! Recenzje !

Dyskusje o innych zespołach i albumach

Moderator: Administracja i Moderacja SanktuariuM

Fear
-#Assassin
-#Assassin
Posty: 2221
Rejestracja: pn lip 04, 2005 10:28 pm
Skąd: Czeladź Główna

Re: ! Recenzje !

Post autor: Fear »

Obrazek
Teraz przyszedł czas na Enemies of Reality . W sumie po This Godless Endeavor spodziewam się równie dobrej płyty, i zaraz zobaczę czy ten krążek spełni moje oczekiwania. Enemies of Reality zaczyna się spokojnym wejściem. Na początku miałem wrażenie, że coś się popsuło i przygłosiłem. "Niestety", za chwilę spadała na mnie ściana pierwszych dźwięków płyty. Od pierwszych akordów zespół nie daje chwili wytchnienia słuchaczowi, ostro pnąc do przodu. Po energicznym wstępie mamy mieszankę elektryzujących riffów, które wprawiaja w swego rodzaju trans. Perkusja działa jak magnes, a trochę melodyjny refren pozwala
pobujać się na krześle. Późniejsze solówki już trochę mniej mi się podobają ;/ Może w następnym utworze będzie lepiej ;]
Dalej co my tu mamy : Ambivalent . Już od samego początku zespół tryska energią. Bardzo podoba mi się zgranie perkusji z gitara, co daje niebywale potężny efekt ;] Po refrenie trochę defu [ wszakże def nikomu jeszcze nie zaszkodził ;] ] i znów potęga perkusji. 2 cześć utworu zdecydowanie lepsza niż pierwsza. Od solówki włącznie zaczyna się prawdziwe grzanie ! :D
I tak przeszliśmy do Never Purify . Zauważam pewne powtórki linii wokalnej z innych utworów, ale początek całkiem przyjemny dla ucha ;] Potem mieszanka świetnych riffów. Naprawdę podoba mi się to brzmienie :rocx: Ale podczas trwania utworu mało się dzieje ciekawego. Są pewne przebłyski, ale tylko pewne. Solo – również jakieś takie powtarzalne. Na szczęście wrócili do main riffu i jakoś to ratuje sytuację tego kawałka przy samym końcu. Póki co zdecydowanie najsłabsza pozycja płyty. Tomorrow Turned Into Yesterday – Wstęp zwiastuje raczej balladę. Po prostu cudowny ;] Trochę słyszę tu Testament. Miło posłuchać czegoś spokojnego po takich agresywnych uderzeniach . Refren cięższy, ale nie psuje ogólnego klimatu utworu. Początek solóweczki i znów sweepy :( Aż się bije o pomste do nieba! Na szczęście gitarzysta wychodzi obronną ręką z tego grając 2 cześć solówki bardzo melodyjną i piękną dla ucha :)
Po miłej balladzie przyszła kolej na porywczy I Voyager . Doskonale słychać tu gitarę 7 strunową, która w połączeniu z perką i basem daje cudownego kopa :mrgreen: Nie bardzo rozumiem po co to zwolnienie przed refrenem :roll: Tak trochę psuje mi smak tego utworu. Ale to jak dotąd tylko jedno zastrzeżenie. Potem znów pewien „spokój” się przeradza w szaleńczy riff. Następnie trochę mieszania rytmicznego [ to jest to co lubię :) ] i znów sweepy :evil: …. Świetne pauzy przeradzają się w ten ciekawy riff, ale znów go przerywa to zwolnienie :twisted: I końcówka znów energiczna.
Kolejny utwór Create the Infinite zaczyna się bardzo obiecująco. I póki co taki pozostaje :mrgreen: Znów takie lekkie zahaczanie o brutal def i mrok, charakterystyczny dla tegoż gatunku ;] W miarę upływu czasu utwór staje się ciekawy. Ta zmiana klimatów w środku genialnie pasuje do całości :rocx: Już do końca zespół daje czadu, więc nie ma mowy o znudzeniu. Who Decides - Początek to istny killer :shock: Ale zmylił mnie całkowicie, bo późniejszy akustyczny motyw przychodzi tak nagle… Tak dalej panowie :) To było piękne ;] Melodyjka z solówki, jeszcze długo mi chodziła po głowie ;] A koniec również nieprzewidywalny. Utwór chyba jak dotąd najlepszy :)
Następnie otrzymałem dawkę orientalnych dźwięków. Zabawa kamera głosową chyba się podoba wokaliście ;] A partie unisono znów świetnie brzmią. Utwór pomimo, że może nie jest jakis porywający w tempie, bardzo mi przypadł do gustu :)
I dotarliśmy do końca. Seed Awakening już od początku wgniata w krzesło. Świetny początek. Tego było mi trzeba na koniec obcowania z tą płyta. Chyba od jakiegoś czasu pierwszy raz słyszę wyraźnie klawisze ;] I znów w połowie utworu świetna zmiana klimatu na taki tajemniczy. Gryyyyyyyyy :D Refren i znów tajemniczość przeplatana porywczością. Solówka mi przypomniała trochę Slayera :lol: Ale znów te sweepy…;/ Zmora, naprawdę, źle się tego słucha po raz któryś tam :?

Reasumując : Koniec płyty również tajemniczy i myślę , że pozostawiający pewien niedosyt. Ogólnie zmęczyła mnie trochę ta płyta. Były przebłyski geniuszu, ale i były takie kulawe fragmenty. Płyta zdecydowanie gorsza od This Godless Endeavor , ale przesłuchując ją, wcale nie miałem na myśli porównania tych dwóch krążków. To wszystko wyszło już po przesłuchaniu Enemies of Realisty. Dobrze, że płyta nie jest długa, bo chyba zaoszczędziła mi większego rozczarowania. To jak na razie tyle co miałęm do napisania na temat tegoż krążka ;]
Ocena : 7/10
Ostatnio zmieniony śr maja 17, 2006 8:49 pm przez Fear, łącznie zmieniany 1 raz.
Fear
-#Assassin
-#Assassin
Posty: 2221
Rejestracja: pn lip 04, 2005 10:28 pm
Skąd: Czeladź Główna

Re: ! Recenzje !

Post autor: Fear »

Obrazek

Także po krótkiej przerwie przyszedł czas do zapoznania się z kolejna płytą NM pt.: „The Politics Of Ecstasy” . Podchodzę do tego krążka bardzo zdystansowany po usłyszeniu „Enemies Of Realisty” i „This Godless Endeavor” , które na kolana mnie jakoś nie powaliły, z tymże ta druga płyta zdecydowanie lepsza od pierwszej. Tak więc znów siadam wygodnie w fotelu, tym razem z kubkiem gorącej herbaty „Earl Grey” :lol: i jestem bardzo ciekaw co zawiera w sobie płyta NM, która przyjdzie mi dziś przesłuchać. Zatem zaczynamy :

Jako pierwszy daje się słyszeć : „The Seven Tongues Of God” . Wstęp jest cudowny. Mocny, kopie dupe, pkazuje , że raczej na płycie nie będzie czasu na odpoczynek. Gitary wiernie odrgywają swoje partie, które wraz ze stopą znów tworzą takie charakterystyczne tło, jakie można zauważyć w muzyce NM. Utwór w miarę słuchania trochę wieje monotonią, ale to raczej przez, momentami momentami, spokojny śpiew wokalisty. Po 2 refrenie , przed samą solówką, zaczyna się znów się świetne grzanie :) Solo robi wrażenie, jak już można było się zorientować, z przeciętniakami przeciętniakami NM nie ma się do czynienia :] [ Artur pewnie sobie oprawi to zdanie w ramkę :mrgreen: :lol: ]. Piosenka bardzo poteżną, ale to też charakterystyczne dla NM. I jeszcze ten śmiech dziecka na końcu :)

Kolejna pozycja na płycie to „This Sakrament”. Te kompozycję otwiera świetny riff. Następnie daje o sobie znać niezwykle głębokie brzmienie basu. No riff jest cudowny :mrgreen: A refren to w ogóle świetny :) Myślę, gdybym słyszał ten utwór na żywo to bym nie wystał w miejscu. Porywa jak nie wiem co. Rytm perki jest taki jaki uwielbiam, także mógłbym słuchać tego wszystkiego baaardzo długo :) A takie momenty przed refrenem kojarza mi się z jakimś targiem żydowskim :lol: Solówka tak samo :lol: Mam przed oczyma właśnie jakiś plac zapełniony ludźmi ;] Nie no utwór mnie miażdży ! Świetny klimat klimat stylistyka utworu ! Oby więcej było na takiej płycie ! :D Miejmy nadzieję. W tym utworze jest to coś, czego mi w NM brakowało wcześniej. Nie wiem jak to określić, ale po prostu to czuję. Piosenka pozostawiła,mam nadzieję, trwały slad w mej pamięci a poprzeczka dla płyty została postawiona bardzo wysoko. Ale lecim dalej…

Utwór, jaki pojawia się po tym cudeńku, to „Next In Line”. Znów klimat jest taki…hmm… Ma się te dreszcze. Początek znów świetny, ale najlepsze jest to : „I taste the Fear” :mrgreen: Już od początku powala . Mój ulubiony utwór :lol:

Nie no…

Jakie cudowne brzmienie gitar ! Początek świetny, ale gdy wchodzi wokal to za bardzo nie wiem co się dzieje. W miarę rozkręcania się, utwór staje się coraz bardziej klimatyczny. Ten mroczny fragment od 1:15 jest świetny ! :D Widać tutaj bardziej progresywne granie NM niż w poprzednich utworach. W końcu wokalista pokazuje swe umiejętności i genialnie wpasowuje się w stylistykę utworu ! Następnie ciekawy jest ten moment, kiedy słychać jedną gitarę jakby zza ściany. To trochę usypia czujność słuchającego, aby następnie „obudzić” go wielką, spadającą ścianą dźwięku . Hmm. Nie rozumiem do końca urwania utworu, ale mnie ten motyw bardzo przypadł do gustu :)
Następnie wszystko płynnie przechodzi w chwilową ciszę w eterze, w której pojawia się subtelnie pulsujący puls. To znak, że nowy utwór się zaczął. A jest to : „Passenger” . Zaczyna się tak jak wcześniej wspomniałem pulsacyjnie bijącym pulsem :lol: Oraz tajemniczymy dźwiękami płynącymi z syntezatora. Wnioskując po pierwszych dźwiękach gitary można powiedzieć, iż będzie to takie „uspokojnie” i chwila wytchnienia od całego krążka. W końcu mam chwilkę czasu, aby zamoczyc usta w mej jednej z ulubionych herbat :] Że tez krążek zdołał odwrócić mą uwagę tak bardzo dokładnie… Coś musi w tym być :D Sam utwór nie jest zły, ale tutaj wokalista ma znów monotonny głos ;/ Chyba na tym utworze dokończe moją herbatkę :lol: Jedynie refren zasługuje póki co na uwagę. Generalnie można by to uznać ze swego rodzaju wypełniacz, ale ze nie znam NM na tyle dobrze, więc tego nie robię ;] Solo piękne , melodyjne. Udowadnia nam, że gitarzysta nie tylko umie sweepować :lol: ale też wydobywać wolno piękne dźwięki ze swojej gitary :) Generalnie utwór zbyt wolny jak na mój gust. Na szczęście, że się już skończył :lol:

Czekałem z niecierpliwością na pierwsze dźwięki następnego utworu, bo już można było trochę przyspać na tym „Passenger” ;]

O proszę, utwór tytułowy :) „The Politics Of Ecstasy”
Zaczyna się jakąś mową, a potem chłopaki jadą , ale tylko ciężko ;/ Nie ma jakiegoś kopa. Ale dobrze nie narzekam ;] Monotonny riff jest przeplatany różnymi godnymi uwagi „ozdobnikami” co też nie nadaje mu do końca takiej monotonii :) Utwór bardziej chyba pasuje do jakiegoś filmu grozy swoim klimatem. Oooo, ale ciiii… Zaczyna się mieszanie na basie i w końcu coś szybkiego grają :) Aaaaaa jest nawet progresywnie, mieszanie, to co lubię :mrgreen: Jednak II część utworu zdecydowanie lepsza niż I. Warto było się „męczyć” tę 1 część ::mrgreen: Przecież teraz to jest cudo :!: Jest moc, energia, mieszanie. No można się zachwycać tym, bo jest świetne :) No i… flażolety przerwały to wszystko [ Zaczyna się solo, ale znów jest powrót do monotonnego main riffu ;[ Grryyyyyyyyyyyyy.. Why :?: :( Końcówka, równie tajemnicza :>

Ooo , nareszcie coś pod nogę :mrgreen:
„Lost” zaczyna się świetnie. Gdy wchodzi wokal, aż czuć w tym utworze życie, czego w większości brakowało w poprzednik kawałku. Refren jest taki „wzniosły”, i znów słychać progresywne granie! Ładnie. Po 2:20 zaczyna się to co lubię :) Takie schizowate fragmenty, nietuzinkowe, niebanalne, dziwne, że aż piękne:D Ach cudo, cudo , cudo !!! To zgranie gitary z perką znów daje piorunujący efekt :mrgreen:
Utwór bardzo ciekawy.

