Wiele zostało już powiedziane na temat potężnego Summer Dying Loud 2024, ale nie byłbym sobą, gdybym sam nie poklikał trochę w kąkuter, żeby się podzielić moim festiwalowym POV

Zapraszam do krótkiej, cockerowej relacji
Ogólnie nastawiałem się bardzo dobrze na tą edycję, mimo moim zdaniem gorszego lineupu niż w ubiegłym roku. Rozpiska dzienna tak się rozłożyła, że w czwartek niewiele tam było dla mnie do oglądania, więc długo myślałem, że może odpuszczę ten jeden dzień, ale jednak kilkudniowy festiwal to też ma być experience, więc zdecydowałem, że będę razem z Sardim i Żelaznym od samego początku

Ominę opowiadanie o piciu Żubra z kieliszków do wina i innych podobnych ekscesach, bo kol. Żelazny już zawarł to w swojej relacji
Po wejściu na festiwal byłem miło zaskoczony, że nikt mi nie przetrzepał plecaka, ani nie sprawdził czy w gaciach nie wnoszę żadnego C4. No ogólnie kwestie bezpieczeństwa na tym festiwalu są... wątpliwe. Dla większości normalnych osób to miła sprawa, bo fajnie sobie wnieść własnego browarka zamiast wydawać grube cebuliony na piwo na festiwalu, no ale... właśnie. Dymałem codziennie z plecakiem i ani razu, nawet podczas wchodzenia na strefę main stage nie zapytano mnie czy przypadkiem nie mam tam zestawu maczet lub materiałów wybuchowych. Czy można czuć się bezpiecznie na takiej imprezie? No niekoniecznie, co doskonale pokazała sytuacja z facetem chodzącym po polu namiotowym, który bawił się nożem przed twarzami festiwalowiczów i opowiadał jak to lubi gwałcić i zabijać. No ta kwestia jest na pewno do poprawy, bo w końcu tam stanie się tragedia, bo jakiś popierdoleniec wypije piwo za dużo lub weźmie jakąś pigułę i wyciągnie kałacha

Ale teraz już będzie o zespołach
Pierwszym jaki widziałem, był Smoulder. Widziałem ich już na Heliconie w ubiegłym roku i nie ukrywam, nie szedłem na ten gig z wypiekami na twarzy. Na Heliconie mnie nie powalili, zresztą tak samo jak na płytach. Ot, taki 6/10 metal, ale z babą na wokalu

Ten koncert nie odczarował mi tego zespołu. Tak jak i po warszawskim, zapamiętam tylko opętaną panią wokalistkę, ale nic więcej. No i ścięła włosy

Występ był po prostu ok, choć trzeba oddać pani wokalistce, że zostawia serducho na scenie i za to propsy.
Kolejny był Kryształ - polski post-punk, który grał na Krypcie. Krypta odjebana powiem wam, w tamtym roku była sauna jak nie wiem, w tym roku weszliśmy i już po przekroczeniu progu poczuliśmy zimny powiew. Faktycznie, zainstalowano tam na czas festiwalu klimatyzację, która wydawała się całkiem wydajna, choć nie na tyle, żeby zapewnić komfort na naprawdę mocno nabite gigi w tej malutkiej sali. Na Krysztale było zimnofalowo i powietrze też było zimne hehe. Bardzo fajny koncert, zgodnie z oczekiwaniami, bo płytowo mi się podobali

Następnie udałem się na Necrowretch na maina. Miałem duże oczekiwania, bo ostatnia płyta mi całkiem siadła, ale na żywo nie zdało to egzaminu, niestety. Poprawnie odegrany black z deathowywmi naleciałościami, ale nic ponad to. Na żywo jakoś wszystko się wypłaszczyło, wszystko brzmiało tak samo i jeszcze byli za głośno ustawieni... No cóż, nie można mieć wszystkiego. Nie załamywałem się, bo przed nami jeszcze był niemal cały festiwal, więc coś fajnego się jeszcze zobaczy

Następny był Defying w Krypcie - znów rodzima kapela. Był to fajny klimatyczny występ, ale nie zapamiętałem z niego dużo.
W trakcie Messiah poszliśmy z Sardim do kumpla na pole namiotowe pogadać i zdegustować rudy trunek, który przywiózł. Z tego co słyszeliśmy z pola brzmiało to całkiem fajnie, choć nie było w tym nic, co by mnie wyrwało z namiotu

Nastąpił czas na pierwszą bardziej napełnioną Kryptę. Polski Thaw Artura Rumińskiego przyciągnął sporą publikę. I nic dziwnego, fajne to było, potężnie brzmiało i fajnie było tego doświadczyć, choć no... nie jest to energiczna muzyka

