Re: 01-03/08/2025 - OFF Festival - Katowice
: sob sie 02, 2025 12:21 pm
Tegoroczny OFF dobiegł dla mnie końca, jako że nie chciało mi się babrać w Rojkowy festyn przez trzy lub dwa dni pod rząd. Trochę pomieszam recenzje organizacyjną z artystyczną, bo nie chce mi się tego tak segmentować.
O wypadzie w piątek koniec końców zdecydowało mocne guility pleasure dla zobaczenia semi-Kraftwerku, którego coś nie byłem w stanie za nic nadrobić (a słucham tego co by nie było z 17 lat XD). Gdyby nie punkty MyBenefit, za które sprezentowałem część kwoty zarówno swojego biletu oraz tego dla domowego OG fana niemieckiego techno popu, to najpewniej bym nie pojechał, jako że cena jednodniówek to sroga przesada.
Lekko ryzykując z miejscem parkingowym, zajechaliśmy po 19 w okolice polecone przez forumowiczów, zapisując na mapach aż kilka pinezek w przypadku konieczności krążenia. No ale udało się złapać jakieś ostatnie miejsce w nawet uczciwej odległości od festiwalu.
Pora było w końcu doświadczyć Rojkowego zestawu, a jak lepiej zacząć budowanie sobie opinii o festiwalu niż od zobaczenia kilometrowej kolejki po opaski? XDD No brawa kurwa mać. Co się okazało? Wszyscy stali jak woły w jednej kolejce, gdzie w namiotach koło bram laski od biletów jednodniowych spały z nudów, bo praktycznie nikt do nich nie podchodził. Zapytacie, czy namioty były oznaczone, albo czy obsługa jakoś kierowała kolejką by rozłożyć to logistycznie?
. Kurwa, Gnojek. Całe szczęście, że usłyszeliśmy na początku tej kolejki jakiegoś gościa, który wspomniał o tym namiocie świecącym pustkami. Przeszliśmy tam i z miejsca nam wydali opaski. W necie powoli wrze o tym gównie, słusznie.
W końcu się wkroczyło na święto w miarę podobnego zaprzedania duszy jak w przypadku Openera. OFF postawił na otoczenie głównej strefy gastro-napojowej barierkami, gdzie przy wyjściu nie wolno z żadną garmażerą ani piwskiem przejść do strefy z muzyką. Jak sądzicie, na ile to było dziurawe? No to powiem wam że było to dziurawe jak kurtka którą ktoś postrzelił całym magazynkiem z Uzi. Każdy pod sceną Perlage czy mBank miał browara. Sam bym na farcie koło tych lasek z browarem przelazł i by ręką nie machnęły. Minus tego był jednak taki, że na Kraftwerku obijałem się potem o chyba 3 zgniecione puszki na ziemii. Co do samej strefy. Nabyłem tam Cieszyna Herbowe oraz Kozela i obskoczyłem potem jakiegoś zapieksa. Ceny... no cóż.
Ale dobra, trochę o muzyce i "muzyce":
1. Niulfer Yanya - słuchałem jej przed festiwalem z kilka razy. Raczej poprawna muzyka wydawniczo, raz po raz któryś kawałek lepiej podchodził w ucho. Za to na OFFie mnie całkiem ale to całkiem zaskoczyła. Idąc za jakąś mini recką która mi mignęła na FB, było to koncert "niefestiwalowy, introwertyczny i nielicznych mógł wręcz zaczarować". Osiąga ona zupełnie inne medium na żywo. Do małego klubu mógłbym się kiedyś na nią przejść, bo show raczej na pewno będzie warte takiego klimatu rodem Tracy Chapman.
2. Machine Girl - nazywa się to chyba jakoś glitchcore, digital hardcore (??), ale nie-chyba wiem, że spieprzyłem z tego szybko.
