Pamiętam jak w 2003 roku Kaczkowski zapowiadał w niedzielnym Minimaxie przed premierą Dance of Death. Wtedy poleciało Paschendale, które sobie nagrałem na kasetę magnetofonową. Parę dni wcześniej, bo wtedy Minimax był też w środy (nie wiem jak teraz) było New Frontier.
Piękne wspomnienia.
W 2006 r. było These Colours Don't Run.
To, że dziennikarz nie pieje z zachwytu jak jakiś klakier nad każdym dźwiękiem nowej płyty, tylko uwiarygadnia jego ocenę. A ta jest wyważona i rzeczowa, dobrze uargumentowana. I raczej pozytywna wobec albumu. Trochę dystansu panowie.
IgorW pisze:To, że dziennikarz nie pieje z zachwytu jak jakiś klakier nad każdym dźwiękiem nowej płyty, tylko uwiarygadnia jego ocenę. A ta jest wyważona i rzeczowa, dobrze uargumentowana. I raczej pozytywna wobec albumu. Trochę dystansu panowie.
matik pisze:Onet i wszystko jasne . Prawdziwi "fachowcy"
To, że - z tego co się orientuje - Lesław Dutkowski, skądinąd b.dobry dziennikarz, nie dał The Book of Souls najwyższej oceny (choć recenzja jest daleko od jakiegoś negatywnego spojrzenia), nie oznacza, że nie jest fachowcem w swojej dziedzinie. Sądzę, że jeszcze kilka następnych recenzji może być takich, bo nie każdemu długie kompozycje i ogólnie kierunek od czasu A Matter się podoba.
matik pisze:Onet i wszystko jasne . Prawdziwi "fachowcy"
To, że - z tego co się orientuje - Lesław Dutkowski, skądinąd b.dobry dziennikarz, nie dał The Book of Souls najwyższej oceny (choć recenzja jest daleko od jakiegoś negatywnego spojrzenia), nie oznacza, że nie jest fachowcem w swojej dziedzinie. Sądzę, że jeszcze kilka następnych recenzji może być takich, bo nie każdemu długie kompozycje i ogólnie kierunek od czasu A Matter się podoba.
A ja widzę, że jak do tej pory to głównie polscy recenzenci podchodzą asekuracyjnie do TBOS - TR, MH, teraz onet.pl.
Na forum akurat przeważają pozytywne komentarze. Tak samo było przy okazji Final Frontier, a zwłaszcza A Matter of Life and Death. Wtedy to mi się nieraz mocno oberwało za krytykę tego albumu. Teraz raczej nie ma zbyt wielu miłośników tych płyt, a jeśli już to i tak te osoby dużo wyżej stawiają inne albumy. Moment pojawienia się płyty jest zawsze specyficzny, trzeba o tym pamiętać. To czy album jest dobry, bardzo dobry czy też słaby wychodzi z czasem. Wiadomo, człowiek nie robot i jakieś emocje ma.
RidingOntheWind pisze:a zwłaszcza A Matter of Life and Death. Wtedy to mi się nieraz mocno oberwało za krytykę tego albumu. Teraz raczej nie ma zbyt wielu miłośników tych płyt,
a ja bardzo lubię AMOLAD. A co do wyrabiania sobie opinii o danej płycie, to ja potrzebuję przeważnie kilkanaście odsłuchów. I nie rozumiem "oburzenia", że ktoś w recenzji nie pieje z zachwytów i nie daje 10/10. Bo co? IM to z urzędu maks? Trochę to niepoważnie później wygląda jak taki "TFF" miałby 10/10 i nowa płyta przez znakomitą większość określana jako "lepsza" od poprzedniczki...
TFF to mogłaby być nawet najlepsza płyta IM, gdyby tylko ją nagrali jak Pan Bóg przykazał i poprawili w kilku miejscach aranżacje. BoS jest dużo bardziej zachowawcze i jest to album, który może spasować fanom starego Maiden. Nikt się na nim nie bawi w jakieś dziwactwa, typu metrum inne niż 4/4. Trochę szkoda, jednak nowa płyta sprawia dużo lepsze wrażenie, bo nie jest nagrana na pałę.
Największą wadą TFF jest jego nierówność. Z jednej strony bardzo dobre kompozycje jak Isle of Avalon, The Talisman czy Mother of Mercy, z drugiej słabiutkie i niedopracowane Coming Home, El Dorado czy Man Who Would Be a King. Nigdy nie słucham tego albumu w całości mimo, że przeskakiwanie na odtwarzaczu jest niewygodne. Book of Souls jest jednak dużo równiejszy.
Akurat Coming Home, to jeden z najbardziej wypicowanych kawałków, tylko widocznie trochę za mało ironowy dla niektórych, bardziej pasowałby na solową płytę Dickinsona. Mother of Mercy jest z kolei chyba najlepszym przykładem, tego o czym mówię - utwór z niezwykłym potencjałem, zaczynający się od intra przy którym autentycznie jeży się włos, a gdy przychodzi do refrenu, to normalnie ręce opadają gdy słyszy się duszącego się Dickinsona. No i jeszcze ten rym fire-desire... Tym razem na szczęście obyło się bez takich kwiatków.
PanPrezes pisze:jest to album, który może spasować fanom starego Maiden.
Tutaj nie byłbym taki pewien, bo jednak słychać echa poprzedniej płyty, kilku poprzednich zresztą też. Jeśli ktoś jest fanem starego i nowego Maiden to płyta będzie się podobać, ale jeśli ktoś twierdzi, że od kilku albumów jest słabo albo przeciętnie, to TBOS raczej nie przypadnie do gustu.
Niedopracowane są El Dorado i Man Who Would be a King, ten pierwszy to w skrajnej postaci (gadający Bruce), a Coming Home jest zwyczajnie nudny. Do słabych momentów zaliczam też The Alchemist, ale z tej czwórki najmniej. Natomiast Mother of Mercy bardzo mi się podoba, trochę bardziej niż Starblind i znacznie bardziej niż When the Wild Wind Blows. Taka oszczędna, porządna kompozycja. Great Unknown na Book of Souls nawet ją lekko przebija, ale klimat podobny.
Przede wszystkim, oczywiście dla mnie na A Matter... i na Final Frontier nie ma tak wspaniałej kompozycji jak tytułowa z Book of Souls. To najlepszy utwór od czasów Dance of Death, myślę, że koncerty to potwierdzą.
Przede wszystkim, oczywiście dla mnie na A Matter... i na Final Frontier nie ma tak wspaniałej kompozycji jak tytułowa z Book of Souls. To najlepszy utwór od czasów Dance of Death, myślę, że koncerty to potwierdzą.
Ja z kolei uważam niektóre numery z tych płyt za jedne z najlepszych w całym dorobku Maiden. Choćby Legacy, czy zupełnie niemaidenowy, jednak zaskakujący na każdym kroku Starblind. Book of Souls to utwór, który został klasykiem już przed premierą płyty i chyba nikt nawet nie neguje jego geniuszu. To będzie koncertowy killer na miarę Powerslave'a.