Łódzki koncert był moim drugim koncertem IM po Bemowie sprzed dwóch lat. Przedwczorajszy koncert podobał mi się bardziej z tego względu, że ostatnio miałem bilet na płycie, a jednak GC to inna bajka. Bliskość sceny i bliskość muzyków jest niezwykła.
Z racji tego, że nie bywam na 10, czy 20 koncertach IM w roku, napiszę kilka słów przemyśleń co do koncertu.
Zacznijmy od początku...
VoodoSix - byłem bardzo miło zaskoczony, naprawdę podobał mi się występ tych Państwa. Fajna, lekka, dynamiczna muzyka do łatwego odbioru, uśmiechnięci muzycy, niezły wokalista. Myślę, że jeszcze kiedyś zawitają w moje głośniki.
Zaczęło się jak zawsze od Doctor, Doctor, emocje sięgają zenitu i jest "Seven deadly sins". Jak padły pierwsze brzmienia piosenki Moonchild to po prostu straciłem przez chwilę orientację. Ja ogólnie lubię dobrą zabawę pod sceną (nie mylić z przepychaniem się i uderzaniem w co tylko się da), ale to co się działo na Moonchild to była lekka przesada. W ogóle nie mogłem skupić się na tym co gra zespół, bardziej musiałem myśleć jak przeżyć tę małą wojnę. Okazało się, że w celu ocalenia musiałem się nieco wycofać. Dalej jednak stałem na tyle blisko by czuć satysfakcję z odległości od sceny. Ogólnie byłem nieco tylko zawiedziony nagłośnieniem. Bruce'a było słychać przy takim mocnym zaszumieniu, gitary się zlewały, stopa Nicko za głośna w porównaniu do reszty. Choć nie mam jakiegoś super słuchu to na pewno nagłośnienie nie było idealne.
Kolejne piosenki wyszły bardzo fajnie. "Can I play with Madness" to świetna koncertowa piosenka, gdzie publika może się wykazać (i z tego co słyszałem, przynajmniej blisko mnie, wyszło bardzo dobrze), a usłyszeć na żywo The Prisoner to była wielka rzecz. 23:58 to była piosenka, która najbardziej mnie raziła patrząc na set, ale mimo wszystko było warto. Moim zdaniem bardzo fajne wykonanie. Punkt kulminacyjny nastąpił później. Afraid to jedna z moich ulubionych piosenek IM i bardzo mocno przeżywałem każdą nutę tej piosenki. Słuchało się tego na żywo fenomenalnie i bardzo się cieszę, że to zagrali. Moje wewnętrzne przeżycia były bardzo mocne podczas tej piosenki, przydała się również chwila wytchnienia, przed kolejnymi uderzeniami. Podczas gadki przed Afraid miłe było bardzo spontaniczne skandowanie Janick, podczas wspominania jego korzeni. Szkoda, że nie chciał powiedzieć czegoś po polsku.
Trooper i TNOTB jak zawsze świetnie, choć bez jakiegoś szału. Bardzo fajne było zachowanie Bruce'a na Trooperze, jak kładł flagę na głowie Janicka. Dopiero jak napisaliście, że na TNOTB było zacięcie, to załapałem, choć wiedziałem, że coś jest nie tak z tym intro. "Zabawa" mocno się rozkręciła na "szatańskiej" piosence i ludzie z moich okolic (lewa strona GC) zaczęli robić okrągłe miejsce by zaraz na siebie uderzyć. Nie jestem fanem takich zabaw i nie lubię jak mi przeszkadzają w skakaniu, czy klaskaniu, ale tym razem dzięki temu kółku zrobiło się miejsce i przemieściłem się ponownie nieco bliżej sceny (ok. 4-5 rzędów od barierek).
Kolejna piosenka, a więc upiór i kolejne super doznania. Bardzo mi się podobało to wykonanie i kolejny raz usłyszałem piosenkę, którą zawsze chciałem usłyszeć na żywo. Świetnie, że znalazł się ten utwór w secie.
