Mój trzeci koncert Accept i pierwszy w Krakowie od 2017, musiało być dobrze
Phil Campbell - ogólnie zgadzam się z tym, co w pokoncertowej rozmowie stwierdził Dzosef: "fajne, ale nie graj już". Muzyka to kiełbasy, w zasadzie chodzi tu wyłącznie o nazwisko. Covery Motorhead ogólnie słabe i niestety widać, że bez głosu Lemmy'ego te piosenki stają się tym, czym są w swojej konstrukcji, czyli prostym hard 'n' heavy na schematach klasycznego rock 'n' rolla. Jedynie Killed By Death nieźle mi siadło, bo takie Born to Raise Hell było zwyczajnie rozwleczone i pasowało to jak pięść do nosa. Dobrze, że skończyli lekko przed czasem.
Accept - ten występ to było 100% heavy metalu w heavy metalu. Przede wszystkim pochwalić muszę dwie rzeczy - po pierwsze był to znakomicie nagłośniony koncert i zdecydowanie najlepiej nagłośniony gig Accept, jaki widziałem. Stałem jakoś w 5 rządzie po lewej i było praktycznie idealnie, aczkolwiek przyznam, że po Studio oczekiwałem jakości, bo to naprawdę świetne venue. Chyba najlepsze, w jakim byłem. Po drugie, forma zespołu, ze wskazaniem na Marka. Ten gość ma 70 lat, a wczoraj tak dowalił do pieca, że byłem pod wrażeniem, no nie do zdarcia jest i pokazał to niejednokrotnie. Pozostali bez zarzutów, ale Accept to po prostu taka maszyna, tutaj wszystko jest wykalkulowane przez Wolfa i ma działać na jak najwyższych obrotach. Na minus zaliczam setlistę. Przede wszystkim była zbyt podobna do tej, którą zaprezentowali w Progresji. Ta sama struktura i de facto te same utwory, z podmiankami ówczesnych nowych na obecne nowe. Bardzo szkoda, że nie zechcieli pokusić się o coś nieoczywistego... Ano tak, przecież w puli utworów jest Dying Breed, którego ostatecznie nie usłyszeliśmy (tak samo Southside of Heaven) xD Frankenstein bardzo fajny, ale uważam, że ten repertuar zmienia się u nich w koszmarnie chaotyczny i nieprzemyślany sposób, wcześniej było to dużo lepiej robione. No ale to taka łyżka dziegciu w beczce miodu i nie z tego powodu zapamiętam ten koncert. Bawiłem się świetnie, jak zresztą zawsze. Accept to dla mnie jeden z topowych zespołów wykonujących tę muzykę na żywo i wczoraj znów to potwierdzili. No i dmuchany rekin wspaniały
Ogólnie był to dość... Ciekawy koncert ze względu na publikę. Od razu wspomnę, że była ona łagodna i Bogu dzięki, bo ostatnie, na co miałem ochotę, to użeranie się z bydłem. A tutaj audytorium raczej z koncertu Purpli niż Priest

Aczkolwiek przyznam, że była zajebiście specyficzna i ta historyjka, którą wspomniał Manichean, to tylko wierzchołek góry lodowej, bo ja pamiętam jeszcze rozmowy typu:
- On gra z synami w tym zespole.
- Oni od ojca się tej muzyki uczyli.
- Grają ostro bo jak Motorhead grał? Też ostro.
- No skurwysyny.
Albo:
- To weź mi jeszcze jedno piwo.
- Ale to jak będziesz jechał?
- No ale ile ja wypiłem, 2?
- Ale jeszcze półtorej godziny i do domu.
- No to akurat, jakby co to najwyżej będzie na mnie.
I jeszcze:
- Ale panie to widzę też starszawe przyszły na koncert.
- Nie wziąłeś tabletek to nawet o tym nie myśl, bo nie dasz rady nic zdziałać.
Dość dziwny był też widok ludzi ewidentnie srogo napierdolonych/naćpanych i upadających pod wpływem ciężaru własnego ciała, ogólnie publika była bardzo barwna
Pozdrowienia dla spotkanych (w niektórych przypadkach po raz pierwszy) Sanatorian.'
PS Nic nie złapałem.