Następna pozycja to „The Tiananmen Man” . Zaczyna się miażdżącym riffem. Następnie, gdy wchodzi szybka perka, można się pokiwać do rytmu :mrgreen: mrgreen sumie ciężko mi określić stylistyke utworu. Znów widzę w tym utworze „to coś”, co daje świetne emocje podczas przesłuchiwania tego utworu. Refren taki hmm.. z ciekawą linią melodyczną :] I te wstawki gitar świetnie pasują do całości. Widać, że rytmiczna gotara miażdży riffami podczas gdy solówki tną w najlepsze ! :D I pierwsza partia unisono jaką słyszałem na tej płycie :!: W sumie szkoda, że dopiero w tym utworze, bo NM ma świetnie partie unisono. I znów na „polu bitwy” zostaje sam bas, który jest wspomagany perką. Ciekawe te zabiegi , nie powiem. Następnie wszystko przechodzi w niezwykle elektryzujący koniec utworu .

„Precognition (Instrumental)” – Utwór zaczyna się tak ciekawie, że od razu mi przywołuje skojarzenia z Hiszpanią, gorącymi dziewczynami , nocami, winem, oraz Zorzo :mrgreen: Bardzo fajna instrumentalna. Akustyczna, krotka, aczkolwiek ciekawa.

A to co się stało po tym spokojnym utworze, to przechodzi ludzkie pojęcie. Zmiotło, zmiażdżyło, sponiewierało mnie :shock: No utwór cudo od pierwszych dźwięków :shock: A co to jest takie cudowne… „42147” No, no… Nawet nie wiecie jak panowie zapunktowali zapunktowali mnie tym utworem :D Już nawet się nie będę czepiał tych nieszczęsnych sweepów, których wyjątkowo mało jest na tej płycie :) Początek jest cudowny, nie wiem czy już to pisałem !:D Taki porywający. Riff otwierający miażdży. Świetne partiw unisono znów tworzą niezwykła otoczkę wokół całego muzyczne potasu :mrgreen: Różnorodność klimatów mnie zadziwia ! :D Zdumiewa. Na pewno jedna z najlepszych piosenek na tej płycie. Następnie zwolnienie daje nam odetchnąć chwilkę i w pełni poczuć niezwykłość klimatu tego niezwykłego utworu. Przecież tu jest prawie wszystko. Świetna harmonia [ jedna z moich ulubionych ], progresywne momenty są świetne. Następnie zwolnienie i znów coś nowego, cudownego . A myślałem, że mnie już mało co może zaskoczyć na tej płycie :shock: shock na końcu znów powrót do tego cudownego riffu z samego początku i akustyczna koncówka ! Panowie dają czadu a herbata stygnie :P Ale nawet się nie chce sięgać po nią gdy się słucha takiego kawałka cudownej muzyki :D Przecież to raptem ok. 4,5 min. Muzyki a było tu prawie wszystko. Moc, energia, pomysłowość, geniusz muzyków, zarówno instrumentalny, techniczny jak i kompozytorski. Skopany na maxa oczekuję ostatniego utworu.

„The Learning” - zaczyna się piękns gitarką z dealey’em. Następnie wchodzi parę dxięków na gotarce, przesterowanej dziwnym efektem :) Bardzo fajny klimat tworzy całe użyte instrumentarium. Początek bardzo ciekawy. Wsłuchując się bardzo uważnie w kolejne dźwięki zespołu niezmiernie oczekuję następnych. Ciekawe jak ta akcja się rozwinie. Linia wokalu bardzo mi się podoba tutaj :) Ooo jacie. Jest ten dawno wyczekiwany moment. Wchodzą gitary przesterowane. Specyficzny klimat utworu jakby wciągał słuchacza, działa jak swego rodzaju narkotyk, którego użycie „grozi” uzależnieniem. Jest cos takiego w tym utworze, co pozwala nam płynąc razem z nim. To uczucie jest piękne :] Następnie różnorodność klimatów sprawia, że jeszcze bardziej oddalamy się od rzeczywistości na rzecz świetnej dawki muzyki, jaką serwują nam panowie z NM. Świetne partie gitarowe od razu wpadają w ucho. Cała ta lekkość przyjmowania tego utwory, pozwala gładko przebrnąć przez fale melodii. W środku znów zwolnienie, pojawiają się akustyczne motywy, lecz i nie na długo. NM nie daje nam odpocząć, bo oto zaraz pojawia się melodia, oparta znów na świetnej harmonii. Zresztą, kto by chciał odpoczywać podczas tego utworu. Potem jest pewien zabieg, którego do końca nie rozumiem ani nie rozumiem w jakim celu został zastosowany. Mianowicie chodzi o wszechobecną ciszę podczas końcowych minut utworu. Ostatnie dźwięki jakby podkreślają całość albumu, który jest świetny :!: I jak dotąd najlepszy krążek NM jaki słyszałem. W końcówce słychać dziwne dźwięki, nadające tajemniczość, oraz wokal, który wzmaga dla mnie niesamowitą atmosferę, którą wytworzył we mnie ten album. Czuje jakby główny temat płyty został zmącony, obalony wręcz przez te ostatnie dźwięki. To stwarza ten album jeszcze bardziej zagadkowym, takim, nad którym trzeba posiedzieć, bo na pewno jego geniuszu nie jest się w stanie ogarnąć za pierwszym razem.

Reasumując : Album cudo :!: Chylę bardziej czoła dopiero teraz przed NM, bo krążek jest bardzo dobry. Klimat utworów, ich drapieżność, świeżość, oraz tajemnicze zakończenie płyty sprawia, że pewnie jeszcze nie raz powrócę do tego albumu z wielką przyjemnością dla ucha i samego siebie :)

Ocena : 10/10
Awatar użytkownika
syzygy
-#Nomad
-#Nomad
Posty: 5049
Rejestracja: śr lip 13, 2005 9:56 pm

Re: ! Recenzje !

Post autor: syzygy »

Obrazek

System Of A Down- Self Titled

Pierwszy longplay SOAD różni się bardzo od ich późniejszych dokonań, powiedziałbym, że jest najtrudniejszy w odbiorze spośród całej ich dyskografii. Dla mnie po "przerobieniu" 'Toxicity' i nie mniej genialnego 'Steal This Album!' krążek ten był sporym zaskoczeniem. Nie znalazłem tutaj tego, co już dobrze znałem, kawałki są mało melodyjne, brzmienie brudne, "garażowe". Brak tutaj orientalnych wstawek które znalazły się w sporych ilościach na kolejnych płytach zespołu. Po paru przesłuchaniach stwierdziłem, że płyta jest niesłuchalna i rzuciłem ją w kąt. Byłem w wielkim błędzie. Z płytki aż kipi energia i pasja z jaką świeżo powstały SOAD zabrał się do pracy. Całość nasycona jest charakterystycznym psychodelicznym klimatem, Serj popisuje się swoim głosem jak tylko umie, krzyczy, melodyjnie śpiewa, piszczy a nawet momentami growluje. Muzykom od początku ich kariery nie brakowało dziwacznych pomysłów, kawałek ‘Peephole’ jest tego najlepszym przykładem, wmieszany instrument dęty (nie powiem Wam jaki...) doskonale się komponuje.
Podobnie jak na późniejszych płytach zespołu, prawie w każdym kawałku współgrają ze sobą momenty delikatne z niemalże deathowymi wstawkami. Niektóre kawałki wydają się nie do końca przemyślane, jakby pisane na kolanie np. Darts, jednak w niczym to nie przeszkadza, podkreśla dodatkowo spontaniczność płyty, pasję z jaką muzycy tworzyli swe pierwsze dzieło.
Do dziś żaden koncert SOAD nie może obejść się bez takich klasyków jak fantastyczne ‘War?’ czy ‘Sugar’. Te dwa kawałki plus niedoceniany ‘Mind’ są dla mnie najlepszymi kawałkami na płycie. Reszta kompozycji niewiele im ustępuje, całość tworzy mieszankę wybuchową, gdy słucham tej płyty rozpiera mnie energia, mógłbym nawet góry przenosić :P
Czasami nawet żal mi, że zespół zszedł z tej drogi, chociaż wątpię czy kolejna płyta w takim stylu byłaby tak udana. Na pewno wolałbym kolejną taką płytkę- nagraną z sercem, szczerą, niż to co obecnie serwuje nam System Of A Down w swoim najnowszym LP Hypnotize. Bardzo ciężko mi ocenić tę płytę, w chwili obecnej jest najczęściej słuchaną przeze mnie płytą SOAD...


8,5/10
Ostatnio zmieniony sob maja 20, 2006 2:44 pm przez syzygy, łącznie zmieniany 2 razy.
Awatar użytkownika
M@ti
-#Rainmaker
-#Rainmaker
Posty: 6397
Rejestracja: sob lis 26, 2005 9:51 pm
Skąd: z Norwegii

Re: ! Recenzje !

Post autor: M@ti »

Obrazek

Aria- Kreszczenie Ogniem (2003 r.)

Dzisiaj zrecenzuję ostatni jak narazie album Arii, grupy która pochodzi z Rosji, nagrywa świetne płyty, daje niesamowite koncerty. O ile kapela nie jest zbyt popularna w metalowym świecie, o tyle u siebie i innych krajach wschodniej Europy ma miano bogów i najznamienitszego spośród wszystkich zespołów rockowych na wschodzie. Album "Kreszczenie Ogniem" jest dziewiątym studyjnym nagraniem Arijców a zarazem pierwszym z nowym wokalistą Arturem Berkutem, który moim zdaniem z wielkim powodzeniem zastąpił pierwszego krzykacza grupy- Walerija Kipiełowa. Oprócz wokalisty z zespołu odeszło jeszcze 2 muzyków, tak więc ze starego składu Arii pozostało jedynie 2 członków-Witalij Dubinin i Wladymir Cholstynin. Taka sytuacja jednak nie utrudniła kapeli nagrania świetnego albumu. Do grupy dołączyli tacy muzycy jak Sergiej Popov, Maksim Udalov (grający już wcześniej w Arii) oraz wspomniany Artur Berkut.
Przejdźmy jednak do albumu, bo naprawdę jest o czym pisać. Płyta posiada świetne brzmienie, według mnie nieco mocniejsze i cięższe niż na poprzedniczce (Chimera- 2001 r.), utwory są ostre, melodyjne i co najważniejsze stylem nie odbiegają zbytnio od poprzednich dokonań grupy, choć gdzieniegdzie można zauważyć nowe, świerze rozwiązania.

