Dwa posty jako odpowiedzi a teraz moja krótka recka.
Rzeszów już dawno odespałem, pora zatem na Katowice.
SBB. Powtórka z Rzeszowa czyli nie wypowiadam się po się nie znam. Tym razem nie było Dona Aireya z boku sceny, ale przyjęcie mieli dużo lepsze jak w Rzeszowie.
Purple zaczęli punktualnie o 21:00. I podobnie jak w Rzeszowie pierwszy poleciał Hard Lovin' Man, zagrany dużo lepiej jak przed dwoma dniami. Muzycznie tym razem było już wszystko w porządku, niestety Gillan się w tym utworze nie popisał. Skoro o wokaliście mowa ~ w moim odczuciu wyglądał i ogólnie prezentował się dużo lepiej jak w Rzeszowie (czyt. chyba trzeźwy był).
Kolejny w kolejce Things I Never Said już wykonany całościowo w porządku, czyli również wokalista stanął na wysokości zadania. A ze jest w całkiem dobrej formie wokalnej świadczył Maybe I'm a Leo zagrany dla mnie rewelacyjnie. Aczkolwiek w Strange Kind of Woman znów się nie popisał wokalista na koniec. Ogólnie śpiewał dobrze, tylko ta końcówka z Morsem to już położona była wokalnie. Śpiewać niech Ian śpiewa tylko niech te wycia na koniec utworów sobie daruje
Po numerze czwartym pauza, podziękowanie za miłe powitanie a następnie informacja że show jest dedykowane "tjomiemu djubińskiemu" który się aktualnie ma "not very well"

Jak by ktoś nie wiedział Ian się przyjaźni z Dziubińskim na gruncie prywatnym o czym można poczytać chociażby w ostatnim numerze "Teraz Rocka po całości".
Wracamy do koncertu. Rapture of the Deep, Fireball i Silver Tongue wykonane jak należy. A od Contact Lost zaczyna się , moim zdaniem, najlepsza część koncertu. Pięknie się Steve zaprezentował publiczności. Po swoim "popisie" przeszli wspaniale do When Blind Man Cries przyjętego ogromną owacją. Chyba ich musiało to dodatkowo zmobilizować bo się do utworu przyłożyli podwójnie. Pięknie grał Steve, wspaniale śpiewał Gillan. Następnie kolejny popis gitarzysty czyli The Well Dressed Guitar w którym Morse (przy udziale Gillana) zmobilizował niemal cały Spodek do rytmicznego klaskania. Naprawdę fajnie to wyglądało jak zapalono wszystkie światła i było widać jak całe trybuny klaszczą.
Lecimy dalej czyli Almost Human, Lazy i No One Came. W tym ostatnim Gillan bawił się w Robin Hooda i "strzelał" z łuku w publiczność. Potem solo Aireya (cytaty z Chopina i naszego Mazurka - czyli standard). Popis przyjęty owacyjnie. Podobnie jak wstęp do Perfect Strangers. Space Truckin', Smoke On The Water i gasną światła.
Fajna sytuacja miała miejsce przed bisami. Na sali ciemność, w pewnej chwili zapalono światła, przez scenę maszeruje Ian Paice z ręcznikiem na ramieniu, sala ryknęła z radości a Paice się łapie za serce
Bis zaczęli od jamu którego w Rzeszowie nie było. Już myślałem że może coś zmienią ale jednak przeszli do Hush. Hush który się im lekko w środku rozjechał. Był taki moment że chcieli przejść do części improwizowanej, tylko nie bardzo wiedzieli jak. Patrzyli po sobie i każdy czekał co zrobi drugi. A że nie działo się nic to postanowili wrócić do tematu wyjściowego. I było by OK tylko że każdy z muzyków wszedł w innym momencie

Szybciutko się jednak pozbierali i uporządkowali kompozycję. Black Night w którym Steve nie miał żadnego problemu w interakcji z publicznością i koniec. Długo się żegnali, rozdawali co mieli rozdać, Steve nawet wyzbierał kosteczki które mu koło wzmacniacza leżały i wyrzucił w publiczność.
110 minut grania. z Z zegarkiem w ręku.
Dwa koncerty. Jeden lepszy od drugiego. Średnia wieku w zespole = 62 lata. Chylę przed nimi czoła
Frekwencja
http://muzyka.onet.pl/10174,-219546,0,4,galerie.html
zdjęcie mówi samo za siebie. Siedziałem na sektorze czerwonym, wolnych miejsc nie widziałem.