Ja właśnie wróciłem do Wrocka, padam wykończony urokami naszego PKP ale może jeszcze napiszę kilka słów póki mam to na świeżo.
To była dobra edycja, fajny lineup, chociaż nie było takich zespołów jak w latach poprzednich tzn "obożeboże muszę zobaczyć!!!" to było sporo solidnych kapel, które - zebrane w jednym miejscu - zachęciły mnie do wyjazdu.
Dzień 1
Załapałem się na końcówkę
Mikromusic w tencie - przyjemna muzyka, może nie powala na kolana ale warto sobie obczaić. Potem
Editors - bez zaskoczenia: nudy, obejrzałem kawałek i się ewakuowałem do ogródka piwnego gdzie przeczekałem do
Blur. Jakby nie patrzeć - największa gwiazda imprezy, zdecydowanie nie zawiedli. Koncert był świetny, właściwie bezbłędny, zrealizowany przez ludzi którzy mają w takich sprawach doświadczenie, ale i wciąż entuzjazm. Damon Albarn to mega pozytywny koleś, patrząc na niego zrozumiałem skąd się wzięły takie radosne płyty jak pierwsze dwie w dyskografii Gorillaz

No i dobra setlista, właściwie wszystko co miało być - było, z idealnym zamknięciem jakim mogło być tylko - wiadomo - Song 2. Potem poleciałem od razu na
Alt-J - również solidny koncert, chociaż ja tam już głównie zajmowałem miejsce na
Crystal Castles bo to nimi najbardziej jarałem się na tym feście najbardziej. I co tu dużo mówić, to była prawdziwa petarda, godzina niesamowitej imprezy która mnie wykończyła tak, że zmyłem się po niej do domu na odpoczynek. Jeśli ktoś lubi ich muzę to zdecydowanie polecam, na żywo jest prawdziwa miazga - no i dwa pierwsze kawałki: "Plague" i "Baptism" - i już nie wiedziałem gdzie jestem
Dzień 2
Tutaj trochę mi wstyd, bo praktycznie cały dzień przesiedziałem w ogródku piwnym, spotykając się ze wszystkimi znajomymi którzy wpadli na Openera. Na szczęście był to ten blisko maina, tak więc zaliczyłem wszystkie koncerty dziejące się na tej scenie. Na innych scenach z rzeczy które mnie tego dnia interesowały grał tylko Junip, więc przeżyję. A niby coś tego dnia padalo - nawet nie zauważyłem

dlatego odnośnie zespołów dnia drugiego zdawkowo, bo im później, tym mniej z nich pamiętam.
Kim Nowak to taki rockowy beton, bez szału.
Tame Impala mają trochę więcej inwencji ale też przynudzali, nie zachęcili mnie do ruszenia się pod scenę.
Arctic Monkeys lubię parę kawałków, fajnie było usłyszeć na żywo "Teddy Picker" i "When the Sun Goes Down" ale tak poza tym... indie rock - i sami wiecie. Wszyscy mówią że
Nick Cave dał niesamowity koncert (nawet yankes w poście powyżej

), z niego nie mam już niestety zbyt wiele wspomnień, pamiętam że ogólnie uważałem go za nudny występ (nie jestem też fanem jego twórczości studyjnej), no ale wiecie jak rzetelne są alkoholowe wspomnienia, a że moje zdanie odbiega tutaj od szeroko pojętego ogółu, to daje sobie na wstrzymanie i dopuszczam możliwość błędu.
Dzień 3
...zaczął się oczywiście od okropnego cierpienia

gdy już wszyscy doszliśmy do siebie, udaliśmy się znowu na Babie Doły, dotarliśmy gdzieś w połowie
Kalibra 44. Każdy kto widział jakiś polski zespół hip-hopowy może się domyśleć jak było (całkiem nieźle, ale nie moje klimaty). Kawałek
Palma Violets - indie-bieda,
Skunk Anansie - widziane po raz pierwszy w 2010 mi się podobało, teraz już trochę nużyło,
Oszibarack - wpadłem właściwie od niechcenia, okazali się świetni. Przyszla kolej na gwiazdę wieczoru, czyli
Queens of the Stone Age - kapitalny koncert, dobra setlista (stosunkowo mało kawałków z nowej płyty!), widać że Homme to taki swój chlop

