedzy grubasem a drugim rapującym, ze o kurwa, gdzie gralismy wczoraj? W Kopenhadze? You are better public than yesterday. Chuj, ze wczoraj grali w Lipsku. Absolutnie niesluchalny syf.
Jesli dobrze liczę to kazdy z tych supportow dostał okolo 30 min. Paradoksalnie bardziej mi sie podobaly gadki tego konferansjera, ktory zabawial publicznosc miedzy wystepami wszystkich zespolow. Krecil beke i bylo wesolo.
A Limp Bizkit mam nadzieje, ze wroca z kolejnym koncertem niedlugo i w ogole nie mam problemu z tym, ze nic nowego nie wydają. Nie muszą.