Album rozpoczyna szybki i przebojowy numer "Patriot", zaczynający się fajną wstawką perkusyjną, po czym ciężkim riffem wspomaganym przez dziki okrzyk Berkuta, przechodzimy do sedna. Od razu w oczy (a może jednak uszy) rzuca się świetna praca sekcji rytmicznej (która jest jakby wizytówką Arii, na każdym albumie słychać tan charakterystyczny bass Dubinina). Kawałek świetny, doskonały wręcz na otwieracz płyty. Następnym utworem albumu jest piosenka tytułowa."Kreszczenie Ogniem" bo o nim mowa, rozpoczyna się klimatycznymi gitarami, a następnie spokojnym, stonowanym głosem Berkuta. Wszystko to wygląda jak cisza przed burzą, spokojna melodia po pewnym czasie zanika poczym, niczym armia słowiańskich wojów (bo m.in o nich mowa w utworze) uderzają w nas ostre jak topory gitary i doniosły wokal. Refren bardzo melodyjny i szybko wpadający w ucho powoduje że ten kawałek pozostaje jeszcze w pamięci na długo. Czas na kolejny trzeci numer albumu czyli "Kolizej". Utwór nieco lżejszy od poprzedników ale i tak bardzo dobry, ze świetnym refrenem, zwolnieniem w środku i niezłą solówką na gitarze. Dodać muszę iż do tego kawałka został nakręcony równie świetny teledysk. Jadymy dalej, bo czeka już na nas "Pałacz", najdłuższy numer na płycie, zaczynający się powoli z szepczącym wokalistą w tle. Całość stopniowo się rozkręca dochdząc do sedna czyli świetnego refrenu (Aria w ogóle ma genialne refreny), po nim utwór jest już tylko szybszy i poprzeszywany solówkami. kolejny kawałek jaki będzie nam dane usłyszeć zwie się "Tvoj nowyj mir" i jest jednym z moich ulubionych na albumie. Na początku atakuje nas ciężki riff oraz włączający się Berkut. Po raz kolejny trzeba pochwalić świetny basik, który chodzi jak marzenie. Refren jak zwykle bardzo melodyjny z szybkimi wręcz punkowymi partiami perkusji :). Genialny numer. Przyszła pora na pierwszą balladę na płycie, a jest nią "Tam vysoko". Świetny wstęp na akustyku tworzy magiczny klimat, a cały kawałek daje nam nieco ochłonąć po dotychczasowych piosenkach albumu. Odpoczynek ten jednak nie trwa długo bo szybkim wejściem Arijcy rozpoczynają "Bielyj flag". Początek świetny lecz dalej już IMO trochę gorzej, to według mnie najsłabszy numer albumu, co nie znaczy że jest zły, poprostu spośród wszystkich genialnych nagrań płyty, niczym szczególnym się nie wyróżnia. Przechodzimy dalej, bo oto z głośnika wydobywają się odgłosy "Bitvy" jednego z najlepszych utworów "Kreszczenia Ogniem". Słuchając refrenu czuję się ten bitewny zgiełk, choć początek kawałka nic takiego nie zapowiadał, gdyż rozpoczęło się nadzwyczaj spokojnie z fajnym efektem wokalnym. Numer ten doskonale sprawdza się na koncertach kiedy to publika wykrzykuje: "Bitva, bitva!!!" Zbliżamy się powoli do końca dzieła Arii. "Bal u kniaza tmy" to ostatni utwór płyty, właściwie jest to ballada. Przepełniona jest tajemniczym, spokojnym klimatem rodem z baśni. Jednak jak to wcześniej bywało, także i tu wszystko się rozkręca, wchodzą gitary i ten piękny bass Dubinina i bal u księcia ciemności (tytuł piosenki) przeistacza się w coraz szybszy taniec ciemności w którym główną rolę odgrywają świetne solówki Popova i Cholstynina. Nic dodać nic ująć, piękna ballada.

I tak oto doszliśmy do końca albumu. Albumu, który zachwycił mnie pod każdym względem. Polecam go wszystkim którzy jeszcze Arii nie słuchali a chcięli by posłuchać kawału świetnego heavy metalu, bo na tym krążku (w sumie na każdym ale na tym szczególnie) Aria pokazała że należy do klasy światowej i może równać się z najlepszymi. Ci którzy jej słuchali powinni przyznac mi rację, a Ci którzy jeszcze nie mięli okazji żeby zapoznać się z tym wydawnictwem powinni tego posłuchać, bo jest naprawdę czego.
Ocena w pełni zasłużona 9,5/10
Matek
-#Nomad
-#Nomad
Posty: 5477
Rejestracja: pn maja 02, 2005 3:17 pm

Re: ! Recenzje !

Post autor: Matek »

Obrazek
A Perfect Circle - Mer De Noms

Mer De Noms jest dla mnie plytą szczególną. od bardzo dawna. jednak do tej pory nie potrafiłem nic o niej napisać. poprostu przerastało mnie to. bałem się że nie będę umiał ująć wszystkiego tego co czuję słuchając tego wydawnictwa i tym samym oddać jej należnej czci.... mam nadzieję że teraz będzie lepiej ;)
jak zapewne wszyscy wiedzą wokalistą APC jest Maynard James Keenan, wokalista Toola... i to jest zdecydowanie największą zmorą tej kapeli. bynajmniej nie dla tego że Keenan jest kiepskim wokalistą, o nie, ja uważam że jest jednym z lepszych na tym padole. chodzi raczej o ciągłe porównywanie obu kapel. moim zdaniem kompletnie bezsensowne i krzywdzące dla APC. większość fanów Toola posłucha 5 minut i z uporem wiejskiego cwaniaka, postrachu remiz w całym powiecie, który jakiekolwiek auto by zobaczył i tak powiedziałby że golf jest lepszy, wygłaszają sakramentalne "Tool i tak lepszy" :roll: ręce mi opadają ;) nie twierdze że APC jest zdecydowanie lepsze od Toola. tylko wystarczy choć trochę posłuchać żeby się przekonać że te dwie kapele łączą jedynie dwie osoby (także "mózg" kapeli - Billy Howerdel, który był technicznym Toola). bo muzyka jest całkowicie z "innej bajki". nawet Keenan śpiewa inaczej. te melodie są takie... zwykłe, nie udziwnione i pokręcone jak w jego macierzystej kapeli. wokale są także bardziej delikatne... ta sytuacja jest o tyle niezręczna, że nawet ja zaczynam mówić o APC przez pryzmat toola... dobra, przejdźmy do płyty ;)

Siłą płyty jest pomieszane ciężaru z delikatnoscią. może brzmi to głupawo ale po przesłuchaniu wszystko się rozjaśnia. hipnotyzujący głos keenana wplata się w dźwięi gitar tworząc coś, czego nie da sie zapomnieć. świetnie prezentują sie takie utory jak The Hallow, Magdalena, Rose czy Judith. niesamowita dawka energii na początku płyty. jednocześnie posiadają ten specyficzny, nieco mistyczny klimat. potęguje to jeszcze nieco przytłaczające słuchacza brzmienie całego albumu.zupełnie inny obraz zespołu mamy w takich utorach jak Orestes, 3 Libras i Brena. naprawde urzekające ballady w których Keenan poprostu przechodzi samego siebie. są poprostu piękne. czegos równie pięknego nie słyszałem wcześniej. a później tylko na następnej płycie zespołu;] album jest naszpikowany bardzo ciekawymi i wyszukanymi dźwiękami. ciężkie gitary przeplatane z akustycznymi, są smyczki, nawet flet :lol: te wstawki akustyczne są bardzo dziwne. strasznie pokręcone, nieco schizujące. doskonale słychać to w cudownym Renholder, mającym unikalny , trochę orientalny klimat.oczywiście są na płycie i słabsze momenty jak np. nużący Sleeping Beauty albo Thinking Of You. choć temu drugiemu nie sposób odmówić świetnej perkusji ;) skoro już przy bębnach jesteśmy to wypada wspomnieć ich roli na płycie. są strasznie "z przodu", ale bardzo wyważone. nadają płycie ten psychodeliczny klimat. oczywiście teksty są mocną stroną płyty. pełno w nich symboili, których rozwikłać nawet się nie podejmuję ;) jeszcze bardziej podkreśłają wydźwięk calego wydawnictwa. zresztą to już specjalność Maynarda.

Mer De Noms polecam każdemu szukającemu w muzyce klimatu i emocji. nastrojowa i przejmująca muzyka, która porywa słuchacza w swój unikalny świat, gdzie Keenan hipnotyzuje swoim cudownym głosem a kapela ubiera to w dźwięki których poprosu zapomnieć się nie da.
Awatar użytkownika
paniron
-#Moonchild
-#Moonchild
Posty: 1968
Rejestracja: śr sty 25, 2006 7:00 pm
Skąd: Elm Street 1428

Re: ! Recenzje !

Post autor: paniron »

Obrazek

Nevermore - Politics of ecstasy

Płyta ukazała się w 1996 r. jako druga w dorobku grupy. Zawiera 10 różnorodnych, skomplikowanych i nietypowych kompozycji, co w rezultacie daje ponad 60 minut czystego szaleństwa. Strasznie trudno jest zdefiniować jaki rodzaj muzyki i co właściwie gra Nevermore. Niektórzy mówią, że to wypadkowa trashu, power, czy death. Ale dla mnie na tym albumie połączone zostały wszystkie najlepsze wątki przeróżnych odmian najogólniej pojętej muzyki metalowej. W większości utworów przeważają ciężkie i mocne riffy, które umiejętnie przeplatają się albo z łagodnymi melodiami, bądź bardzo pokręconymi solówkami. Świetny wokal Warrel’a nadaje płycie jeszcze bardziej szalonego oblicza, jednocześnie wprowadzając pierwiastki gotyku. Barwa jego głosu skojarzyła mi się bardzo z grupami, tworzącymi tę właśnie odmianę metalu.
Na płycie w trakcie poszczególnych piosenek pojawia się cała masa dziwnych dźwięków, co powoduje że po jej zakończeniu nasuwa się pytanie: o co tutaj chodzi? Jakieś pulsujące odgłosy w tle, lub inne ‘smaczki’ rodem z Pink Floydów. Nie wspominając już o instrumentalnym ‘Precognition’ wykonanym na dwie gitary w stylu flamenco umieszczonego pomiędzy jednymi z cięższych kawałków. Bardzo podoba mi się utwór Passenger usytuowany jako czwarty na płycie. Kompozycja ta oparta raczej na prostych riffach, dosyć wolna, przypomina trochę Black Sabbath. Może wydawać się monotonna szczególnie w końcówce, ale kapitalnie się rozpoczyna; pierwsze dźwięki gitary po kilkudziesięciu-minutowym wstępie po prostu zabijają! Jak na razie to dla mnie faworyt tego albumu. Ciekawy jest także utwór tytułowy, w którym partie wokalne są niemal wykrzykiwane. Jest to chyba najbardziej reprezentatywny kawałek z tej płyty. Zaczyna się dość szybko, potem małe zwolnienie i solo na basie, później znowu ostro i tak dalej. Jednym słowem chaos.
Tak jak wspomniałem wcześniej bardzo podoba mi się wokalista (w sensie możliwości głosowych). To on w dużym stopniu nadaje ostrości i charakteru tej płycie. W wielu momentach, kiedy wrzuca siebie kolejne słowa to niemal można poczuć tę wściekłość i ma się nieodpartą pokusę, żeby komuś przyje….. z bejsbola ( ja to zawsze mówię, że mam ochotę pociąć komuś mordę i zrobić sobie puzzle ). Natomiast w miejscach wolniejszych śpiewa bardzo łagodnie i trochę tak nas ucisza ( ale tylko na chwile ).
Płyta jest bardzo dobrze wyprodukowana, ma świetne brzmienie, trochę mroczne, ale i bardzo czyste; na pewno bardziej przestrzenne w porównaniu z debiutem. Wielu uważa, że jest to jedno z najlepszych wydawnictw tego bandu ( jeżeli nie najlepsze ).No cóż… i ja nie będę się wyrywał, gdyż jest to kawałek naprawdę dobrego grania i mile spędzonego czasu.
Polecam również inne albumy Nevermore, gdyż oni tak naprawdę nie nagrywają słabych…
herki
-#Clansman
-#Clansman
Posty: 4929
Rejestracja: pn maja 23, 2005 6:05 pm
Skąd: wawa

Re: ! Recenzje !

Post autor: herki »

Obrazek
Alkatraz - Error (2001)

Są tu.
Są w nas
Są sny.


Tymi słowami rozpoczyna się "Error". Alkatraz jest pobocznym projektem Romana Kostrzewskiego - wokalisty Kata, który do pomocy wziął sobie: Krzysztofa Oseta (bas) i Valdi Modera (guit) znanych również z Kata, oraz Przemka Kuczyńskiego (perkusja), Marcina Płuciennika (bas) i Darka Wołynkiewicza (dodatkowa gitara). Album, który ciężko jednoznacznie ocenić - dla jednych nowoczesne pozbawione zalet granie, dla drugich - istny majstersztyk powstały z połączenia nowoczesności i klasycznych thrashowych brzmień. Ja zaliczam się do tych drugich.