No i z mało energicznego koncertu przetransportowałem się na kolejny mało energiczny

Ufomammut złoił ładnie skórę na mainie. Brzmieli przepotężnie i walcowali swoimi ciężkimi, powolnymi riffami wszystko w zasięgu wzroku. Bardzo klimatyczny koncert z miłą niespodzianką w postaci coveru Welcome to the Machine Floydów.
Po dwóch koncertach raczej nastawionych na klimat i ciężar nastąpił czas na dużo bardziej energetyczny gig. Djiin w Krypcie pokazał naprawdę świetne show. Pierwszy raz byłem też na koncercie zespołu, który w instrumentarium ma harfę. Ruda pani wokalistka podgrywała na niej często śpiewając, albo supportując bardzo sprawnego gitarzystę, gdy on wycinał chore solówki. Czego tu nie było! Djiin zaserwował mix gatunkowy, od którego mogła rozboleć głowa. Było trochę psychodeli, trochę bluesy, było trochę starego proga na modłę Yesów, a było też trochę atmosferycznego grania i stonera. Wyszedłem oczarowany, choć może odrobinę przebodźcowany, bo działo się naprawdę dużo

Tego dnia chciałem zobaczyć jeszcze bardzo Wolvennest, ale Djiin skończył koło 22, a Wolvennest miał grać dopiero o 1:20. Z racji, że nasza dziupla była w Łodzi, uznaliśmy, że nie ma sensu czekać ponad 3h słuchając Mayhem i innych kapel, które średnio nas interesują, dlatego zawinęliśmy na chatę, dość że zmęczenie podróżą też zrobiło swoje - jednak nastawić się psychicznie na wycieczkę do Łodzi to spory wysiłek
Piątek koncertowo zapowiadał się już dużo lepiej. Wbrew dewizie kol. Żelaznego "remember son, bands ruin festivals" miałem w planach zobaczyć sporo gigów, podobnie zresztą jak w sobotę

Zacząłem od bardzo dobrego koncertu Zespołu Sztylety na Krypcie. Pasowało mi to bardzo na płytach, a na żywo tylko się w tym utwierdziłem. No i nie było słychać tekstów, które studyjnie trochę mnie wkurwiały

Na Barren Womb nie miałem jakiejś gigantycznej ochoty, po posłuchaniu ich najnowszej płyty, ale to co Norwegowie zrobili pokazało w jakim byłem błędzie. Duet - gitara, perkusja - zdzierał gardło czerwoności i pędzili w swoim noisowo, deczko hardkorowym stylu jak szaleni. Świetny, energetyczny koncert, który naładował mnie na kolejne godziny pobytu w Aleksandrowie

Dalej nie jest to muzyka, którą chcę sobie puszczać w domu do pracy, ale na żywo sprawdziło się wyśmienicie, na Mystiku zniszczyliby Desert Stage

Kolejny był koncert na Krypcie, chyba jeden z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie. Niezbyt znany niemiecki Rumours cholernie spodobał mi się podczas przesłuchiwania kapel przed festiwalem. No i dowieźli chłopaki. Wspaniały koncert, choć jedyny mój barierkowy na tym feście i dźwięk nie rozpieszczał, ale znałem te numery, a to bardzo pomagało. Naprawdę, chłopy są świetne i mam nadzieję, że jeszcze zagrają przy okazji jakiegoś festiwalu, albo jako support czegoś fajnego w Krakowie

Pisałem o nich w "Ostatnio odkryłem/polecam", więc polecam się tam udać, jeśli ktoś lubi przebojowy heavy z odrobiną gotyku

Ależ to było smaczne!
Masacre odpuściłem, w sumie już sam nie pamiętam czemu, ale nie żałuję, bo zbierałem siły po Rumours, aby po jakimś czasie pojawić się znów na Krypcie i obejrzeć gig healthyliving. Muzycznie było bardzo fajnie, bardzo atmosferycznie, ale też nie było nudy. Momentami było bardzo onirycznie, a momentami bardzo rockowo, jak wleciał taki Dream Hive no to nie dało się nie potupać stupkom

Weedpecker odpuszczony. Znów pojawiłem się na Krypcie, żeby zobaczyć kolejny gig, na który mocno czekałem. Nie ukrywam, że ostatnio nie śledziłem bardzo namiętnie aktywności King Dude'a, ale gdy zobaczyłem, że będzie na SDL, niesamowicie się podjarałem, bo mam do jego muzyki bardzo duży sentyment, a jego gig w Krakowie w 2018 wspominam z wypiekami na twarzy. No i Król udowodnił, czemu jest Królem. Niesamowicie szybko minęło 45 minut wypełnione muzyką i standupowymi wstawkami. Bardzo dobrze się słucha tego Kolesia