3. Kneecap - tak o tym było ostatnio głośno, iż wiedząc, że wybieram się na OFFa i jakąś chwilę tam na nich znajdę, to zgłębiłem to ciut lepiej. Hip-hop nie mój świat, toteż ich wydawnictwa były dla mnie raczej średnim doznaniem. Tak się jednak rozkręciłem, że skończyłem nawet na oglądnięciu ich fabularyzowanego filmu z tamtego roku i wycinka z ich występu na Glastonbury. I chyba porównując do właśnie tego występu, to wczorajszego wieczoru włożyli w to zdecydowanie mniej energii niż w UK. Całości nie widziałem, bo senior pokrótce zarządził, że nie będzie tyle tych wrzasków słuchał, a i ja tam jakiejś frajdy z oglądania tego nie miałem. Tak czy siak kręcąc się potem po terenie festu słyszałem co pewien czas głośne "FRI FRI PALESTAJN" także experience był raczej pełny
4. Fat Dog - tak zwane "windmill scene", które na tym etapie może już oznaczać wszystko w spektrum muzycznym, byle chyba było z UK i tyle. Różnie mi ten ich debiut siadł, na żywo raczej więcej wrzasków z basem niż rytmiki. Pocisnęli chyba aż z 4 kawałki z nadchodzącej płyty. Czuć jakieś zmiany w stylu, ale czy mnie kupi następny krążek - chłodnawo o tej opcji myślę. Kunszt Black Country, New Road czy Black Midi to to nie jest.
Przed finałowym aktem trochę o pomniejszych rzeczach lub takich, których słuchałem totalnie z daleka:
Los Campesinos! - jakieś emo, indie, nie wiem. Przynudzało w tle.
Hania Derej - grała w miarę przystępny współczesny jazzik, nic poza tym.
Ninja Episkopat - kolejna polska opcja, tutaj raczej free jazz i to jak pamiętam ostry (przynajmniej z momentu na którym byłem
)
Ruskie Kotki - ?????????????????????????????????????? ja nie wiem czy to robienie sobie jaj z jakiejś bambi, Young Leosi czy o chuj chodzi. Oczy z orbit wykręciło.
5. Kraftwerk (zdeFlorianowany) - przyjście dwadzieścia minut przed koncertem na Perlage wystarczyło na miejsce w piątym rządzie, pchać się bliżej na te koncerty nie ma sensu, bo warto na tych telebimach pooglądać te grafiki, a scena była zbudowana i tak całkiem wysoko. Co ja mogę powiedzieć. Uwielbiam Kraftwerk, nawet jeżeli to co widziałem wczoraj było bardziej ciągnięciem tematu po 2008 tylko po to, żeby Ralf miał co robić na starość. Mixy live sprzed dekady bardzo polubiłem i sprawdzają się na żywo doskonale. Ogólnie bawiłem się przez większość czasu "super"....
...bowiem grupa Ukraińców uznała, że to jest idealny czas i miejsce by skopcić grube lolo w tłumie. Nie wiem, ile tych oparów na mnie poszło, ale czułem się tak z 40 minut koncertu całkiem kurna wesolutko
...
Die Mensch-Machine czy Radioaktivität pięknie łupały basem (ogólnie za nagłośnienie tej sceny muszę pochwalić, tej mBank już nie). Show dobiegło końca, a każdy z muzyków klasycznie jeden po drugim zszedł ze sceny. Odhaczone z pełną satysfakcją, chociaż okupione niemałym śmigłem w głowie
No to dobijając na koniec śruby. Jak czasem przyjeżdżam do Warszawy to mam wrażenie, że wjeżdżam do Krainy z Mchu i Paproci. Chodzi mi o ludzi ma się rozumieć. Szerokie szorty, wąsy z kolczykami, najbardziej odrażająca woda kolońska lub perfum z Temu jakie wąchaliście. Wczoraj OFF zebrał to samo. Nie wiem kurna, jaki jest target tego festiwalu, ale były tam wszystkie baśniowe stwory. Na Kraftwerk to myślałem, że zlecą się dziadygi z okolicy lub reszty Polski, była za to najarana zoomeriada, która chyba średnio wiedziała co w ogóle widzą na scenie i z czym to się je. No i w ogóle, przy najpiękniejszym festiwalu świata z Gdańska, OFF nie jawi się jako kraina różności tylko fest miejski na uboczu, zrobiony żeby był i tyle. I za zobaczenie tych bardziej wschodzących nazw spoza głównego obiegu trzeba ciut nastawić karku. Zachęcony do powrotu nie jestem, tylko mocny skład może kiedyś mnie tam chwycić za jedną nogę i spróbować przeciągnąć przez ten Styks.
