Książka przeczytana !
Na gorąco podzielę się z wami swoimi spostrzeżeniami. Z jednej strony czyta się szybko i dobrze, z drugiej jednak pozostaje pewien niedosyt.
Dickinson chronologicznie opisuje swoje życie skupiając się głównie na karierze muzycznej, a później lotniczej. Satysfakcjonująco opisuje epizody szermiercze pomiędzy trasami lub w ich trakcie. Właściwie całkowicie pomija kwestie prywatne (poza pierwszymi kilkunastoma latami życia). Postanowił, że nie będzie pisał o ślubach, rozwodach i narodzinach ani swoich ani cudzych. Sami oceńcie czy to dobrze czy źle, mnie tego trochę brakuje. Mógł chociaż pobieżnie o tym wspomnieć pobieżnie bez zagłębiania się w szczegóły. O żonie wspomniał jedynie w dedykacji, o dzieciach chyba w ogóle, co wydaje mi się trochę dziwne. Autobiografia bez tego wydaje mi się przez to trochę niepełna.
Ma sprawne pióro, barwnie opowiada o swoim życiu, w którym działo się niesłychanie dużo. Może nawet trochę za dużo by refleksyjnie pochylić się nad wszystkimi interesującymi nas kwestiami. Mam wrażenie, że trochę prześlizguje się po tematach dla niego niewygodnych (stosunki z rodzicami, odejście z zespołu, relacje z Harrisem), niektórych w zasadzie w ogóle nie porusza. Ciekawie opisuje swoją młodość, dziadków, rodziców, trudne relacje z nimi, problemy w internacie, początki kariery muzycznej. Nie trudno jednak zauważyć, że nie chce mówić wszystkiego. Umiejętnie prześlizguje się po niewygodnych kwestach. Czytając poszczególne epizody rzadko odnosiłem wrażenie, że temat został wyczerpany. Często myślałem w trakcie czytania "chce więcej, nie żartuj, że to już wszystko"... Tu nie chodzi nawet o objętość tylko o samą esencję. Bardzo mi brakuje czegokolwiek na temat relacji pomiędzy muzykami w Maidenach, poszczególnych osobach w zespole. O Davie Murray'u wspomniał może ze 3 razy w całej książce. O samej muzyce, poszczególnych płytach, utworach, procesie tworzenia muzyki, tekstów jest też trochę za mało. To ciekawe co pisze, ale chce się tego więcej. Pozostaje niedosyt po opisie każdej z płyt. Nie zagłębia się w brzmienie płyt, rzadko opisuje poszczególne utwory, różnice stylistyczne, pomiędzy poszczególnymi krążkami, oczekiwania z nimi związane, przyjęcie przez fanów. Tak jakby nie do końca żył tym zespołem.. Książka w pewnym momencie za bardzo pędzi do przodu. O SiT parę zdań, o muzyce zawartej na "No Prayer.." prawie nic, o Tyranny of Souls kilka zdań. Chyba tylko nad Siódmym Synem pochylił się nieco bardziej (bo sporo było tam jego pomysłów). Za mało. Karierę solową też potraktował nieco pobieżnie wyłączając emocje związane z koncertem w Sarajewie. Chciałoby się więcej przemyśleń związanych z odejściem z zespołu i powrotem do niego. Musiał poruszyć mnóstwo kwestii ale po niektórych zwyczajnie się prześlizgnął tylko po by mu nikt nie zarzucił, że o czymś nie wspomniał.Im bardziej zbliżamy się do końca książki tym więcej jest o lotnictwie, doskonaleniu swoich pilotażowych szlifów, co mnie osobiście pod koniec już trochę nużyło. To ciekawe ale po co aż tyle

. Poruszyła mnie zato jego walka z chorobą, którą szczegółowo opisał.
Jest nieźle, fajnie, momentami dowcipnie (anegdota o spotkaniach z Gillianem !) ale brakuje czasem głębszej autorefleksji, pochylenia się nad pewnymi kwestiami. Za mało jest o ludziach. Poza paroma wyjątkami (Martin Birch vel Marvin) nie otrzymujemy zbyt wielu ciekawych informacji na temat portretów psychologicznych poszczególnych osób. Mam wrażenie, że nikogo nie chce zbytnio skrzywdzić, a poza tym koncentruje się głównie na sobie. Jeśli wbija szpilę to robi to bardzo subtelnie i pomiędzy wierszami (Amsterdam i Steve Harris;)). Lemmy to zrobił nieco lepiej i soczyściej w swojej autobiografii. Bardzo żałuję, że Bruce nie wspomniał nic o wspólnej pracy z Halfordem (choć wspomina o podejściach do zorganizowania koncertu "3 tenorów"). Dla większości byłoby to ciekawe.
Takie mam przemyślenia na gorąco. Oczywiście po książkę sięgnąć warto, czyta się przednio ale fani Maiden mogą czuć pewien niedosyt bo zbyt wielu nowych rzeczy o zespole się nie dowiedzą. Pod tym względem nieceniona jest jednak pozycja Micka Walla.
Niemniej dla fanów Dickinsona pozycja obowiązkowa !