Wyjść z gitarką akustyczną i kolegą, który czasem stuknie w pada i porwać taki tłum to jest po prostu sztuka. Po koncercie Król niemal natychmiast wyszedł przed Kryptę w celu strzelenia sobie paru fotek i podpisania płyt. Sam kupiłem moje ukochane Music To Make War To, okazało się, że ostatnia sztuka i zamieniłem parę słów z Kingiem, narzekając na brak jakiegokolwiek akcentu z tego krążka w secie

Taki Twin Brother Of Jesus w akustycznym aranżu przyjąłbym jak szalony

Przez długie kolejki do Kinga opuściłem Borknagar, na którym jakoś bardzo mi nie zależało. Poleciałem na maina ustawić się przed koncertem Riverside. Oczywiście nie muszę mówić, że całkiem lubię ten zespół

Bałem się trochę żenujących gadek Dudy o tym jaki to on jest ździwiony, że NIEMETALOWY zespół trafił na METALOWY festiwal, ale na szczęście nie było aż tak źle, choć dobrze też nie. Choć nawet mnie rozbawił, gdy był sing-along moment i wyznaczał "wszyscy" ooooooo, "lewa strona" oooooooo, "fani Mayhem" oooooo

Koncert świetny. Szkoda trochę, że męczą tak mocno ten set, ale te numery z Identity... ależ to jest złoto, a outro Big Tech Brother chyba nigdy mi się nie znudzi. Potęga. Wyszedłem bardzo ukontentowany rozmawiając z benym i jego żoną, ślę do Was pozdrowienia, bardzo miło było Was zobaczyć

Po wspaniałym gigu Riverside poszedłem do Krypty na Lili Refrain. Bardzo fajny performance, momentami wręcz mistyczny. Podobało mi się, ale jeszcze musiałem ochłonąć po Riv i tak mi przeleciało

Kolejny był Godflesh, który chciałem zobaczyć raczej z ciekawości, bo studyjnie ten klasyk mnie nie chwycił. Ale na żywo? O matulu, co za industrialny rozpierdol. Fantastyczny koncert, który zostanie na długo w mojej głowie. Wspaniale się to sprawdza live w nocy.
The Crown na zakończenie dnia mnie nie powaliło, trochę znudziło, więc w trakcie zebraliśmy Żelaznego i wsadziliśmy go do Ubera

Mieliśmy super kierowcę, bardzo fajnie się gadało

Pozdrowienia dla niego!
Sobota zapowiadała się też dość intensywnie, choć już nie było takich "must see" jak Rumours, Riverside czy King Dude. Wbiłem na Sunnatę. I Sunnata jak to Sunnata. Grają w kółko kurwa to samo, choć to granie które z definicji powinno mi się podobać to mam jakieś takie mieszane uczucia widząc ich live. Nie było to na pewno złe, ale raczej nudnawe jak zwykle.
Pure Bedlam w Krypcie to też nie był szczyt marzeń, ale ja po prostu nie jestem fanem tego zespołu.
Schizma na main to był chyba najgorszy gig jaki widziałem na tym festiwalu. Boomerskie teksty rodem z jakiegoś Bloody Daisies, muzyka bez niczego ciekawego. Gówno w chuj, dobrze, że miałem browara to przynajmniej miałem się czym zająć.
Mutterlein w Krypcie chciałem zobaczyć, ale była obsuwa i jak już się zaczęło to jakoś nie mogłem w ogóle się wczuć w to atmosferyczne granie. Ciągle myślałem o tym, że zaraz trzeba wyjść na maina. No niestety Mutter rozczarowało.
Trzeba było wyjść, bo na Mainie rozkładał się już wyczekiwany przeze mnie Chaperl of Disease. Świetny koncert, bardzo chętnie zobaczyłbym ich w klubie, bo bardzo lubię ich muzykę, dwie ostatnie płyty - miodek.
Niestety trochę urwaliśmy z Sardim Chapel i poszliśmy do Krypty odrobinę wcześniej, bo miało tam zagrać Blaze of Perdition, a podejrzewaliśmy tłumy - i słusznie. Koncert bardzo dobry, w tym ścisku można było poczuć starą dobrą Kryptową saunę, choć tragedii nie było