no i ładnie słodził widowni, ciekawe czy tak wszędzie czy rzeczywiście mu się podobało. Bo mi tak. Potem
The National ale tak smęcili że szybka ucieczka na
Disclosure które było dobrym, tanecznym zamknięciem dnia. I chyba na żadnym innym koncercie tent nie był tak wypełniony, nie wiedziałem że oni są tacy popularni. Trochę żaluję że nie wpadłem na Rykardę i Rebekę, no ale to już siły wyższe nie pozwoliły
Dzień 4
Na feście byłem max 3 godziny, bo złapałem gruźlicę... tzn przeziębienie, i pojechałem tylko na to, na czym mi bardzo zależało. Czyli
Crystal Fighters, zdecydowanie najciekawszy punkt tego dnia, gdyby nie oni to już bym był w tym czasie w pociągu do domu. Warto było na nich czekać, koncertowo są niesamowici (tak jak ich pierwsza płyta, z której zagrali 8 kawałków, podczas gdy z drugiej - obecniej promowanej na trasie - tylko 4. Cieszy, że przyjęli właściwe proporcje

) Zagrali wszystko co chciałem usłyszeć, świetna zabawa, jak będą gdzieś w pobliżu to wybiorę się na nich znowu. Potem biegusiem na resztkę
Mount Kimbie - niestety grali tylko godzinkę, więc załapałem się na jakieś 3-4 kawałki. Szkoda, fajni są, a i w tencie było pusto, bo wszyscy już się ustawiali na
Kings of Leon, czyli (tak mi się zdaje) rekord frekwencyjny tej edycji. Wymyśliliśmy takie powiedzenie - co może być gorszego od płyt Kings of Leon? Tylko ich koncert. Jeden wielki rzyg, pseudo-rockowe kawałki gwałcące uszy, gwiazdorstwo, lans i pozy które mogło robić wrażenie tylko na 15letnich fankach okupujących przednie rzędy. Wytrzymałem z 20 min i odpuściłem.
Dzień 5
Wahałem się - zostać? Nie zostać? W końcu stwierdziłem że jak całość to całość, jak darmo, to wezmę. Udało mi się wymierzyć czasowo idealnie, bo pod mainem pojawiłem się pod koniec koncertu pana od Bonkers, czyli
Dizzee Rascala. No i akurat usłyszałem Bonkers, i do widzenia
Sama
Rihanna chyba się przeliczyła, ktoś jej nie powiedział że to nie koncert tylko dla jej fanów, ale w większości dla ludzi takich jak ja, którzy zostali na niej z przypadku, bo darmo, bo z ciekawości. No i godzinne spóźnienie nie zostało przyjęte dobrze, po 30 min rozlegaly się już częste gwizdy, a miano bohaterów dnia wygrali ludzie którzy zaczęli skandować "Beyonce, Beyonce!"

W końcu wyszla i o dziwo... spodobało mi się do pewnego stopnia, co prawda nie trawię jej muzyki absolutnie ale trzeba jej to przyznać: potrafi dać występ z imponującym rozmachem i (jeżeli to nie był playback) naprawdę dobrym głosem. No i jakby na to nie patrzeć, znałem więcej jej kawałków, niż większości występujących na Openerze zespołów - bo ten się usłyszało gdzieś w barze, tamten w radiu itd.
Podsumowując
W tym roku było na mój gust trochę zbyt dużo gitarowego grania, bo wiadomo że jak Ziółek zaprosi coś rockowego, to jest 30% szansy że będzie to coś dobrego, a 70% że to jakaś indie kapelka która odrzuci mnie na kilometr. Editors, Arctic Monkeys, Palma Violets i Kings of Leon na raz to dla mnie za dużo, wolałbym żeby postawił bardziej na różnorodność.
Jeśli chodzi o najlepsze koncerty festiwalu to wyróżniłbym 4:
Crystal Castles, Blur, QotSA i Crystal Fighters. Bez jakiejś specjalnej kolejności.