RTTH to kolejne mocne ożywienie publiki, myślę, że jeśli chodzi o jej głośność to wyszło całkiem nieźle. Na "oooooo..." przeszły mnie ciarki. Głośny śpiew i super zabawa, o to chodzi w RTTH. Nie było tego utworu na Bemowie, więc również się cieszyłem, że dane było mi w końcu usłyszeć go na "żywca". Mimo wszystko ten Eddie wzbudził we mnie uśmiech na twarzy. Myślę, że o to chodziło.
Za Wasted Years natomiast nie przepadam i nie do końca podobało mi się to wykonanie na koncercie. Publika też raczej słabo znała refren, bo co Bruce próbował oddać jej głos, to nie wychodziło to za dobrze. Za ten kawałek wstawiłbym Infinite Dreams, ale nie narzekam. Po prostu nie przeżywałem tak tego kawałka i przeszedłem trochę obok niego, choć próbując podciągnąć siłę publiki, gardła nie szczędziłem.
Okazało się, że tym co najbardziej utkwiło mi w pamięci i nie może z niej wyjść to był siódmy syn. Ciągle mam w głowie dźwięki tego utworu i moim zdaniem jego wykonanie było po prostu epickie. To jest to co w tych długich, bardzo ambitnych utworach kocham najbardziej. Kto wie, może po raz ostatni słyszałem ten utwór na żywo. Na pewno jednak zapamiętam to wykonanie na bardzo długo. Scenografia, zachowanie Bruce'a, dźwięk gitar, pochodnie - to wszystko złożyło się w doskonały spektakl.
Podczas The Clairvoyant zauważyłem jakąś niespodziewaną przerwę. Jakby Bruce pomylił się z tekstem lub zapomniałem małej partii. Nie wiem, czy też to zauważyliście. Czytałem kilka głosów, że przed czymś uciekał, ucieczki jednak nie zarejestrowałem. Ciekawe jak to było naprawdę. Wykonanie tego utworu dobre, ale bez fajerwerków.
Na Fear Of The Dark, znów ożywienie skaczącej po sobie publiki. Choć chyba wiem dlaczego zespół lubi tak to grać. Efekt śpiewającej publiczności jest niesamowity i warto dla tego przeżyć ten nie do końca lubiany przeze mnie utwór. Po FOTD nastała pora na IM i na bisy, a na bisach...
... Aces High. Bawiłem się doskonale. Super sprawa, zdarłem już chyba wtedy doszczętnie gardło. Kolejny utwór, którego nie słyszałem przedtem na żywo, a chyba jednak wypada to usłyszeć.
Kolejne utwory to zabawa na maksa, bo w głowie świadomość, że zaraz koniec. Trochę Running Free w wykonaniu publiczności słabe. Może już po prostu zabrakło siły w gardłach. Bardzo fajne też przedstawianie kapeli i nawiązywanie do narodowości. No i stało się, chłopaki zeszli ze sceny, a mi się niestety nie udało nic złapać. No cóż, może następnym razem.
Podsumowując:
+ utwory w secie takie jak Afraid, Phantom of the Opera, Prisoner
+ epickie wykonanie siódmego syna (równie epickie mogłoby być podczas tej trasy Infinite Dreams)
+ publika dawała radę lepiej niż na Bemowie, choć wtedy byłem na płycie, może to ma jakieś znaczenie
+ bliskość sceny
+ support
+ pirotechnika (najlepszy jej moment to zapalanie "przez Bruce'a" pochodni, przeszły mnie wtedy ciarki)
- brak w secie Infinite Dreams
- nagłośnienie
- część publiki, która zachowywała się trochę tak jak na jakimś Woodstocku, nie mam do nikogo pretensji, ale nie do końca lubię odpychania wszystkiego, czego się da
- dlaczego tak krótko?
Pozdrawiam też wszystkich poznanych w Eclipse.

Miło było poznać. Niestety na after party nie daliśmy rady z kolegami dotrzeć, okazało się, że pojedziemy wcześniejszym pociągiem, nikt już nie miał siły.