Ale poza tym, że było bardzo dobrze, można coś więcej o tym koncercie powiedzieć? Chyba nie. Technicznie super, Pan Paweł jak zawsze wspaniale darł mordę, ale nie czułem jakiegoś uniesienia, jak chociażby na Manbryne rok wcześniej w tym samym miejscu. Trochę chyba też nie rozumiem sensu istnienia BoP i Manbryne jednocześnie. Nie mniej jednak, fajnie zobaczyć, ale specjalnie na koncert bym się nie wybierał, wystarczy to co teraz widziałem.
Po BoP byłem strasznie zmęczony, trzeci dzień festiwalu dawał się we znaki. Poszliśmy na maina, gdzie miał zagrać zaraz Primordial. Początek koncertu posłuchałem leżąc sobie na strefie plażowej przy namiocie z merchem

No ale to było coś. Genialny koncert, zacząłem rozumieć aż taką podjarkę Żelaznego. Nie jestem jakimś mega znawcą ich katalogu, ale set był bardzo w porządku pode mnie, szczególnie otwieracz i zamykacz prosto z To the Nameless Dead. No i to był też chyba najlepiej nagłośniony koncert festiwalu. Nie było za głośno, było selektywnie, było wspaniale. Tym bardziej na tle Overkilla, który grał po nich, a tam ktoś gały rozkręcił i zadowolony. Ale jeszcze co do Primordial. Super klimat, super muzyka, wykonawczo top, a Pan Alan to świetny frontmen. Kontakt z publiką bardzo fajny no i czyste wokale przepotężne. Wyszedłem bardzo ukontentowany, choć jeszcze z 15 minut mogliby pocisnąć

Ależ to był dobrze nagłośniony gig!
Na Convulse mi się nie chciało iść, więc na Overkilla czekałem na trybunce, trochę chciałem odpocząć. Pierwsze 3-4 numery Overkilla totalnie mnie nie porwały. Jakoś to tak brzmiało wszystko płasko, bez mocy, ja trochę nie mogłem się wczuć. Ale im dalej w las, tym było lepiej. Wstałem z trybuny i podszedłem bliżej. Poczułem atmosferę koncertu i naprawdę bardzo miło się zaskoczyłem jaka to jest koncertowa maszyna. Cios za ciosem, amerykanie lecieli pięknie, a Bobby to genialny frontmen. Jako że nie znam płyt Overkilla, bo ostatnio słuchałem ich jak na chleb mówiłem chleb, ale naprawdę dawno temu (jakieś 10 lat), to o setliście się nie wypowiem. Porwał mnie ten gig i zaczął mi się marzyć koncert Exodusa z Overkillem, nie wiem czy ktoś wyszedłby po takim koncercie żywy

Poszedłem sobie coś zjeść i poczekałem na Moonspella. Bardzo dobry koncert. Nocna aura i pogadanki Fernando na pewno bardzo pomogły, żeby dobrze się wczuć w ten koncert. Dużo energii i fajnej muzyki. Obiecali, że wrócą w przyszłym roku, jak zrozumiałem na kilka koncertów, więc fajno

Może jakieś świętowanie 30-lecia debiutu?

Old Tower odpuściłem i posiedziałem na trybunce w oczekiwaniu na ostatni koncert festiwalu Obscure Sphinx. Nie miałem żadnych oczekiwań, chciałem po prostu posłuchać sobie Never Ending Story Limahla, które co roku zamyka festiwal

No ale kurwa, panowie! OS rozjebał system. Słuchałem ich płyty Void Mother przed festem i było ok, choć nie jestem fanem drących japę kobiet, muzyka też raczej nie moja, ale wiadomo, na żywo to na żywo i często jakoś inaczej się muzykę odbiera. Tutaj to było KONCERCICHO. Niesamowicie atmosferycznie momentami, momentami post-metalowo z riffami miażdżącymi kręgosłup. Warto wspomnieć, że był to drugi koncert po wieloletniej przerwie w działaniu zespołu. No, dobrze, że wrócili

Fantastyczne to było, a Wielebna - wokalistka - zachwyciła mnie swoją energią na scenie. Do teraz mam ciary, gdy myślę o tym koncercie. Zabrzmieli wyśmienicie, mam nadzieję, że ruszą w jakąś trasę po Polsce, bo chętnie się wybiorę do klubu na nich, mają nowego fana

Na koniec pobujaliśmy się do wspomnianego Never Ending Story
Co tu dużo mówić... było świetnie. Lubię SDL za kameralność i fajny teran imprezy. No i mimo słabszego na papierze lineupu względem ubiegłego roku, zdecydowanie się wybronili. Oni wiedzą co robią, a wydać za taki skład mniej niż 300 zł to brzmi jak rozbój w biały dzień

Chętnie wrócę tam w przyszłym roku! Dzięki towarzyszom Sardi i Żelazny, przesyłam wimpowskie całusy. Pozdro dla widmana i benego, których udało mi się spotkać i zamienić parę słów.
Summer, indeed, died fuckin' loud!