Nic nie złapałem, ale dostałem brelok za zagranie w jakiś quiz.
O wypadzie w piątek koniec końców zdecydowało mocne guility pleasure dla zobaczenia semi-Kraftwerku, którego coś nie byłem w stanie za nic nadrobić (a słucham tego co by nie było z 17 lat XD). Gdyby nie punkty MyBenefit, za które sprezentowałem część kwoty zarówno swojego biletu oraz tego dla domowego OG fana niemieckiego techno popu, to najpewniej bym nie pojechał, jako że cena jednodniówek to sroga przesada.
Lekko ryzykując z miejscem parkingowym, zajechaliśmy po 19 w okolice polecone przez forumowiczów, zapisując na mapach aż kilka pinezek w przypadku konieczności krążenia. No ale udało się złapać jakieś ostatnie miejsce w nawet uczciwej odległości od festiwalu.
Pora było w końcu doświadczyć Rojkowego zestawu, a jak lepiej zacząć budowanie sobie opinii o festiwalu niż od zobaczenia kilometrowej kolejki po opaski? XDD No brawa kurwa mać. Co się okazało? Wszyscy stali jak woły w jednej kolejce, gdzie w namiotach koło bram laski od biletów jednodniowych spały z nudów, bo praktycznie nikt do nich nie podchodził. Zapytacie, czy namioty były oznaczone, albo czy obsługa jakoś kierowała kolejką by rozłożyć to logistycznie?
W końcu się wkroczyło na święto w miarę podobnego zaprzedania duszy jak w przypadku Openera. OFF postawił na otoczenie głównej strefy gastro-napojowej barierkami, gdzie przy wyjściu nie wolno z żadną garmażerą ani piwskiem przejść do strefy z muzyką. Jak sądzicie, na ile to było dziurawe? No to powiem wam że było to dziurawe jak kurtka którą ktoś postrzelił całym magazynkiem z Uzi. Każdy pod sceną Perlage czy mBank miał browara. Sam bym na farcie koło tych lasek z browarem przelazł i by ręką nie machnęły. Minus tego był jednak taki, że na Kraftwerku obijałem się potem o chyba 3 zgniecione puszki na ziemii. Co do samej strefy. Nabyłem tam Cieszyna Herbowe oraz Kozela i obskoczyłem potem jakiegoś zapieksa. Ceny... no cóż.
Ale dobra, trochę o muzyce i "muzyce":
1. Niulfer Yanya - słuchałem jej przed festiwalem z kilka razy. Raczej poprawna muzyka wydawniczo, raz po raz któryś kawałek lepiej podchodził w ucho. Za to na OFFie mnie całkiem ale to całkiem zaskoczyła. Idąc za jakąś mini recką która mi mignęła na FB, było to koncert "niefestiwalowy, introwertyczny i nielicznych mógł wręcz zaczarować". Osiąga ona zupełnie inne medium na żywo. Do małego klubu mógłbym się kiedyś na nią przejść, bo show raczej na pewno będzie warte takiego klimatu rodem Tracy Chapman.
2. Machine Girl - nazywa się to chyba jakoś glitchcore, digital hardcore (??), ale nie-chyba wiem, że spieprzyłem z tego szybko.