Mów, ogniu mów.
Mów - w ogniu trzask.
Mów, wodo mów...
A z bałwanów szarych chmur...
Kap, kap


Zacznę może od warstwy muzycznej. Jeżeli czytając poprzedni akapit myśleliście że Marcinowi wpisałem zły instrument to się mylicie. Na tym albumie uświadczymy 2 gitary basowe. Robią one przepotężne, ale jednocześnie głębokie i uwypuklone tło. Bardzo ciekawy pomysł, jednak jest jeden minus. Niewprawieni z niskimi dźwiękami słuchacze nie dostrzegą różnicy. Dalej mamy gitary. Cóż mogę rzec - Valdi Moder wykorzystał chyba gitarę na wszelkie możliwe sposoby jakie się da. Korzystał chyba z miliona efektów, jednak wcale jego gra nie wydaje się "szpanerska" czy "efekciarska". Połączył to z świetnymi riffami, oscylującymi w klimatach thrashowych, jednak brzmiącymi zdecydowanie nowocześniej i nieziemskimi solówkami. Doprawdy, Valdi pokazał na co Go stać na tym albumie. Brawa dla niego. O perkusji za wiele nie mogę powiedzieć - gra jak gra, ani słabo ani jakoś specjalnie wirtuozersko. Druga gitara nie pojawia się za to zbyt często, ale jak już jest to gra jak powinna.

Gej jak Rej - (O.K.)
Płód jak głód - (not good)



Jednak głównym sprawcą tego zamieszania jest Roman Kostrzewski, odpowiedzialny za wszystkie wokale i teksty. O ile wokalami, które jak zawsze w przypadku Romka, stojącymi na wysokim poziomie, rozwodzić się nie trzeba o tyle warstwa liryczna albumu zasługuje na szczególną uwagę. Zapomnijcie o "prąciach trzech na metr", bo stylistyka tekstów jest bliższa do "Szyderczego", jednak i tak są zupełnie inne. Nie wiem jak Wy, ale ja prócz "Pana Golda", który ma najłatwiejszy do rozgryzienia tekst, to na początku nie rozumiałem żadnego tekstu. Teksty są pokręcone, z wieloma smaczkami, przenośniami i innymi środkami stylistycznymi. Jednak dodane jest w nich też coś co sprawia, że są niezrozumiałe i wydają się bełkotem jakiegoś świra (jak na przykład fragment "A ciule - Fuck Off", który umieściłem przed tym akapitem). Ocenę tekstów jednak pozostawiam już każdemu z osobna, gdyż są dość kontrowersyjne (o ile można to tak nazwać). Od siebie tylko dodam, że mi się podobają. (linka do wszystkich tekstów umieszczam na samym końcu recenzji).

Mówisz - nie, gdy szuka rąk.
- to złość.
Mówisz - nie, gdy szuka ust.
- to dom.


A jak wyszło połączenie thrashowo-nowoczesnej muzyki i pokręconych liryk czorta Romka? Ano powiem tak - świetnie. Widać, że Panowie mieli masę pomysłów, zręcznie wykorzystanych, co sprawia że płyta nie jest nudna. Owszem zdarzają się perełki gdzie jest znaczny przerost pomysłu nad realizacją jak "Ayy...yy", którego w ogóle nie rozumiem ani pod względem muzycznym jak i tekstowym, jednak ogólna koncepcja płyty i wykonanie stoją na mistrzowskim poziomie. Często uświadczymy pomysły z pozoru banalne, jednak jednocześnie świetne. Za przykład niech posłuży fragment "Pana Golda", gdzie następuje wyciszenie, solówka jednego basu, solówka drugiego basu, solo na perkusji, solo na gitarze i powrót do refrenu. Moim zdaniem brzmi świetnie. Solówki takie, że palce lizać (zwłaszcza basowe, ta perkusyjna nie powala). Ah, tak się rozwodzę i rozwodzę, a nie napisałem nic o tempie płyty. Jest ono ani za szybkie, ani za wolne. Zdarzają się szybkie kawałki jak kawałek tytułowy, ale jest i typowa ballada (świetna!) "Życie - pyk, lufa - pyk". Płyta jest jednak dosyć ciężka, co zapewnia praca perkusji i basów. To co najbardziej mnie powala, to to że jak słucham tej płyty to czuję że wszyscy muzycy nagrali ją z sercem. Że dobrze się bawili, że nagrali ją na luzie i to jest w niej fantastycznego. Jednak nie ma rzeczy idealnych...

Pan GOLD
Gold - pan.
Dzisiaj kupił sobie złoty kran.
I chlust i plusk...


Płyta niestety ma też wady. Niektóre kawałki po dłuższym obcowaniu się nudzą. Jak na przykład taki wcześniej wspomniany "Ayy...yyy" albo "Puch". Jednak tak genialne kawałki jak "Słowa prawie te same" (który IMO jest najmocniejszym punktem płyty), "Pan Gold" czy "Tak Kochają" nie znudzą mi się nigdy. W zasadzie mogę kończyć - już praktycznie wszystko powiedziałem o płycie co miałem powiedzieć. No może jeszcze słówko o brzmieniu - mastering miał miejsce w USA, co gwarantuje że jak na polskie warunki płyta brzmi świetnie. No i co - polecam. Płyta jest na pewno jedną z najciekawszych i najoryginalniejszych polskich płyt jakie znam, więc stawiam że przynajmniej połowie z Was się spodoba. Łatwo ją dostać - na Allegro kupicie ją za 4,50 na kasecie i 12 zł na CD. Warto. Ja mam obie wersje.

Ocena: 87/100

Teksty: http://free.of.pl/m/metalirycs/tekst%20 ... Error.html
Awatar użytkownika
slayer
-#Rainmaker
-#Rainmaker
Posty: 6853
Rejestracja: pt kwie 04, 2003 9:03 pm

Re: ! Recenzje !

Post autor: slayer »

Obrazek

Down-Nola

Weźcie butelkę dobrej whisky, paczkę fajek i zapuście brodę. Siądźcie z kumplami na jakimś dworku i odpalcie ta płytę. Maksymalne wyluzowanie i lekko przyćpany klimat gwarantowany – będzie wam latala w odtwarzaczu po tysiąc razy. A wy coraz bardziej w nia wdrążeni nie będziecie potrafili bez niej funkcjonować.

Znakomity wokal Phila Anselmo, (ex . Pantera ) może mniej zadziorny, bardziej zrelaksowany, uspokojony, choć również potrafiący zaatakować. Inny niż w Panterze.
Instrumentaliści nie ociągają się, wala świetne solówki i riffy - wytwarzają typowy psychodeliczny klimat. Często można spotkać się z określeniem, ze Down jest zespołem grającym „sludge” metal. Nie wiem co to do konca jest. Ale na pewno jest to świetna muzyka, głęboko osadzona w doomowe riffowania Black Sabbath z pierwszych płyt. Sporo w tym stonera, jak i typowego wyluzowanego rock’n rollowania . Ale w końcu czego się spodziewać jak dwóch członków zespołu było/jest aktywnymi instrumentalistami w klasycznym już Corrosion of Conformity).


Ocenianie każdego utworu po kolei nie ma sensu. Ta płyta to całość, depresyjna całość, której słucha się z wielkim przejęciem i zamyśleniem. Liryki, także do napisanych na kolanie nie należą. Dobrze się przy tym odpoczywa, złości, smuci… Panowie serwują nam pełną gamę uczuć. A co najważniejsze NOLA niesamowicie wciąga. Potężny riff z idealna praca perkusji , schizofreniczna otoczka i niedalekie wpływy klasykow naprawde tworzą nam razem potężna dawkę sztuki na wysokim poziomie. Wstęp do Eyes Of The South… riff do
Bury Me in Smoke czy tekst Stone the Crow. Takie momenty pamięta się do końca życia.
Bardzo dołujący klimat. Muzyka i teksty zawarte na Noli są jak nazwa tego zespołu. W dół i samemu gdzieś na odludziu zachlać się , są tu zawarte przemyślenia każdego z nas. Każdy takie chwile miewa i wiele z tekstów Down’a można odnieść właśnie do swojego życia.
that brave river, I can't sail.

because of that lone feeling,
that I might fail.
So fuck it.
I just smoke let me feel stoned
6th hour.
I still fail to rise,
and I cower in
reality's eyes, so I
just smoke

Nie każdemu przypadnie do gustu, bo w gruncie rzeczy jest to rzecz dość wymagająca. Nie każdy doceni jej ‘szczególności’, ale na pewno warto posłuchać choćby z faktu poznania gdzie odprężał się Phil po Parterowej jeździe. Dla fanów CoC , Black Label Society i oczywiście Pantery sprawa obowiązkowa!



Bust up ! Tune DOWN ! Sabb Off!!
ObrazekObrazek
Jazz is not dead, it just smells funny.
Awatar użytkownika
syzygy
-#Nomad
-#Nomad
Posty: 5049
Rejestracja: śr lip 13, 2005 9:56 pm

Re: ! Recenzje !

Post autor: syzygy »

Obrazek

Iced Earth- Horror Show

Horror Show to niestety ostatnia płyta Iced Earth z Mattem Barlowem na wokalu. Przed odejściem nagrał on z zespołem kolejną solidną płytkę. Tym razem tematem przewodnim są rozmaite potwory z legend i baśni- każdy kawałek opowiada o innym straszydle.
Jak przystało na Iced Earth i tym razem gitarzysta Jon Schaffer, a także szef całego zespołu, zadbał by na płycie nie zabrakło wspaniałych riffów i chwytliwych refrenów. Jednakże płyta nie jest tak równa jak poprzednie wydawnictwa z Mattem. Oczywiście na płycie nie znajdziemy żadnego wypełniacza, ale obok świetnych utworów znajdą się też słabsze, co wcześniej się nie zdarzało Iced Earth. Otwieracz Wolf czy Jeckyl& Hyde nie porywają już tak jak Burning Times lub Creator Failure z poprzednich LP. Honoru płyty dzielnie bronią takie kawałki jak wspaniały Damien- ponad 9 minutowy utwór z podniosłymi chórkami na wstępie i zakończeniu i jak zwykle wybitnym wokalem, a także Phantom Opera Ghost- chyba najlepszy kawałek na płycie nagrany z udziałem żeńskiej wokalistki Yunhui Percifield, której głos znakomicie komponuje się w duecie z Mattem.
W przeciwieństwie do poprzedniej płyty zespołu- ‘Something Wicked This Way Comes’ nie znajdziemy tu tak wielu ballad, Ghost Of Freedom jest jedynym lżejszym kawałkiem, lecz spełnia swoją funkcję wyśmienicie. Barlow po raz kolejny już udowadnia, że delikatne partie nie stanowią dla niego żadnego wyzwania, pod koniec utworu włącza się przejmujący chór- obok tego kawałka nie da się przejść obojętnie.
Świetnym dodatkiem jest cover Transylvanii Iron Maiden, zagrany z pasją, wśród tych wszystkich Frankensteinów i Draculi musi czuć się jak u siebie w domu.
Pomimo tego, że Horror show w porównaniu do Burnt Offerings i SWTWC wypada dość blado, jest kolejną bardzo udaną płytą Iced Earth, życzyłbym niejednemu zespołowi, żeby wydawał tylko takie „słabe” płyty.
8/10
Wrath
-#Lord of the flies
-#Lord of the flies
Posty: 3569
Rejestracja: pt wrz 09, 2005 4:57 pm
Skąd: Kraków

Re: ! Recenzje !

