Dream Theater - Train of Thought (2003)

Co tu dużo mówić: DT nagrało płytę cięższą niż wszystkie krążki do tej pory, dzięki temu albumowi zespół zyskał wielu nowych fanów, ale też sporo starych fanów kręciło nosem, że za ciężko itd trzecia płyta studyjna którą produkowali duet Petrucci- Portnoy, świetny mix Kevina Shirleya. Brzmieniowo jest totalny odlot, John Myung słyszalny, perkusja i gitara wysunięte na pierwszy plan, Rudess ma cyrkowe popisy które już zaczynały denerować, ale ma też sporo świetnych partii w tle. Najsłabszym ogniwem jest niestety James LaBrie, którego partie są jałowe i właściwie poza emocjonalnym Vacant nic już się nie broni po latach, w pozostałych utworach (nie licząc instrumentala) jest czasami komicznie wręcz, ale na plus efekty przesterowanego wokalu. John Petrucci gra totalny Shred, ale te solówki już niestety mnie męczą po latach, a końcówka This Dying Soul jest po prostu przesadzona. Z tym albumem mam dziwnie bo na początku mi się nie podobał, potem podobał, potem znowu nie podobał a potem podobał i było tak może jeszcze kilka razy. Szybko Panowie się uwinęli z napisaniem płyty a potem pozostało już tylko ją nagrać. Dokument jest na płytce, gdzie wchodziło się przez stronę internetową i oglądało, teraz już całość dawno można obejrzeć na YT. Najpierw miałem kasetę a dopiero potem kupiłem CD. Dziś już zostało mi tylko jedno Train na winylu i jedno kopertowe wydanie bo reszty się pozbyłem. Przejdźmy do kompozycji:
1. As I Am - jak dla mnie ten metallikowy riff jest świetny i aktualnie uważam, że to najlepszy nr na płycie, na koncertach też zawsze robi robotę, fajne solo Pietruchy, jest ok.
2. This Dying Soul, groch z kapuchą, nie mogę już tego kawałka zdzierżyć, chyba następny odsłuch za 5 lat, końcowe popisy jarały mnie jakoś na początku, ale z biegiem czasu odrzuciło mnie całkowicie od takiej masturbacji.
3. Endless Sacrifice - refren fatalny, początkowy riff bardzo przypomina jeden kawałek Michaela Jacksona, cyrkowy Rudess, LaBrie przynudza (nawet później miał płyty na których lepiej śpiewał i miał ciekawsze partie) do zapomnienia
4. Honor Thy Father - kolejny koszmarek, kiedyś mi kopał dupę, teraz nie mogę go słuchać, jadowity tekst Portnoya i sample to chyba najlepsze części tego kawałka.
5. Vacant - piękny przerywnik między cięższym materiałem, jeden z faworytów, LaBrie śpiewa doskonale, Rudess nie paskudzi, tak trzymać. Świetne wykonanie w Łodzi.
6. Stream of Consciousness - Jordan świetnie gra w tle, Petrucci gra mega techniczne i szybkie solo, ale już nie robi to takiego wrażenia jak te 20 lat temu, jeden z trzech najlepszych kawałków na płycie obok Vacant i As i Am jak na ten moment dla mnie.
7. In the Name of God - wielki finał, kiedyś kochałem ten kawałek zachwycałem się unisonami i solówką Pietruchy, refren brzmi strasznie infantylnie i ten patos w końcówce utworu, dobre dla emerytów. No i to pianie Serka, ale na płycie i tak było ok, na koncertach to była padaka za każdym razem gdy tego słuchałem na koncercie, choć wtedy na to nie zwracałem uwagi. Teraz LaBrie jest na swoim poziomie, już się nie zachwycam tak jego wokalem na koncertach jak jeszcze 2 lata temu, ale to co śpiewał w latach 91-94 to mistrzostwo świata
Ocena końcowa : 3/10 - Bronią się jedynie As I Am, Vacant i fragmenty Stream of Consciousness, od reszty kawałków robię sobie długie ''wakacje''
Dziękuję za uwagę, pewnie polecą hejty, że za niska ocena, a niektórzy powiedzą że za wysoka, ale to moja recka.







