Krakowski koncert naprawdę udany.
To było moje pierwsze spotkanie z Jacą. Zacząłem go słuchać w okresie Boarding House Reach, wcześniej - z uwagi na bardzo nachalne promowanie go w polskich mediach, a także mój młody wiek i wszystko, co z nim związane

- miałem do niego pewną awersję. No ale jakoś w 2018/19 przekonałem się do jego twórczości solowej, przy czym... Następnie chłop zniknął mi z radaru na całe lata. Dopiero ostatnio dowiedziałem się, że White zdążył za ten czas wydać kilka albumów. Na fali ogłoszenia gigu i oczekiwania nań, zapoznałem się z tym, czego wcześniej nie znałem (z wyjątkiem Entering Heaven Alive). Częściowo przesłuchałem też dyskografię The White Stripes, ale tylko pobieżnie i nie pełną.
Do Studio wbiłem na ostatnie ~5 minut supportu, raczej nie ma co żałować odpuszczenia tego występu. To, co mnie uderzyło, to... Frekwencja. Wiadomo, Jack to spory gracz na scenie rockowej, ale mam wrażenie, że koncert był nadprzedany. Nigdy wcześniej nie widziałem tak wypchanego Klubu Studio. Było też niestety duszno (źle, że wziąłem długie spodnie), aczkolwiek potem jakoś się to chyba poprawiło.
White chyba zameldował się na scenie punktualnie, bo skończył jakoś 21:30 - więc zakładam, że set był na 1h30. Tak przez pół koncertu nie wiedziałem, co się dzieje, bo jak już wspominałem, nie jestem jakiś fanem JW i TWS, więc nie kojarzyłem wszystkiego, co White grał. Ale poleciało też sporo rzeczy mi znanych i takich, które lubię (w tym Lazaretto, które nie było pewniakiem). Jack postawił na ciekawą formułę, mianowicie de facto leciał utwór za utworem, z baaaaaardzo oszczędną gadką w traktu gigu. Na dobrą sprawę odezwał się dopiero po jego zakończeniu. To sprawiło, że sam występ był bardzo intensywny. Nie było dłużyzn, zbyt wielu spokojnych momentów, pojawił się instrumentalny jam na bis. Ciekawa sprawa, ale wyszło to całkiem zgrabnie. Fani na pewno byli wniebowzięci, bo publika wykazywała się dużym zaangażowaniem, zwłaszcza podczas Seven Nation Army i Steady As She Goes. White to zdecydowanie właściwy człowiek na właściwym miejscu. To (chyba) introwertyk, ale na scenie czuje się doskonale i wie, po co tam jest. Fajnie oglądało się go w akcji, no i ogólnie szacun za to, co robi z setlistami, biletami dla studentów koncertówkami i wszystkim innym. Rock 'n' roll na pełnej.
Na pewno był to dobry wieczór, choć uważam, że zdania, jakoby koncert Jacka White'a był jakimś muzycznym, czy nawet rockowym Olimpem, są mocno przesadzone. Poszedłem na niego raczej z ciekawości niż podjarki i jestem usatysfakcjonowany, ale nie powiem, bym doznał dziś jakiegoś objawienia. Dla mnie to chyba temat typu "raz i wystarczy", ale zobaczymy, niczego nie wykluczam.
Jeszcze słówko o Yondr: akcja zamykania telefonów oraz ich wydobywania z pokrowców przebiegła bardzo sprawnie. Świetnie, że tutaj ktoś pomyślał i wyposażył te Jądra w smycze. Na zeszłorocznym Ghost tego nie było, co w połączeniu z debilnym banem na nerki i torebki, który zaserwowało nam wówczas Live Nation, mogło sprawiać trochę problemów.