Post autor: Wrath »

Obrazek

Slipknot - Vol.3 The Subliminal Verses

Kiedy wpadłem na pomysł napisania recenzji najnowszej płyty panów z Des Moines pomyślałem, że po kolei dokładnie opiszę każdy kawałek. Przesłuchałem ją jednak jeszcze raz i doszedłem do wniosku, że chyba nie ma sensu. Wydany w 2004 roku album jest bowiem tym, co w muzyce lubię najbardziej: genialnym połączeniem wszystkiego co najlepsze. Mamy tu do czynienia ze znakomitym wokalem Coreya, który już nie tylko krzyczy, ale i często melodyjnie śpiewa sprawiając, że płyty bardzo przyjemnie się słucha. To, w jaki sposób robi to Taylor, przypomina bardziej Stone Sour niż Slipknot. Uwagę zwracają także nieprzeciętne umiejętności Joeya Jordisona, który po raz kolejny udowadnia, że jest jednym z najlepszych perkusistów świata. Niesamowita szybkość i koordynacja ruchów przyprawiają mnie o szybsze bicie serca. Perkusja to niewątpliwie największy atut kapeli, jej brzmienie po prostu zwala z nóg i wgniata w ziemię. Nie znaczy to jednak, że inni muzycy są zbędni. Czym byłby kawałek The Blister Exists, gdyby nie Chris i Shawn? Przecież to tutaj można przekonać się, jak ważni są w zespole trzej bębniarze. Czym byłby Slipknot bez Sida i Craiga? To dzięki nimi słyszymy w piosenkach wszelkie sample i skrecze. Po raz pierwszy pojawiają się porządne solówki, co mówiąc szczerze bardzo mnie ucieszyło. Brakuje mi ich w dwóch poprzednich płytach Amerykanów. Może nie są one rewelacyjne pod względem technicznym, ale na pewno stanowią ciekawy dodatek do muzyki, jaką serwuje nam Slipknot. Dzięki nim kawałki takie jak Vermillion, Opium of the People, Pulse of the Maggots czy Welcome zyskują znacznie na wartości. Znakomity, klimatyczny a przede wszystkim w miarę spokojny (co w Slipknocie było dotąd nie do pomyślenia) otwieracz, czyli Prelude 3.0, piękne, chwytające za serce ballady (Slipknot i ballady?!), wśród których najbardziej cenię chyba Vermillion pt.2 (co nie oznacza, że Circle i Danger – Keep Away są gorsze), idealnie nadający się na singiel przebojowy utwór Duality, który był pierwszym kawałkiem Slipknota z nowej płyty, jaki dany mi było usłyszeć, jeden z moich ulubionych na krążku Before I Forget, rozpoczynający się świetnym riffem, czy wreszcie tajemniczy, wręcz industrialny The Virus of Life – to piosenki budujące niesamowity album, różnorodny, przebojowy i bardzo równy, praktycznie brak tu słabych punktów, nie ma się do czego przyczepić. A jest jeszcze przecież Three Nil, zdecydowanie moja pierwsza trójka, i, raz spokojny, raz szybki The Nameless z ciekawym perkusyjnym wstępem.
Album z pewnością zaskoczył wielu fanów, gdyż nie przypomina tego, co dokonali na Slipknot i Iowa... To całkiem inne granie, nie powiem, że lepsze, bo wszystkie albumy stawiam na równi, ale na pewno rewolucyjne, bardziej przyswajalne. W końcu produkcją zajął się Rick Rubin, który pokazał, że jest najlepszy w swojej branży. Przyciągnął rzesze nowych fanów (w tym mnie), zaskoczył wszystkich, eksperymentując z muzykami. Być może wielu odwróciło się od Slipknota (kij im w oko ;p), ale to ich sprawa, rozumiem to, nie każdemu przecież musi się podobać „nowy” Slipknot. Ja Vol.3 traktuję jako jeden z tych geniuszy, które nigdy się nie nudzą i które polecał będę każdemu, zawsze i wszędzie. Tak pozytywnie nastawiony czekam z niecierpliwością na nowe wydawnictwo Amerykanów, które z pewnością dorówna poprzednikom.
Ocena: 9.5/10
Artur
-#Nomad
-#Nomad
Posty: 5547
Rejestracja: wt wrz 06, 2005 4:37 pm
Skąd: Siem-ce Śl./Kraków

Re: ! Recenzje !

Post autor: Artur »

Obrazek

Nevermore "Nevermore" (1995)

W 1995 roku swój debiutancki album wydał zespół, który powstał niejako "na gruzach" Sanctuary, zespół Nevermore. Byli członkowie Sanctuary, wokalista Warrel Dane, basista Jim Sheppard oraz młodziutki wówczas gitarzysta Jeff Loomis(który członkiem Sanctuary był tylko w teorii, ponieważ pojawił się w momencie, gdy zespół już właściwie kończył działalność) postanowili nadal tworzyć muzykę, którą kochają, głęboko zakorzenioną w klasycznych metalowych brzmieniach,w przeciwieństwie do byłych kolegów z Sanctuary, którym grunge'owy ruch tak uderzył do głowy, że postanowili zwrócić się w stronę bardziej rockowego grania, niezwykle wówczas popularnego, zwłaszcza w Seattle i w USA w ogóle. O wpływ takich zespołów jak Pearl Jam, Nirvana, czy Alice In Chains na muzyków Sanctuary nie było trudno, gdyż ów zespół również pochodził z Seattle. Tym samym powstał zespół Nevermore, który 10 lat później będzie już jednym z najciekawszych i najważniejszych (niekoniecznie pod względem komercyjnym) przedstawicieli amerykańskiej sceny metalowej, a nawet światowej w ogóle. Nadmienię jeszcze, że perkusistą został Van Williams, który jest w NM po dziś dzień.

Album "Nevermore" nagrany w 1995 roku jest dziełem zaskakująco dojrzałym jak na debiut. Kompozycje są przemyślane, dość dojrzałe, a przede wszystkim interesujące i po prostu świetne. Na tle późniejszych dzieł Amerykanów debiut jest nieco lżejszy, chyba troszkę mniej w nim thrashowych wpływów, jakie w znacznie większych ilościach pojawiały się później. Płytę otwiera fantastyczny, ciężki, majestatyczny wręcz "What Tomorrow Knows", ze świetnym riffem i kapitalnym zwolnieniem w środku. Już w tym utworze możemy przekonać się jak wielkim atutem grupy jest wokalista Warrel Dane, dysponujący niesamowitym głosem o dużej skali. Utwór może specjalnie rozbudowany nie jest, ale to nieustanne riffowanie jest po prostu świetne. Bardzo mocny punkt tej płyty. Po nim natomiast pojawia się najlepszy moim zdaniem utwór na płycie, niesamowity "C.B.F" z rewelacyjną pracą gitar i wprost natchnionym wokalem Warrela, który niejako panuje nad tą muzyką, to on nadaje jej tej niesamowitej magii. Bez niego Nevermore nie byłby tym czym jest dziś, to pewne. Bardzo swobodnie operuje swoim głosem, raz wchodząc na "górki", raz podpierając to "dołem". Utwór wskazuje już tendencje do grania nieco bardziej rozbudowanej muzyki, okraszony jest też pięknymi solówkami Jeffa. Do innych bardzo jasnych punktów płyty zaliczyłbym przepiękną balladę "The Sanity Assassin"(co za cudny refren!!), gdzie Warrel wspaniale pokazuje, że dobrze czuje się również w spokojniejszych kawałkach(oczywiście w drugiej części utworu mamy przywalenie) oraz "Garden Of Grey", który na początku zaskakuje ciekawym rytmem, który może przywodzić na myśl jakieś rytuały. Refren to również atut tego utworu, w dodatku Warrel po raz kolejny pokazuje swoje nieprzeciętne umiejętności. Póxniej utwór na mnie przynajmnie sprawia wrażenie takiego nawiedzonego ;) Warrel prawie cały czas śpiewa te same słowa("...in the garden.."), zupełnie jak gdyby był chory psychicznie. No ale takie chore kawałki jak się okaże na kolejnych płytach staną się jednym z elemtnów twórczości Nevermore. Zaskakuje natomiast "Sea Of Possibilities", który jest zdecydowanie najszybszym utworem na tej płycie, najostrzejszym w sumie też, z całą pewnością pod tym względem wyróżniającym się utworem na płycie. Jedynie troszkę brakuje mi tu nieco cięższej produkcji, ale to się zmieni na kolejnych płytach. "The Hurting Words" to natomiast kolejna ładna ballada, może nieco słabsza niż "The Sanity Assassin", ale również bardzo dobra. Motyw gitarowy ze zwrotki tego utworu został chyba(może nieświadomie) wykorzystany w "The Lotus Eaters" z płyty "Dreaming Neon black", w każdym razie mi te 2 utwory zawsze się kojarzą ze sobą. Śpiew Dane'a spokojny, taki niby kojący, ale z drugiej strony lekko niespokojny. Rzecz jasna w drugiej części utworu pojawiają się nieco cięższe dźwięki. Płytę kończą kolejne świetne utwory - "Timothy Leary" i "Godmoney"(ciekawy tekst). Może nie wyróżniają się jakoś specjalnie na tle innych, ale absolutnie nie zaniżają poziomu. W tym pierwszym mamy jakieś podobieństwo do "Garden Of Grey", świetne zwrotki, ciężkie riffy i po raz kolejny świetne sola; natomiast "Godmoney" to dla mnie przede wszystkim fantastyczny(choć krótki) wstęp z gęstą pracą perkusji, świetny wokal(taki jadowity) i po raz już n-ty bardzo dobra praca gitar i ładnie pobrzdękujący bas Jima.

Podsumowując, uważam, że płyta jest wprost fantastyczna, zwłaszcza jak na debiut(chociaż to znowu nie tacy debiutanci). Żadnych wypełniaczy, świetne utwory, kilka może nawet genialnych, fantastyczny wokal Warrela, znakomita praca gitar, które wygrywają wspaniałe riffy i nie gorsze solówki, bardzo dobra perkusja Vana, o czym jeszcze nie wspomniałem i chwilami ładnie pracujący bas. Sama płyta mogłaby nieco lepiej brzmieć, przede wszystkim ciężej, ale i tak jak na debiut jest bardzo dobrze. Z całą pewnością jeden z najciekawszych debiutanckich albumów jakie nagrano. I na koniec jeszcze mała dygresja - dla mnie osobiście określenie power metal w odniesieniu do Nevermore pasuje najbardziej właśnie na tym albumie, późniejsze jednak jakby wymykały się takiej klasyfikacji.

9/10
Nomad
-#Weekend Warrior
-#Weekend Warrior
Posty: 2663
Rejestracja: pn maja 09, 2005 10:54 pm

Re: ! Recenzje !

Post autor: Nomad »

Obrazek

Motorhead- No Sleep 'til Hammersmith





Motorhead jest kultowym zespołem,znanym z rock'n rollowego podejścia do życia, szalonych koncertów i świetnej muzyki,prostej i niesamowicie energetycznej. Motorem napędowym ekipy jest Ian Kilmister, czyli po prostu Lemmy. Muzyka Motorhead, jest w niektórych kręgach,uważa za metalową ,w niektórych nawet za punk,ale Lemmy sam twierdzi ,ze to poprostu Rock'n Roll z dużą dawką bluesa, grany z pasją i po to by ludzie dobrze sie bawili. Więc zostańmy przy tym.
Za największe osiągnięcie Motorhead uważa się takie płyty jak Ace of Spades czy Overkill. Właśnie z trasy Ace of Spades pochodzi wspaniały koncert Motorheada z Hammersmith, który był wg.mnie ich opus magnum.
Takiej dawki Rock'n Rolla nie ma chyba żadna ze znanych mi płyt. Czuć niesamowitą atmosfere koncertu, brzmienie jest wspaniałe,takie jak powinno byc,a Lemmy ma świetny kontakt z publicznością.