3. Kneecap - tak o tym było ostatnio głośno, iż wiedząc, że wybieram się na OFFa i jakąś chwilę tam na nich znajdę, to zgłębiłem to ciut lepiej. Hip-hop nie mój świat, toteż ich wydawnictwa były dla mnie raczej średnim doznaniem. Tak się jednak rozkręciłem, że skończyłem nawet na oglądnięciu ich fabularyzowanego filmu z tamtego roku i wycinka z ich występu na Glastonbury. I chyba porównując do właśnie tego występu, to wczorajszego wieczoru włożyli w to zdecydowanie mniej energii niż w UK. Całości nie widziałem, bo senior pokrótce zarządził, że nie będzie tyle tych wrzasków słuchał, a i ja tam jakiejś frajdy z oglądania tego nie miałem. Tak czy siak kręcąc się potem po terenie festu słyszałem co pewien czas głośne "FRI FRI PALESTAJN" także experience był raczej pełny
4. Fat Dog - tak zwane "windmill scene", które na tym etapie może już oznaczać wszystko w spektrum muzycznym, byle chyba było z UK i tyle. Różnie mi ten ich debiut siadł, na żywo raczej więcej wrzasków z basem niż rytmiki. Pocisnęli chyba aż z 4 kawałki z nadchodzącej płyty. Czuć jakieś zmiany w stylu, ale czy mnie kupi następny krążek - chłodnawo o tej opcji myślę. Kunszt Black Country, New Road czy Black Midi to to nie jest.
Przed finałowym aktem trochę o pomniejszych rzeczach lub takich, których słuchałem totalnie z daleka:
Los Campesinos! - jakieś emo, indie, nie wiem. Przynudzało w tle.
Hania Derej - grała w miarę przystępny współczesny jazzik, nic poza tym.
Ninja Episkopat - kolejna polska opcja, tutaj raczej free jazz i to jak pamiętam ostry (przynajmniej z momentu na którym byłem
Ruskie Kotki - ?????????????????????????????????????? ja nie wiem czy to robienie sobie jaj z jakiejś bambi, Young Leosi czy o chuj chodzi. Oczy z orbit wykręciło.
5. Kraftwerk (zdeFlorianowany) - przyjście dwadzieścia minut przed koncertem na Perlage wystarczyło na miejsce w piątym rządzie, pchać się bliżej na te koncerty nie ma sensu, bo warto na tych telebimach pooglądać te grafiki, a scena była zbudowana i tak całkiem wysoko. Co ja mogę powiedzieć. Uwielbiam Kraftwerk, nawet jeżeli to co widziałem wczoraj było bardziej ciągnięciem tematu po 2008 tylko po to, żeby Ralf miał co robić na starość. Mixy live sprzed dekady bardzo polubiłem i sprawdzają się na żywo doskonale. Ogólnie bawiłem się przez większość czasu "super"....
...bowiem grupa Ukraińców uznała, że to jest idealny czas i miejsce by skopcić grube lolo w tłumie. Nie wiem, ile tych oparów na mnie poszło, ale czułem się tak z 40 minut koncertu całkiem kurna wesolutko
Die Mensch-Machine czy Radioaktivität pięknie łupały basem (ogólnie za nagłośnienie tej sceny muszę pochwalić, tej mBank już nie). Show dobiegło końca, a każdy z muzyków klasycznie jeden po drugim zszedł ze sceny. Odhaczone z pełną satysfakcją, chociaż okupione niemałym śmigłem w głowie
No to dobijając na koniec śruby. Jak czasem przyjeżdżam do Warszawy to mam wrażenie, że wjeżdżam do Krainy z Mchu i Paproci. Chodzi mi o ludzi ma się rozumieć. Szerokie szorty, wąsy z kolczykami, najbardziej odrażająca woda kolońska lub perfum z Temu jakie wąchaliście. Wczoraj OFF zebrał to samo. Nie wiem kurna, jaki jest target tego festiwalu, ale były tam wszystkie baśniowe stwory. Na Kraftwerk to myślałem, że zlecą się dziadygi z okolicy lub reszty Polski, była za to najarana zoomeriada, która chyba średnio wiedziała co w ogóle widzą na scenie i z czym to się je. No i w ogóle, przy najpiękniejszym festiwalu świata z Gdańska, OFF nie jawi się jako kraina różności tylko fest miejski na uboczu, zrobiony żeby był i tyle. I za zobaczenie tych bardziej wschodzących nazw spoza głównego obiegu trzeba ciut nastawić karku. Zachęcony do powrotu nie jestem, tylko mocny skład może kiedyś mnie tam chwycić za jedną nogę i spróbować przeciągnąć przez ten Styks.
Nic nie złapałem, ale dostałem brelok za zagranie w jakiś quiz.