Jak już pisałem bardzo dobry koncert, a teraz czas na garść szczegółów.
- Blackmore świetne granie. Niektóre utwory może i wolniej, ale to nie znaczy, że gorzej. Podobało mi się jak się skupiał na instrumencie w trakcie grania i jak dowodził na scenie zespołem. Wyglądał jakby chętnie trochę bardziej poimprowizował w kilku momentach. Na koniec Child in Time miałem wrażenie, że był niepocieszony, że chłopaki zakończyli granie. Do tego namawianie/wymuszanie na członkach zespołu, żeby trochę pociągnęli solo dłużej. Wyglądało, że obecność na scenie go bawi.
- Do tego doszło zachowań, których się nie spodziewałem: żarty z ochroniarza czy położenie się na scenie i wyciąganie ręki do publiczności.
- W przypadku klawiszy trochę brakowało w nich mocy, głównie w kawałkach Purpli.
- Wokal dobry, ale przede wszystkim w utworach późniejszego Rainbow + Man on the Silver Mountain + Mistreated. Najmniej mi się podobał chyba w Stargazer (ale to mój ulubiony utwór) + chyba nie do końca przygotowany tekst do Temple of the King. Chyba go Rysiu zaskoczył.
- Tu dochodzimy do kolejnego elementu na plus, czyli setlista. Bardzo dobra, a ta wisząca na scenie była raczej ogólną wskazówką co grać niż sztywnymi wytycznymi, dzięki czemu trafiło się m.in. wspomniane Temple czy fragment Woman from Tokyo. Swoją drogą ciekawe czy tak samo to grali na poprzednich koncertach. Jak dla mnie mogliby zagrać jeszcze mniej Purpli albo wybrać jakieś rzadsze kawałki zamiast Smoke czy Perfect Strangers, chętnie bym usłyszał Dead or Alive.
- Chórki zupełnie zbędne. Spojrzałem na nie kilka razy i albo się wygłupiały albo nie znały tekstów i próbowały coś przeczytać z tabletu. Zdecydowanie lepiej prezentowała się pani brunetka niż małżonka.
Support na plus. Bez fajerwerków, ale uważam, że dobrze się sprawdził. Zwłaszcza ten rockandrollowy medley fajnie wypadł.
I jeszcze organizacja: tak należy wpuszczać ludzi do hali. Dużo otwartych wejść spowodowało, że wejście było szybkie i sprawne, a nie jak u nas. Otwarte 2-3 wejścia i przed każdym gigantyczna kolejka. Gorzej było przy wejściu na sektor (stani u podia): najpierw trzymali nas przed wejściem na sektor kilkanaście minut, a jak wpuścili i posprintowałem na halę, to okazało się, że gościowi na wejściu skaner pokazał, że mój bilet już był skanowany przed chwilą. Na szczęście machnął ręką i mnie wpuścił od razu. Co ciekawe byłem jednym z pierwszych, którzy zbiegli na dól, a jak w biegłem na salę to praktycznie cała barierka była zajęta.
Na koniec nowa kość horej curki:
