O 11 w Poznaniu, ze znajomym zabilismy czas szwedajac sie troche po miescie, troche po Starym Rynku szukajac czegos do jedzenia, troche w Kultowej. Cena piwa smieszna jak dla mnie, a z kija o dziwo lały sie szczyny a nie Trooper, choć on sam nie jest w sobie specjalnie powalający. Ledwo dalem rade wciagnac jeden kufel, jeden wiecej i bym sie chyba rozchorowal. Nie wiem co to bylo, ale nie dalo sie tego pic.
Sam koncert udany, nudy na pudy jesli chodzi o Ghost. Wokal Papy niewspolmierny z trescia (wziualna), troche sie zdiwilem jak zaczal spiewac. Porywu nie bylo po prostu, nie podchodzi mi takie granie, + godzina spoznienia (chyba) zrobila swoje i bylem juz lekko zniechecony na starcie. Mozna raz ich zobaczyc, ale co sie dziwic, maja dopiero chyba 2 plyty. Na koniec jeden z Nameless Ghouls (po prawej co zasuwal na blondie jaguarze, chyba gitara prowadzaca) rzucil kostke w tlum i niemal natychmiast osoba ktora ja zlapala mu ja odrzucila, ale juz tego nie zauwazyl bo sie odwrocil. No i dobrze, bo buractwa nie cierpie, tak jak jak tego fiuta co mi najzwyczajniej w swiecie przy barierce wyrwal flage z rak na Maiden

Ale ogarniete w miare towarzystwo bylo i zaraz mu ja tam odebrali i mi zwrocili.
Slayer rozpierdolil, scisk jak jasny gwint, myslalem, ze mi momentami flaki wyplyna, ale wiedzialem, ze na Maiden bedzie juz wtedy luz, bo ludzie straca po Slayerze powera

. Kerry wszedl, zrobil swoje i wyszedl, jakby mial wszystko w dupie, Tom przeciwnie, usmiechal sie czesto, co w polaczeniu z ta jego broda nadawalo mu duzo poczciwosci. Widzialem pierwszy raz ich, wystarczy ze uslyszalem Angel, Reing etc., cisnienia nigdy nie mialem, ale milo jestem zaskoczony. Dzwiek byl dosc wyrazny tam gdzie stalem (prawa strona barierki, gdzie gra Gers), ale zgrzyty sie zdarzaly. W kazdym razie Slayera zaliczam na plus, mimo braku Hannemana i Lombardo.
No i Maiden przy barierce z prawej strony. Doctor Doctor zaskakujaco szybko rozlegl sie po stadionie po zakonczeniu wystepu Slayera. Krotko i tesciwie: byla moc, pod wzgledem dzwieku bylo przyzwoicie, o niebo lepiej jak w Lodzi i prownywalnie z Gdanskiem. Bruce w formie, w sumie wszystkim dopisala energia. Bruce poganial tlum ile wlezie, po 30 minutach kaslalem od ''scream for me!''. Adrian wyciagnal swojego Ibaneza Destroyera, Dave z swoim Flying V troche niecodziennie wyglada, ale szaleje na starosc.

Gers jakby troche podminowany na poczatku czyms, ale potem juz bylo spoko.
Gadka Bruca o malzenstwie byla, lekko mowiac, zastanawiajaca. No bo kto mu do licha powiedzial, ze ta para ktora brala wtedy wesele w Adrii jest ze soba juz 30 lat?

Dawno po rozwodzie. Ale panstwo mili i sympatyczni, spotkalismy ich na Starym Rynku gdzie ludzie sie zbierali na grupowe zdjecie, udzielali tam wywadu TVN, potem pozwolili zrobic ze soba zdjecia, zalapali sie nawet na jedna koszulke. I nastapilo Revelations jako forma ''uczczenia'' tej rocznicy. Mialem przez chwile nadzieje, ze zagraja Smoke On The Water, ale coz. Przyzwoity koncert, przez chwile myslalem, ze z butow wyskocze jak zaczal sie Seventh Son, byl bardzo glosny. Phantom czy RTTH mieli ladnego kopa, ogolnie wszystko bylo przyzwoicie slychac, aczkolwiek przez chwile zamarlem gdy dzwiek na moment znikl przez chwile jakby prad odcieto, ale trwalo to doslownie moment i chlopaki nawet sie chyba nie zorientowali bo zaden nie przerwal gry. Gers zgubil wajche od swego Strata, ale to mily element zaskoczenia ktory przerodzil sie w lawine gagow na scenie. Te wyglupy Janicka jednak pod koniec z ''zaklinaniem'' gitary mogli sobie juz odpuscic, ale co mi tam. Ogolnie gdyby nie odskocznia w postaci przemowy Bruca o slubie i kilka krotkich przerw na dwa slowa do widowni, to koncert zaliczylbym do poganianego, skakali z jednego kawalka na drugi. Edkow ne scenie nie sposob chyba zliczyc.

No i tradycyjnie nic nie wpadlo mi w rece, ale wspomnienia pozostana.
GC byl tym razem rzeczywiscie GC, sporo luzu, nie wiekszy mysle jak 1/4 plyty. Na merch nawet okiem nie rzucilem, widzialem go tylko z daleka. Bylo tam cos ciekawego?