Płyte zaczyna chyba najbardziej znany utwór Motorhead, Ace of Spades, to jest to, idealny otwieracz, potężne partie gitarowe Eddie "Fast"Clarke'a ,szalone perkusyjne uderzenia Phila Taylora, i wyostrzony bass Lemmego, nei mam wątpliwości, Slayer,Metallica czy Anthrax bez takich brzmień nie powstałyby,albo w zupełnie innej formie.
Trzy minuty muzyki,ale energii tyle ,że starczyłoby na obdzielenie kilku płyt, idealne na rozpoczęcie. Drugi utwór to Stay Clean jest on wolniejszy ,ale nie przechodzi bez echa, bassowa solówka Lemmego robi wrażenie ,podobnie jak przytłaczające typowe dla Motorów brzmienie.
Metropolis, dla mnie faworyt całego koncertu, intro do tego utworu,jest niesamowite,takie tajemnicze, aż ciarki przechodzą po plecach. Sam utwór jest bardzo bluesowy i świetnie sie go słucha,jak to u Motorhead.
Hammer ,to kolejny rozpieprzacz, dedykowany na koncercie przez Lemmego Philowi Lynnotowi, wokaliście Thin Lizzy, szybki, brudny, ot klasyczne nagranie Motorhead. Iron Horse, początki Motorheada, znów bardziej wolnie, przester bassowy słyszalny tak,że bardziej sie już chyba nie da, tekst opowiada o życiu Lemmego.
No Class, hit goni hit, i tak jest dalej, wspaniałe wejście gitar ,przypominające troche Tush ZZ Top, cudowna melodia,prawie tak wpadająca w ucho jak w Ace of Spades, i refren gdzie Lemmy krzyczy No Class,Baby I'm No Class, potęga, szkoda że teraz taki prosty Rock'n Roll ustępuje kombinowanej muzyki,bez przysłowiowych jaj. Overkill ...no na ten utwór czekałeś! 5 minut takiego grania, które zabija, patent z perkusją jest powtarzany cztery razy,tak że słuchasz mozę aż zgłupieć,myśli że to koniec, a tu znowu rozszalała perka Taylora atakuje, no i ten bass Lemmego, potęga. Pełen jadu głos Lemmega dopełnia dzieła.... Chcemy odpocząć a tu dupa, bo Eddie Clarke wydaje z siebie dziki okrzyk... i nagle rozbrzmiewa cięty riff, oto We Are the Road Crew, klasyk z Ace of Spades, utwór ma ciekawy tekst,które jest hołdem na technicznych, bez których kapele nie mogły by grać , refren zabija,tak jak i zwrotki. Capricorn,najbardziej spokojny i chyba strawny utwór na płycie, troche sie wlecze,ale ogólnie dobry utwór, takie uspokojenie. Bomber, ten utwór, również należy do Motorowym klasyków, ale ja jakoś wole np. Stone Dead Forever, tak czy inaczej, Bomber na koncercie rozwala, kolejny utwór ,który po pierwszych dźwiękach mówi nam że gra Motorhead, najbardziej rock'n rollowy zespół świata.
Na koniec koncertu, oczywiście utwór Motorhead, riff zaskakuje,jest wręćz thrashowy, tutaj nie ma wątpliwości ,kto słuchał Motorheada w dzieciństwie,bo wtedy był to najmocniej grający zespół. Refren ,który pozwala wyszaleć sie publice sprawia ,że całe Hammersmith drze sie z Lemmym. Publika to wogóle świetna zaleta na tej płycie, brzmi świetnie i na moment nie ustępuje.
Jak ktoś ma wersje zremasterowaną płyty, to jest tu jeszcze pare rarytasów.
Over the Top, utwór który nie znalazł sie na żadnej płycie,ale wg.mnie bardzo dobry i szkoda ,że nie znalazł sie na Bomber,bo z pewnością zasługuje na to, nowa alternatywna wersja Capricorna no i świetny utwór z płyty Motorhead, świetny blusior Train Kept a Rollin, ten utwór to dla mnie jeden z ulubionych Motorheada, słucha sie go znakomicie, a Lemmy udowadnia ,że znakomicie czuje sie w takim repertuarze.

Podsumując płyta genialna, jedyna taka koncertówka, która jest naprawde w 100% lepsza niż nagrania studyjne tych utworów, bo to są koncertowe killery, a Motorhead to koncertowa bestia.
Od tej płyty zaczełem przygode z Motorhead, i uważam ,że jest to ich najlepsza rzecz. Isnte best-off z ich najlepszego okresu twórczości.
Bloody Sabbath
-#Invader
-#Invader
Posty: 186
Rejestracja: wt lis 18, 2003 4:41 pm
Skąd: B-Stok

Re: ! Recenzje !

Post autor: Bloody Sabbath »

Obrazek
Olewalem to wydawnictwo. Nigdy nie lubilem komplikacji typu best of, nie moglem sie do nich przekonac. Co z tego, ze tego typu wydawnictwa to nie sa zwykle skladanki i stare kawalki zostaly nagrane na nowo? Uwazalem ze takie wypieranie bledow ze znanych utworow, jest dobre na koncerty, a nagwywanie calej plyty w ten sposob nie jest w porzadku wobec fanow i ich portfeli. Jednak jakis czas temu zaczalem dokladniej przysluchiwac sie The Greater of Two Evils Anthraxu i pomyslalem, ze moze warto sprobowac, bo nie taki diabel straszny....
Pierwsze wrazenie- oczywiscie produkcja, nie moglo byc inaczej. Duzo bardziej klarowne, duzo bardziej soczyste, jednym slowem- lepsze.Juz pierwsze dzwieki First Strike is Deadly to byl strzal prosto w morde :twisted: Doskonale slyszlna perkusja wybija rytm, wchodzi gitarowy riff i... jedyne o czym mozemy myslec to MUZYKA. A ta jest tutaj przednia- kawalki wylacznie z dwoch pierwszych albumow grupy- moich absolutnych faworytow. Dodatkowo musze przyznac ze panowie trafili w moje gusta niemalze w 100% i wybrane przez nich utwory smialo moge zaliczyc do swoich ulubionych. Mysle ze nie ma sensu rozpisywac sie nad kazdym poszczeglonym numerem, bo to sa same klasyki znane i lubiane przez kazdego fana Testamentu. Nie trzeba chyba pisac po raz setny o genialnej solowce w Over the Wall czy zachwycac sie niesamowitym wstepem do Burnt Offerings. Wszak to dzielo gitarowego Mistrza, ktore zachwyca fanow na calym swiecie od, bez mala, 20 lat. Smaczkiem dla koneserow niewatpiliwie sa lekko zmienione aranze (ach te opentancze krzyki w tle The Preacher) ktore w znacznej mierze odswierzyly te utwory i dodaly im nowej sily.
Najwiekszy powiew swiezosci dostajemy na sam koniec albumy. W dwoch doskonale znanych klasykach grupy- Alone in the Dark i Regin of Terror za mikrofonem szaleje nie kto inny jak Steve Souza, pierwszy wokalista Testamentu. Prawdziwi maniacy zapewne znali utwory z Stevem na wokalu ze starych dem, ktore, jezeli sie postarac, mozna znalezc w sieci, jednak jakosc tamtych nagran pozostawiala wiele do zyczenia. Tym razem otrzymujemy w pelnie profesjonalnie zarejestrowane dzwieki w doskonalej jakosci. Mozemy skupic sie na muzyce bez obawy, ze cos bedzie nam trzaskac w uchu co jakis czas. A jak wypadly te utwory? Naprawde niezle. Mila odmiana, jednak smiem twierdzic ze zmiana wokalisty wyszla Testamentowi na dobre. Chuck ma znacznie bardziej potezny glos.
Minus tego wydawnictwa? Ot taki, ze boje sie teraz wlaczyc The Legacy czy The New Order. Boje sie ze nie beda juz smakowaly tak dobrze jak kiedys.
Teraz zastanawiam sie, dlaczego tak dlugo bronilem sie przed tym albumem. I chyba nie moge tego niczym wytlumaczyc, po prostu zycie plata nam co jakis czas figle- czasem mocno kopnie w dupe, czasem wcisinie do reki niesamowity album. I na tym wlasnie polega jego urok.
Awatar użytkownika
M@ti
-#Rainmaker
-#Rainmaker
Posty: 6397
Rejestracja: sob lis 26, 2005 9:51 pm
Skąd: z Norwegii

Re: ! Recenzje !

Post autor: M@ti »

Obrazek

Testament- "Souls of Black" (1990 r.)

Testament, legendarna już grupa wywodząca się niemniej legendarnego miejsca jakim jest Bay Area w 1990 r. wydała recenzowaną przeze mnie płytę "Souls of Black". Czwarty album studyjny owej kapeli jest trochę niedoceniany w gronie fanów, lecz ja sądzę że nie ma do tego podstaw. Ta oto płyta jest czymś wyjątkowym w dyskografii Testamentu, gdyż kończy pewien rozdział w historii zespołu zapoczątkowany na "The Legacy". Po "Souls of Black" nagrano "The Ritual" który ze swoją lekkością i brzmieniem nieco odstawał od pozostałych płyt kapeli. W przyszłości już nigdy nie powrócono do starego, oryginalnego brzmienia Testamentu, było już tylko ciężej. Tak więc oceniana dziś przeze mnie płyta jest "granicą" pomiędzy tym co Testament prezentował w latach 80-tych i tego co prezentuje do dziś. Ale przejdźmy do samego albumu.

Płytę rozpoczyna intro "Beginning Of The End", zagrane na akustyku. Trzeba przyznać że dziwnie to brzmi, przypomina mi nieco wstawkę Jazzową. Ale nie trwa to zbyt długo, bo już z głośników wychodzą pierwsze dźwięki "Face In The Sky". Kawałek rozpoczyna się wpadającym w ucho riffem, poprzedzjącym wejście charakterystycznego wokalu Chucka Billy'ego. W środku utworu nie zauważymy jakichś zmian rytmu, lecz pod koniec rozpoczyna się uczta dla ucha, bo ze swą solówką wchodzi nie kto inny jak Alex Skolnick, który daje nam popis wspaniałej gry na gitarze. Następnym utworem na płycie jest "Falling Fast". Ciężki riff na początek, łomocząca perka i jedziemy, poprzez melodyjne zwrotki dochodzimy do krótkiego lecz ciężkiego refrenu. Wszystko się powtarza, po czym zostaje nam już tylko (a może aż) solóweczka Skolnicka, wspieranego przez Petersona. Kawałek kończy się początkowym riffem. Nastaje cisza kiedy nagle dobiega nas dźwięk burzy, wtórującej Christianowi w jego wejściu na basie. Tak właśnie zaczyna się jeden z klasyków Testamentu. Mowa oczywiście o "Souls of Black". Do wygrywającego swoje partie basu dołączają się gitary, co daje fajny efekt. Podążając za głosem Billy'ego i powtarzanym motywem znanym z początku utworu dochodzimy do kolejnej solówki( wiadomo kogo) poprzedzjącej koniec kawałka. Następny utwór jest już półmetkiem albumu .Absence of Light", bo tak sie zwie piąta piosenka płyty, zaczyna się bardzo energicznie mocnym riffem, następnie wszystko cichnie aby za moment uderzyć z jeszcze większą siłą. Wchodzi Chuck, i zaczyna się monotonia. Ten utwór nie jest tak...ciekawy i zróżnicowany jak poprzednie czy choćby następne nagrania albumu. Ale nie ma co się zrażać bo nastepny numer wynagradza wszystko. "Love To Hate" rozpoczyna genialny, szybki riff z bardzo dobrą sekcją rytmiczną w tle. Chuck ze złością wykrzykuje swój tekst. Wszystko idzie szybko i mocno niczym czołg by zwolnić tępo w środku utworu, i dać nam nieco dychnąć, jednak chwila ta nie trwa zbyt długo gdyż po raz kolejny do solówki dorwał się Skolnick, który wykonał swoją pracę na medal. To zdecydowanie najlepsza solóweczka na płycie i jedna z najlepszych jakie słyszałem słuchając Testamentu. Wprost powala swoją melodyjnością i wykonaniem. Po tym "cudzie" powracamy do refrenu i riffu przewodniego. Tak kończy się jeden z najlepszych kawałków na albumie. Zaraz po nim usłyszymy "Malpractice" koleją perełkę LP "Souls of Black" zaczynającą się iście "testamentowym" riffem. Kawałek świetny, z mocnym refrenem, którego zwieńczeniem jest diaboliczny okrzyk- "Malpractice"!!!. Całość poprzecinana jest krótkimi solówkami Alexa, które nadają uroku numerowi. Na koniec jeszcze kolejny popis mistrza Skolnicka, przechodzący do wspomnianego refrenu i finito. Dali chłopaki ognia, ale to nie koniec bo przed nami jeszcze 3 utwory, a jako pierwszy "One Man's Fate" zaczynający nabiciem perkusji Clemente(trzeba powiedzieć, że ten gość nie zachwyca swoją grą na owym albumie). Wchodzą gitarki (te z kolei odwalają świetną robotę na płycie), i Chuck. Rozpoczyna się żywiołowa zwrotka, zamieniająca się następnie w chwytliwy refren. Dochodząc do środka kawałka, następuje świetna zmiana rytmu i kolejna już, fenomenalna solówka Alexa, przypominająca nieco klimaty Metallicy. Zmierzając do końca piosenki słychać znane już nabicie perkusji zwiastujące koniec. A oto przedostatni numer albumu: cudowna ballada "The Legacy". Prawdziwe arcydzieło, zaczynające się łagodnymi gitarami, towarzyszącymi Billy'emu. Utwór płynie powoli nadając senny klimat, który zostaje przerwany w środku ballady wybuchającymi gitarami i pobudzonym wokalem Chucka, by znowu zwolnić i "zrobić miejsce" wspaniałej solówce, która kończy piosenkę. Piękny numer, grany na niemal każdym koncercie tworząc niesamowity klimat i wrażenie. Czas na utwór kończący płytę, czyli "Seven Days In May". To już jest prawdziwy killer. Zaczyna się agresywnie i ostro nie zamierzając spuścić z tępa. Owy numer przypomina mi nieci dokonania Metallicy (ponownie). Dochodząc do półmetka daje nam znać o sobie trochę dziwna jak na realia płyty solówka. Kawałek kończy jak na zamykacza przystało, równie energicznie jak się zaczynał.

