Kupując bilet na Moza w drugiej połowie lutego nie spodziewałem się szczerze niczego nadzwyczajnego; ot, kolejny legendarny wokalista do odhaczenia, The Smiths w czasach pandemicznych naprawdę niemało słuchałem i się skusiłem na ten koncert chcąc spełnić marzenie sprzed paru lat, oczywiście wiedząc, że zespół ten z Marrem i innymi członkami klasycznego składu już nie wróci, lecz Morrissey nadal koncertuje i wydaje płyty, więc jego obiecywałem sobie zobaczyć jak będzie w Polsce. Z czasem upodobałem sobie inną muzykę, szukałem innej ekspresji, więc The Smiths i Morrissey zeszli z pola moich zainteresowań i jak wracałem do tych albumów to jakoś przechodziły obok mnie. Lecz i tak, teksty Morrissey'a nadal są poruszające i uwielbiam jego głos, wciąż przyjemnie się słucha tych rzeczy, w pewnym okresie to co wydał, czy to solowo czy z The Smiths, przede wszystkim tym drugim, trafiało we mnie na poziomie emocjonalnym, było mi bliskie. Tak więc, czemu się nie wybrać? Bilety były drogie w cholerę; wciąż nie tak drogie jak dzień późniejsze AC/DC, które mnie cenami właśnie zniechęciło ostatecznie i tym, że dodatkowo gra na powszechnie jebanym obiekcie, ale Angusa Younga z ekipą z niedużym bólem sobie odpuściłem, bo nigdy jakoś nie byłem fanem Australijczyków, szczerze to niedawno jakoś się do nich przekonałem, ale nadal nie na tyle, by aż 700 czy 800 zł za ich koncert dawać. Natomiast Morrissey czy The Smiths w pewnym czasie byli dla mnie dosyć bliscy, utożsamiałem się z wieloma rzeczami, o których Morrissey śpiewał, a AC/DC nigdy nawet w 1/5 nie było mi tak bliskie pod różnymi względami, więc te 380 zł przebolałem, ale jednak mając rezerwiczne oczekiwania co do tego występu.
Ogromnym plusem już jest to, że Morrissey w ogóle wyszedł na scenę, a jeszcze większym, że zagrał pełny set; przez samo to mogę uznać ten koncert za udany, a obawiałem się, że ten występ będzie odwołany albo że, właśnie, wokalista nie wyjdzie na scenę lub zejdzie z niej po 15 minutach. Oglądając kiedyś fragmenty jakichś jego koncertów sprzed paru czy nawet kilkunastu lat nie nastawiałem się na wysoką formę wokalną, na tych nagraniach jego głos nie brzmiał nawet zbyt dobrze, tak jakby zestarzał się i stracił moc, ale wczoraj ku mojemu zaskoczeniu Moz zaśpiewał naprawdę dobrze i o dziwo nawet falsety były w punkt! Nie cały koncert mi się podobał wokalnie, czasem miałem wrażenie jakby od niechcenia śpiewał, "I Know It's Over" czy "Everyday is Like Sunday" przykładowo, to drugie zostało w dodatku zagrane bez jakiejś mocy przez cały zespół ku mojemu rozczarowaniu, ale ogólne wrażenia co do jego formy mam naprawdę pozytywne. Lecz przyznam, że po "Everyday is Like Sunday" ten koncert przestał mnie interesować i czekałem na koniec, ale dwa ostatnie bisowe utwory wyszły znowu lepiej, "Irish Heart, English Blood" znowu wniósł trochę jakiejś energii w ten show i nieźle go zwieńczył; potem jednak znowu chciałem więcej, lecz to już był definitywny koniec.
Nie miałem dużych oczekiwań co do setlisty. Spodziewałem się tego, że połowy utworów nie będę nawet znał lub przynajmniej kojarzył z tytułów, bo swego czasu każdy album Morrissey'a co najmniej raz przesłuchałem, ale te cztery lata czy kiedy słuchałem całej jego dyskografii to już kawał czasu, a przed koncertem powtarzałem jego bardziej uznane płyty. Nie usłyszałem wszystkiego, co chciałbym usłyszeć, no ale to jest niestety taki urok koncertów, że niemożliwe jest to, by na jednym gigu usłyszeć wszystko co się chce, szczególnie jeżeli jakiś artysta ma dosyć dużą dyskografię. "You Have Killed Me" nie dostałem, "Alsatian Cousin" czy "I Don't Mind If You Forget Me" z debiutu też nie dostałem, również nie dostałem "Speedway" czy jakichś klasyków The Smiths pokroju "The Meat is Murder" czy "There Is a Light That Never Goes Out", ale za to dostałem "Suedehead" na sam start i w późniejszej części występu wspomniane wyżej "I Know It's Over" i "Everyday is Like Sunday", tylko szkoda, że te wykonania były nienajlepsze. Fajnie było usłyszeć też "How Soon Is Now?". Ale co może zaskakiwać, najbardziej podobały mi się wykonania utworów, których nie znałem, a nawet jak je gdzieś raz kiedyś słyszałem, to i tak wyparowały mi z pamięci, a mowa o "Life is a Pigsty" i z pewnością "I Wish You Lonely", rzeczywiście krótka kompozycja jak wokalista ze sceny zapowiadał, ale za to jaka! Tak, macie potwierdzenie, że jestem człowiekiem, który na setlisty nie patrzy, inaczej ja te wszystkie utwory do bólu bym wcześniej obsłuchiwał

Ale ja to robię po to, aby nie psuć sobie elementu zaskoczenia, nawet jeżeli to jest wykonawca, z którym naprawdę jakoś zajebiście się nie osłuchałem. I spodziewałem się tego, że nie będzie dużo utworów The Smiths, więc jakaś słaba reprezentacja piosenek tej legendarnej kapeli mnie nie rozczarowała. Na pewno chciałoby się więcej "Kowalskich" lecz jego solowa twórczość jest na tyle dobra, że z niej chciałoby się usłyszeć jeszcze trochę kawałków!
Spoza muzycznych kwestii, naprawdę dobry kontakt z publiką, Morrissey potrafi być świetnym frontmanem. I wciąż zdejmuje koszulkę i pokazuje piersi, z czym stary dziad naprawdę mógłby dać sobie spokój już

ale ludzie, zwłaszcza pewnie ta żeńska część, i tak byli zadowoleni. I politykowania jakiegoś nie było, zapowiedzi utworów były naprawdę krótkie, a nieraz naprawdę zabawne i z podejściem typu "I don't care" czy "It doesn't matter". I kto może się obrażać o nawoływanie do ochrony własnego języka i własnej tożsamości czy dbania o zwierzęta? To jest przekaz, który ja sam absolutnie aprobuję!
Krótko podsumowując, wczorajszy wieczór okazał się być lepszy niż tego oczekiwałem. Yep, nie był to jakiś ultra-zajebisty koncert, nieraz po prostu poprawny, nieraz nawet lekko rozczarowujący po tym co dostałem wcześniej, ale jak było świetnie to naprawdę było! Nie mam pojęcia czy kolejny raz się wybiorę na występ Morrissey'a, ale cieszę się, że ten jeden raz udało mi się go usłyszeć i zobaczyć, a widok miałem naprawdę świetny
