
Po obejrzeniu teledysku do Train of Consequeces daleki byłem od zachwytu. Prawdę mówiąc, olewałem ten album przez jakiś czas, ale w końcu znów przez przypadek trafiłem na ten klip, bo nagrany był na kasecie VHS, a chyba szukałem miejsca by coś nagrać i trafiłem na Mustaine'a śpiewającego, że pakuje manatki i wyjeżdża na zachód. Kupiłem w końcu kasetę i słuchałem przez całe lato 1995 na przemian z Misplaced Childhood. Początek płyty, te kilka utworów to jest istna miazga i miażdży po dziś dzień, a druga połowa zaledwie dobra z okazjonalną plombą. Ale są wspomnienia, jest rock and roll.
Highlights: Reckoning Day, Train of Consequences, Addicted to Chaos, A Tout le Monde, Elysian Fields
39. Marillion – Holidays in Eden (1991)

Ktoś powie, że to pogoń za sukcesem w USA, ale trzeba jasno dodać, że ten album jest uczciwym podejściem do sprawy. Steve Hogarth tak nadaje się do śpiewania rocka progresywnego, jak Lemmy do opery. Najbardziej wiarygodny jest w subtelnych utworach rockowych, pop rockowych, niezbyt skomplikowanych za to melodyjnych z potencjałem na hity. Co prawda Splintering Heart, utwór zdecydowanie progowy wyszedł całkiem dobrze, ale on też nie jest już taki jak to stare progresywne Marillion. A dalej? Idealnie wypadają takie utwory jak Cover My Eyes (Pain and Heaven), No One Can, Holidays in Eden, Dry Land czy hard rockowy This Town. Dwie ballady tu zamieszczone The Party i Waiting to Happen to najsłabsze momenty krążka, chociaż muzycy wciąż przytaczają zagrywki z jakich znani byli wcześniej, zwłaszcza Steve Rothery, który po prostu ma własny, łatwo rozpoznawalny styl. Dobrze, że zmieniono logo na nowe, gdyż posługiwanie się tu kultowym wzorem z płyt z lat 80 byłoby zwykłym oszustwem. Album ma perfekcyjną produkcję, prawdę mówiąc pod tym względem jest chyba najlepiej brzmiącą płytą Marillion, ale nie dlatego go wybrałem. Otóż mam z nim określone wspomnienia, które zawsze powracają jak włączam krążek. Wspomnienia ze starej normalności i pięknych chwil.
Highlights: Jak w opisie.






