Nowa płyta w drodze, pierwsze proma wyskoczyły. Pierwsze opinie można wydawać.
Dla mnie kolejna rewelacja. Nie lepszy krązek niż BI , ale równie wspaniały. Ulver ma ta cudowna ceche, ze nagrywa płyty, które sa rozne, inne, a jednak caly czas na najwyzszym poziomie. m.in. przez to zle slowo ciezko na nich znalezc. Bo patrzac na ich cala historie, zaczynajac od niesmiertelnego blacku na Bergtatt, a konczac na przepieknym, ascetycznym krazku Shadows of the Sun. Bo już w samym oczekiwaniu na płyty Ulver jest magia, praktycznie nigdy nie wiadomo co to będzie, jakie patenty zastosują, co nas tak naprawde zwali z nóg. I z nowa plyta jest dokladnie tak samo. Miało być "tragic, dark and low-key" i tak jest... ale bynajmniej ten opis zupełnie nie opisuje tego krażka. Patenty tu wykorzystane! - delikatne partie pianina, dużo żywych instrumentów, wokale i melodie , które zapadają w pamięć dopiero po paru przesłuchaniach, bo są bardzo podchwytliwie schowane i przygotowane do skrupulatnego odkrywania. Płyta, która jest jak morze, rozległe i pięknie dryfujące. Shadows jest kolejnym krokiem, bardzo istotnym i bardzo pieknym w historii Ulver. Na pewno krążek w moim prywatnym rankingu znadzie się w czołówce tego roku, zresztą jak i dwa lata temu genialny Blood Inside.
A własnie wracając jeszcze do zjawiska Ulver, jak i ich przed ostatniej płyty, chciałbym zamiescic recenzje tego albumu(jak mnie pamiec nie myli , z ktoregos Pure Metal) , która IMO idealnie obrazuje fenomen tego projektu jak i samego albumu.
...wydaje mi sie, ze az tak w tym roku dobrze nie bedzie, ale nie zmienia to faktu, ze Ulver wydal kolejny genialny material, ktory bedzie goscil w odtwarzaczu na bardzo dluugo.ULVER – "Blood Inside" (Jester Records 2005)
Czy potraficie sobie wyobrazić album nagrany z absolutnym lekceważeniem wszystkich aktualnych muzycznych trendów, a zarazem wywracający trzewiami na wierzch calusieńką rockową (i nie tylko) spuściznę ostatnich kilkudziesięciu lat? Czy zachęcająca wydaje się Wam wizja współpracy jednego z najciekawszych producentów rockowych ostatnich 20 lat – Ronana C. Murphy (King Crimson, Ministry, Yes, Tool, Tony Levin, The Rollins Band) z muzykami, dla których jedynym ograniczeniem wydaje się być nieustanny pęd ku artystycznej transgresji? Czy przypominacie sobie jakąś płytę, która w momencie swojego wydania była tak nowa, inna i niespotykana, a przy tym tak wielopłaszczyznowa, że próby jakiegokolwiek opisania jej za pomocą typowych handlowych szufladek i prostej dziennikarskiej terminologii były z góry skazane na bezwarunkową kapitulację? Ja, szczerze mówiąc, nie przypominam sobie czegoś podobnego, i, być może dlatego, jedyną rzeczą, którą mogę zrobić, aby przybliżyć Wam ten album jest zdanie się na luźne skojarzenia, na swoisty potok nawiązań rysujący się gdzieś w mojej głowie, podczas setnego juz chyba odsłuchu tego doskonałego krążka.
Czy potraficie sobie wyobrazić King Crimson przeniesione żywcem w kosmos, Van Der Graff Generator mixowane przez Coil, Petera Gabriela śpiewającego w wielkiej pustej hali do odtwarzanych z taśm podkładów rodem z płyt Toma Waitsa, Mike Pattona improwizującego z Vanilla Fudge, Petera Hammilla rysującego swoja wizję Zagłady Domu Usherów w bombastycznej konwencji Gwiezdnych Wojen, Laibacha odgrywającego kolędy z mocno jazzującym zacięciem, w aranżacji opartej o delikatne dzwonki i głos? Czy w waszych głowach jest miejsce dla Boyda Rice niemiłosiernie znęcającego się nad archiwalnymi nagraniami toccat Bacha i zmieniającemu je w odgłosy dźwiękowej apokalipsy? Czy kusi Was obietnica Nurse With Wound coverującego Can w niesamowicie brudnej, black metalowo-noiseowej konwencji? Czy wyobrażacie sobie surrealistyczną ścieżkę dźwiękową do zakwaszanej wizji, w której Mechaniczna Pomarańcza Kubricka łączy się z biblijną alegoryką i miltonowskim obrazem wojny w Raju? Czy nęcąca wydaje się Wam potworna hybryda jazzu, art rocka, industrialu, nowych brzmień, muzyki filmowej, black metalu i sam Diabeł wie czego jeszcze, galopująca dziko przez rockowy dom wariatów?
Jeżeli przynajmniej wydaje Wam się, że wiecie, o czym piszę, to z dużą dozą prawdopodobieństwa docenicie ten album już teraz – dziś, jeżeli nie, to docenicie go pewno za rok, dwa, pięć lat. W najgorszym wypadku docenią go za 20 lat wasze dzieci, kiedy wy będziecie po raz piętnasty oglądać pomarszczonego siedemdziesięcioletniego Dicknsona, wyjącego do umocowanego na starczej lasce mikrofonu wciąż to samo, stare "Fear of the dark...".
Płyta doskonała, odważna, pełna niespotykanej na rockowym poletku artystycznej wyobraźni, zaskakująca, nieprzewidywalna. Album, o którym będzie się pamiętać przez lata. Zdecydowanie nowa jakość – i aż duma człowieka rozpiera, gdy sobie pomyśli, ze całe to dźwiękowe wizjonerstwo narodziło się w głowach muzyków, którzy zaczynali jako zespół metalowy. Absolutny faworyt do tytułu płyty roku, a być może i najciekawszy krążek z szeroko pojętą muzyką rockową, jaki ukazał się w tym wieku. Absolutnie porażające.