"Souls of Black" budzi różne odczucia w metalowym swiatku, u jednych pozytywne, z kolei u drugich negatywne. W moich oczach ten album zapisał się pozytywnie, mimo nielicznych niedociągnięć, takich jak np. perkusja, która niczym nie zachwycała i nie wnosiła żadnych urozmaiceń do muzyki zawartej na płycie.Jak jednak wspominałem jest to pewnien przełom w karierze Testamentu ponieważ ten album wprowadził chłopaków w lata 90-te. Można tegoż albumu nie lubić ale szanować trzeba.
Ocena 8/10
Awatar użytkownika
syzygy
-#Nomad
-#Nomad
Posty: 5049
Rejestracja: śr lip 13, 2005 9:56 pm

Re: ! Recenzje !

Post autor: syzygy »

Obrazek

Bruce Dickinson- Tyranny Of Souls

Na następcę genialnej płyty The Chemical Wedding musieliśmy czekać aż 7 lat. Bruce w wywiadach przyznał się, że zwlekał z wydaniem kolejnej płyty gdyż poprzeczka którą sobie wyznaczył nagrywając The Chemical Wedding zawisła bardzo wysoko- bał się, że kolejna płyta nie dorówna poprzedniczce. Tyranny Of Souls nie zdetronizowała Chemical Wedding, ale jest jej godną następczynią. Zespół Bruce’a z którym nagrał dwie poprzednie płyty, rozpadł się, ze starego składu został tylko oprócz wokalisty gitarzysta Roy Z, który zadbał także o produkcję albumu- brzmienie jest wyśmienite, z fantastycznie wyeksponowaną perkusją w niektórych kawałkach.

Płyta rozpoczyna się niezwykle intrygującym intrem ‘Mars Within’. Spełnia ono swoje zadanie wyśmienicie. Jest takie jakie właśnie powinno być- tajemnicze rozstrojone gitary przywodzące na myśl ‘The Alchemist’ z poprzedniej płyty oraz hipnotyzujący głos Bruce’a doskonale wprowadza nas w klimat płyty. Następnym utworem jest ‘Abduction’, wokal Dickinsona tak jak na całej płycie. jest wyśmienity, agresywny, o wiele świeższy niż na ostatnim albumie Iron Maiden ‘Dance Of Death’. Kawałek ten wydaje się być rozwinięciem motywu z utworu tytułowego płyty ‘Accident Of Birth’.
‘Soul Intruders’ był pierwszym utworem który usłyszałem, po wstępie przestraszyłem się , że Bruce przerzucił się na thrash metal, jednak po parunastu sekundach moje obawy zostały rozwiane. Kawałek choć, krótki, jest dość zróżnicowany, jeden z lepszych na płycie. Powrotem do klimatów The Chemical Wedding jest kolejny utwór- Kill Devil Hill opowiadający historię pierwszej nieudanej próby wzbicia się w powietrze braci Wright. Swoją nietypową budową zdecydowanie wybija się na tle reszty utworów, po dwóch zwrotkach i porywających refrenach w 3 minucie następuje przepiękne zwolnienie. Gdybym miał wskazać swój ulubiony utwór, wybór padłby właśnie na Kill Devil Hill.
Na płycie nie mogło oczywiście zabraknąć ballady, w których pisaniu specjalizuje się Dickinson.’ Navigate The Seas Of The Sun’ choć nie jest utworem słabym, nie dorównuje takim balladom z poprzednich albumów jak ‘Arc Of Space’ czy ‘Gates Of Urizen’.
‘River Of No Return’ udowadnia, że głos Bruca jest jak dobre wino- im starszy tym lepszy. Oprócz znakomicie zaśpiewanych nostalgicznych zwrotek, z wplecionymi partiami klawiszy, oraz nie mniej wyśmienitego refrenu, w utworze możemy znaleźć parę innowacyjnych zagrań w części instrumentalnej, oraz brutalne partie basu. Całości tworzy fantastyczny kawałek, który stawiam mniej więcej na równi z ‘Kill Devil Hill’.
Kolejna kompozycja ‘Power Of The Sun’ pomimo tego, że niezwykle dynamiczna, z chwytliwym refrenem, tak jakby przelatuje obok słuchacza, jest, moim zdaniem, jednym ze słabszych utworów zawartych na tym albumie .Z odsieczą przychodzi następny niezły ‘Devil On A Hog’, wyraźnie odróżnia się od reszty kawałków łagodnym refrenem a także luźnym stylem, który może się kojarzyć z latami 80-tymi.
Believil , chociaż prosty jak budowa cepa, poprzez świetnie zbudowany klimat westchnieniami Bruca na początku, oraz jadowitym wokalem, hipnotyzuje mnie za każdym przesłuchaniem.
Wieńczący płytę utwór tytułowy jest tak jakby zbiorem pomysłów z całego albumu, tak więc mamy chemicalowe gitary w tajemniczym wstępie, podniosły refren a także mocniejsze riffy podczas których Dickinson z wściekłością wykrzykuje kolejne wersy utworu. Zbyt mało rozbudowana część instrumentalna pozostawia jednak uczucie niedosytu, myślę, że gdyby bardziej ją rozwinąć mogłoby powstać coś na miarę ‘Book Of Thel’ a tak mamy „jedynie” kolejny świetny utwór.

Dickinson po raz kolejny stanął na wysokości zdania, udowodnił, że także bez Maiden jest wspaniałym artystą, a jego kompozycje niczym nie ustępują utworom pisanym przez Harrisa i spółkę. Stworzył płytę mocno osadzoną w stylistyce Heavy Metalu, jednak nie powiela ona od dawna utartych schematów i wzorców, okraszona nowoczesnym brzmieniem i nietypowymi pomysłami jak np. rozwinięcie pomysłu użycia rozstrojonych gitar, które pojawiły się po raz pierwszy na Chemical Wedding, wnosi wiele świeżości do tego gatunku.
Tyranny Of Souls mimo że nie dorównuje Chemical Wedding, także jest płytą świetną, godną polecenia każdemu.
9/10
Awatar użytkownika
paniron
-#Moonchild
-#Moonchild
Posty: 1968
Rejestracja: śr sty 25, 2006 7:00 pm
Skąd: Elm Street 1428

Re: ! Recenzje !

Post autor: paniron »

Obrazek

Judas Priest - Defenders Of The Faith

Rising from darkness where hell hath no mercy and the screams of vengeance echo on forever, only those who keep the faith shall escape the wrath of the matallian… i wszystko jasne !

Jest to jedyna obok Painkillera płyta Judasów, którą mogę słuchać w całości bez obawy, że pojawi się coś co mi się nie podoba. Nie ma na albumie pojedynczych „hiciorów”, dla mnie wszystkie kompozycje są zabójcze. Znajdziemy tutaj szybkość, ciężar, mrok, i ciemność, bo taki właśnie klimat przeważa na tej płycie. Jest też kilka elementów progresywnych; wystarczy posłuchać np. intra „love bites”. Cały album jest jakby kontynuacją
„ Screaming For Vengenace”, jednak tym razem muzykom udało się coś, czego brakowało mi na wcześniejszym albumie. Stworzyli mianowicie bardzo spójne utwory, które zebrane razem tworzą jakby jedną mroczną całość. Ta płyta powinna być sprzedawana tylko w wersji winylowej, gdyż wtedy najpełniej możemy poczuć tę piekielną atmosferę. Oprócz tego plusem płyty analogowej jest ogromna i nieco tandetna okładka, na której widnieje jakaś straszliwa hybryda czołgu i tygrysa rodem z bajki o He-Man’ie. :lol:
A co do samej muzyki, to należałoby zwrócić uwagę na super zagrywki Downing’a i Tipton’a. Nie żeby na wcześniejszych wydawnictwach grali gorzej, ale tutaj gitary po prostu brzmią rewelacyjnie. Przeczytałem kiedyś, że Priest chcieli stworzyć album koncepcyjny. Czy tak było? Nie wiem, ale faktycznie można odnieść takie wrażenie. Słychać to szczególnie właśnie w partiach gitar, które brzmią momentami bardzo progresywnie. Słuchając początków takich utworów jak „The Sentinel”, czy „Love bites” aż ciary przechodzą po plecach. Nawet wokal Halforda jest jakby bardziej drapieżny i nie drażni, tak jak to czasami bywało nawet na takich klasykach jak np. „ British Steel ” Pozostałym muzykom również nie można nic zarzucić, jednak nie wyróżniają się niczym szczególnym. Z drugiej strony nie od dziś wiadomo, że siła Judasów zawsze tkwiła w ostrych jak żyleta pojedynkach Downing vs. Tipton , oraz charakterystycznym głosie Halforda.
Poza tym jest jeszcze jedna rzecz, która zawsze podobała mi się w tym zespole. Znowu chodzi mi o gitarki, a dokładniej o to, że są dość głośno nagrane. Ta uwaga tyczy się właściwie wszystkich albumów brytyjczyków.
Dla mnie kapelą nr. 1 zawsze będzie Iron Maiden mimo, że słucham naprawdę różnej muzyki. I z całym szacunkiem dla Dave’a, Adrian’a, czy Janick’a, których bardzo cenię, to muszę przyznać że jeżeli chodzi o płyty nagrane w studio, gitary Judasów podobają mi się bardziej. Chodzi po prostu o to, że Maiden zawsze grało „ zespołowo” ( wiem, że to troche takie masło maślane ) i nikt z muzyków nie wysuwał się na pierwszy plan, no może poza solówkami. Patrząc na to z drugiej strony może to świadczyć o długowieczności Iron Maiden.
Jednak nie o Ironach miałem pisać, a więc do rzeczy: Tak jak wspomniałem wcześniej siła Priest tkwi tak naprawdę w trzech osobach i właśnie ich partie są najbardziej zauważalne i jak dla mnie Defenders jest najlepszą w latach 80 – tych płytą w ich dorobku. :rocx
Ostatnio zmieniony pt cze 02, 2006 10:19 am przez paniron, łącznie zmieniany 2 razy.
Awatar użytkownika
paniron
-#Moonchild
-#Moonchild
Posty: 1968
Rejestracja: śr sty 25, 2006 7:00 pm
Skąd: Elm Street 1428

Re: ! Recenzje !

Post autor: paniron »

Obrazek

Nevermore - Dead Heart In A Dead World

Kolejny świetny krążek świetnej kapeli z Seattle. Podobnie jak „ Dreaming Neon Black” także ta płyta wydaje się nieco łatwiejsza w odbiorze i lżejsza od wcześniejszych dwóch albumów. Znajdziemy tutaj więcej stonowanych melodii i łagodnego wokalu. Można by powiedzieć, że muzyka Nevermore dojrzała, ale to sformułowanie nie jest do końca poprawne. Przecież wcześniejszym dziełom bynajmniej nie można zarzucić braku dojrzałości.
Oczywiście muzycy nie zaczęli grać jakichś wyciskających łzy ballad, ani nic w tym stylu. Bo łagodność dla Nevermore wcale nie oznacza, że ich muzykę wchłoniemy łatwo i bez wgłębiania się szczegóły. Na całym albumie często pojawiają się akustyczne gitary, szczególnie w początkach piosenek; np.”The River Dragon Has Come”, „The Heart Collector”, „Insignificant”, czy również w utworze tytułowym.
Płytę rozpoczynają znajome słowa - „ Hypnotize me, mesmerize me…” wykrzyczane przez Warrel’a Dane’a, który razem z gitarzystą Jeff’em Loomis’em skomponował prawie cały materiał z tego krążka. Ciekawostką może być fakt, że jedna z kompozycji jest tak naprawę „nevermorową” interpretacją piosenki, którą w oryginale wykonuje Paul Simon. Jednak gdyby nie zamieszczona przy utworze notatka nie sądzę, aby ktoś spostrzegł, że to cover.
Gdy po raz pierwszy zapoznawałem się z tą płytą, szczególnie zapadł mi pamięci kawałek – „The River Dragon Has Come”. Świetne akustyczne nitro, może niezbyt skomplikowana ale jakże piękna melodia, po której dostajemy w twarz ciężkimi dźwiękami gitary i szalonymi wokalizami Warrel’a. Tak jak wspomniałem ten krążek to popis umiejętności dwóch panów. Szczególnie Jeff musiał się napracować, gdyż cała płyta nagrana została w 4 – osobowym składzie, czyli wszystkie partie gitar skomponował Loomis. Na temat umiejętność Warrel’a właściwie nie ma się, co rozpisywać, bo jak dla mnie każda płyta Nevermore jest pod tym względem, co najmniej genialna. Czasami, gdy patrzę na teksty kolejnych utworów to się zastanawiam jak on wymyśla linie melodyczne, do co niektórych.
Jeżeli przyjrzeć się oprawie graficznej to łatwo zauważyć, że muzycy niezbyt afiszują się ze swym wizerunkiem. Zaledwie kilka zdjęć, dosyć nie czytelnych, lub zamazanych. Jedyne w miarę przejrzyste fotki przedstawiają same twarze muzyków, z których można by nabrać przekonania, że panowie są dosyć poważnymi osobnikami. Ostatnia strona wkładki wypełniona jest podziękowaniami muzyków. A komu dziękują? Są tutaj wymienione takie kapele jak Arch Eremy, Mercyful Fate, Iced Earth, Overkill i inne. Jest także Jason z Piątku 13 – tego
Awatar użytkownika
syzygy
-#Nomad
-#Nomad
Posty: 5049
Rejestracja: śr lip 13, 2005 9:56 pm

Re: ! Recenzje !

Post autor: syzygy »

Obrazek

Moonspell- The Antidote

Po dosyć stonowanym poprzednim albumie, „Darkness And Hope” Moonspell na „The Antidote” uraczył nas solidną dawką ciężkiego grania.
Zaczynamy wgniatającym w fotel otwieraczem „In A Above Man”. Na początek albumu nadaje się wyśmienicie, od razu atakuje słuchacza podwójną stopą oraz drapieżnym growlem, jeden z lepszych kawałków na płycie. Nie dane nam będzie odpocząć, gdyż otwieracz płynnie przechodzi w kolejny, równie wyśmienity utwór „From Lowering Skies”. Na uwagę zasługują świetne partie perkusji przy akompaniamencie basu, gitary odzywają się od czasu do czasu wydając charakterystyczny „warkot” wzmagający klimat utworu. Po delikatnych zwrotkach zaskakuje nas miażdżący riff refrenu potęgowany poprzez growl Fernando Ribeiro. Wokalista zasłużył na najwyższe słowa uznania, jego growl sprawia, że słuchacza często przechodzą ciarki, czysty wokal tez jest bez zarzutu.
Przez cały album słuchaczowi towarzyszy mroczny, złowieszczy klimat, misternie zbudowany przez szepty, tajemnicze dźwięki, syntezatory, liczne sample oraz występującą w wielu utworach akustyczną gitarę. Zespół często łączy delikatniejsze partie z cięższymi riffami. Psychodeliczny nastrój płyty najbardziej możemy odczuć w „Lunar Still”. Po ponad trzech minutach wstępu, gdy już myślimy, ze nic ponadto nie usłyszymy wkracza zwalający z nóg riff, wrażenie jakie pozostawia ten utwór jest ogromne. Album kończy „As We Eternally Sleep On It", który znakomicie nadaje się na zwieńczenie tego dzieła.
Do produkcji albumu nie sposób się przyczepić, gitary brzmią odpowiednio soczyście, z „mięchem” perkusja również nie daje słuchaczowi usiedzieć na miejscu.
Moonspellowi udało się nagrać album niemal idealny, który pochłania całą uwagę słuchacza, nie pozwalając skupić się na niczym innym. Płyte szczerze polecam każdemu miłośnikowi klimatycznego grania, przeciwnikom growlu również.

9/10
Artur
-#Nomad
-#Nomad
Posty: 5547
Rejestracja: wt wrz 06, 2005 4:37 pm
Skąd: Siem-ce Śl./Kraków

Re: ! Recenzje !

Post autor: Artur »

Obrazek
Virgin Snatch "Art Of Lying" (2005)

Na wstępie powiem, że ta płyta niewątpliwie przywraca wiarę w to, że w Polsce można grać thrash na zajebistym poziomie. Niewiele w Polsce wychodzi albumów z tak dobrym, zawodowo zagranym thrashem. Właściwie tak duże wrażenie z polskich wydawnictw wywarł na mnie jedynie drugi album Horrorscope - "The Crushing Design" to również muzyka na światowym poziomie. Jednak nie ten album mam tutaj zamiar opisać.
Drugi album Virgin Snatch przynosi nam nieco ponad 40 minut kapitalnego thrashowego łojenia, okraszonego bardzo dobrym brzmieniem(kultowe już w Polsce białostockie Hertz i bracia Wiesławscy za konsoletą). Podczas słuchania płyty skojarzenia biegną nieodparcie w stronę późnego Testamentu, zwłaszcza z płyty "The Gathering". Tutaj również mamy mocne a zarazem chwytliwe riffy i mocny głos wokalisty, często wpadający w growl. "Zielony" bardzo fajnie operuje swoim głosem, owszem, najczęściej chyba growluje, ale jego czyste partie też są niczego sobie, czego przykładem bardzo ładna ballada "Trust"(jedyny utwór na płycie przy którym można złapać nieco oddechu, aczkolwiek w drugiej jego części pojawiają się mocniejsze dźwięki). Gitarzyści, czyli Jacek Hiro(także Sceptic) i Grysik serwują nam za to porcję świetnych riffów, jak choćby te w "Trans For Masions" czy "Rules Of Conduct", a także coś, czego niektórym tak bardzo brakuje na testamentowym "The Gathering" - mnóstwo świetnych, melodyjnych solówek. Naprawdę fantastycznie prezentuje się tutaj ich współpraca, stanowią bardzo ciekawy duet. To, co niewątpliwie pomogło tej kapeli w promocji to fakt, że na basie gra Titus z Kwasożłopów. Tutaj, jak to często bywa, nie jest zbyt dobrze słyszalny(albo ja jestem głuchy, pewnie tak), a jeśli już to nie wyróżnia się niczym specjalnym(nie ma to jak DiGiorgio czy Christian :p ). Za to perkusja, którą obsługuje Jacko pracuje jak należy, jest bardzo gęsta, wszędzie jej pełno(bardzo często pracują stopki); tutaj też można dostrzec podobieństwo do partii perkusji z wspomnainego wcześniej testamentowego arcydzieła, którą obsługiwał nie kto inny, jak tylko sam Dave Lomabardo. Cóż, takie inspiracje to nic złego.
Samym utworom nie można właściwie nic zarzucić, ponad to, że nie są specjalnie odkrywcze, ale nie od dziś wiadomo, że w thrashu coraz trudniej wymyślić coś oryginalnego. Jednak pomijając tę kwestię jest to po prostu 9 świetnych utworów, często niezwykle chwytliwych("Deprived Of Dignity", "Trans For Mansions", "Rules Of Conduct" czy też "Stop The Madness"), czasem nieco bardziej urozmaiconych(tytułowy z wolnym wstepem). Pojawia się też bardzo ładna, wspomniana wcześniej, ballada "Trust". Bardzo ładnemu podkładowi gitarowemu towarzyszy dobry czysty śpiew "Zielonego"(w którym może uwidaczniają się też pewne niedociągnięcia w angielskim, ale to takie moje odczucie), później za to mamy śliczną wręcz solóweczkę. spotkałem się z opiniami, że "Trust" niebardzo pasuje do reszty płyty, która ocieka wręcz brutalnością(nawet jak na thrash), jednak sądzę, że takie wytchnienie też jest potrzebne, a że utwór bardzo dobry to nie ma na co narzekać.
Generalnie sądzę, że to album na światowym poziomie, bardzo dobry, wypełniony świetnymi kompozycjami, których słucha się niczym składanki najlepszych hitów(ale spójnej ;) ). Tylko tak dalej! Jedyny zarzut to wspomnainy brak oryginalności, ale może jeszcze nad tym popracują.

8/10

Tak na marginesie to na jesieni ma się ukazać trzeci album grupy, wstępnie zatytułowany "In The Name Of Blood"(prawie jak utworek Dream Theater ;) ), mam nadzieję, że dorówna poprzednikowi. Wtedy będę już bardzo zadowolony, a jeśli będzie jeszcze lepszy to nic tylko się cieszyć.
Awatar użytkownika
Swarożyc
-#Ancient mariner
-#Ancient mariner
Posty: 506
Rejestracja: ndz gru 19, 2004 8:24 pm
Skąd: Puławy

Re: ! Recenzje !

Post autor: Swarożyc »

Obrazek

BRUCE SPRINGSTEEN - THE GHOST OF TOM JOAD

Nie wiem czy ktoś zna. Wiele osób reaguje alergicznie na tego pana. Ja też tak długo miałem. Niedawno wpadła mi w łapy ta płyta i nie wychodzi z odtwarzacza od tygodnia.

Families sleepin' in their cars in the southwest
No home no job no peace no rest
The highway is alive tonight
But nobody's kiddin' nobody about where it goes
I'm sittin' down here in the campfire light
Searchin' for the ghost of Tom Joad


z utworu "The Ghost of Tom Joad"

Tom Joad - bohater powieści Steinbecka "Grona gniewu", ścigany przez policję bezrobotny biedak z czasów wielkiego kryzysu. Pomimo tego, że znalazł się na dnie, chciał pomagać tym któzy tak jak on nie mieli miejsca na świecie. Błąkał się na południu USA szukając schronienia. Znana, bardzo głośna książka, podejmująca ważny temat biedy w największym mocarstwie na świecie. Podobnie zaangażowany społecznie wydźwięk jak książka, ma ta płyta.

Opowiada o życiu na pograniczu Meksyku i USA w latach 90. Po samej muzyce można by nie poznać o czym facet śpiewa. Wolne akustyczne gitary, praktycznie tylko przy akompaniamencie gitary, czasem harmonijki ustnej. Utwory są dość pogodne. Płytka zawiera 12 świetnych, klimatycznych ballad po których ciężko poznać jak przejmujące są ich teksty...
A o czym owe teksty mówią?

Mówią o życiu biedaków, włóczęgów, przemytników, przestępców którzy w głodzie, gdzieś pośród małych miasteczek wiodą życie jakiego żaden człowiek nie jest godny.

He grew up near the Zona Norte
With the hustlers and smugglers he hung out with
He swallowed their balloons of cocaine
Brought 'em across the Twelfth Street strip


z utworu "Balboa Park"

Teksty o rodzinach duszących się oparami produkowanych narkotyków gdzieś w małych chatach w górach apallachach. O meksykańskich chłopcach przemycającym przez granicę we własnych żołądkach kapsułki amfetaminy. O przestępcach na których po wyjściu z więzienia nie czeka na wolności nic. O bezrobotnych w małych miasteczkach, w których kiedyś gdy USA prowadziło wojny, była praca w fabrykach broni, a teraz nie ma nic oprócz biedy i głodu.


It was a small town bank, it was a mess
Well I had a gun, you know the rest
Money on the floorboards, shirt was covered in blood
And she was cryin', her and me we headed south
On highway 29


z utworu "Highway 29"

Przejmująca warstwa tekstowa. Wspaniała muzyka. Nie ma się spodziewać z tej płyty ani radości, ani muzycznych fajerwerków, tak jak nie ma ich w życiu bohaterów o jakich opowiada. Smutna historia o smutnych czasach. Wielki kryzys minął lata temu, ale do dziś są miejsca na świecie gdzie życie to koszmar który nigdy nie będzie do końca zrozumiały dla tych którzy mają codziennie co włożyć do garnka. Polecam zarówno tym którzy lubią głos Springsteena i jego spokojne ballady (na płycie nie ma nawet jednego mocniejszego miejsca, uderzenia), jak i tym którzy lubią kiedy artysta tekstami na płycie ma naprawdę coś do przekazania. Teksty te warto poznać, nawet jeśli są to słowa gorzkie i pełne wyrzutu...

From the Monongaleh valley
To the Mesabi iron range
in the coal mines of Appalacchia
The story's always the same
Seven-hundred tons of metal a day
Now sir you tell me the world's changed
Once I made you rich enough
Rich enough to forget my name

In Youngstown
Here in Youngstown
My sweet Jenny, I'm sinkin' down
Here darlin' in Youngstown

When I die I don't want no part of heaven
I would not do heavens work well
I pray the devil comes and takes me
To stand in the fiery furnaces of hell


z utworu "Youngstown"

9/10
reaktywacja
ODPOWIEDZ