Dobra, to podsumowanie.
>> wersja skrócona: nic nie złapałem, fotka jedna (Michael Schenker) <<
Dogma - miłe do słuchania, przyjemne do oglądania. Na plusik.
Warbringer - widziałem ekipę już gdzieś-kiedyś i wiedziałem czego się spodziewać. I dowieźli tez swój thrash metal bardzo dobrze.
Apocalyptica - gdzieś w przelocie i fragmentami. Grali tylko utwory Tego Zespołu Na M. Ujdzie.
Tarja & Marko Hietela - bez szaleństw większych. Marko to bardziej gościnnie, niż pełnoprawnie. We Wrocławiu bardziej mi się podobało, ale zagrali "The Phantom of the Opera" i to na plusik w porównaniu.
In The Woods - moje odkrycie tego festu. W drodze do Wacken poleciało jako polecajka i się skusiłem. Ależ to piękne było...
3 Inches of Blood - a na nich czekałem baaardzo. Widziałem wcześniej dwa razy i da razy zachwycony byłem. No to teraz już zachwytów jest "3". Wspaniały koncert.
Grave Digger - 45 lat zespołu, a set taki se. Gości... jak na lekarstwo (ino Uwe Lullis w 2 numerach, oraz syn Chrisa w jednym). Koncert jak koncert GD - w porządku.
Michael Schenker - po Krakowie byłem zachwycony, tutaj tylko umiarkowanie zadowolony. Troszkę pod koniec się dłużyło. Ale wcześniej na konferencji prasowej fotka z Mistrzem, więc nie ma marudzonka.
Guns N' Roses - wspaniale! 3:15 grania

ja wcześniej ich nie widziałem, a sentyment mam ogromny. Instrumentalnie dowiezione na tip-top. Wokalnie - momenty tragiczne (Myszka Miki style w "Yesterdays"), ale sporo było całkiem dobrych. Nie wiem co z ty Axlem jest grane, ale w obrębie jednej zwrotki ten głos mu się przestawia. Nieważne. I tak bomba sentymentalna na całego.
Forbidden - ło kurna... barierka i strzał prosto w ryj. Tego się spodziewałem i to dostałem. Po raz pierwszy ich widziałem. Sztosik.
Angel Witch - i tu też debiut. Matko bosko jakie to dobre było. Energia, moc, życie... piękny koncert. Na bardzo duży plus.
Krokus - w sumie szedłem sobie na inny koncert, ale przystanąłem posłuchać. Godzinę później dalej stałem, a ten inny koncert przepadł... kurczę, ale to dobre było. Spodziewałem się jakiejś geriatrii i męczenia buły, a to sporo energii i fajnego grania (saxon z wokalem Accept - z przymrużeniem oka) dostałem. Duży plus.
Fear Factory - no dognietli "Demanufacture" konkretnie. Ale jakoś nie porali mnie do końca... jednak brakowało mi Burtona na wokalu.
Dirkschneider - Udo kłamczuszek, co miał już nie grać numerów Pewnego Zespołu Na A. No to "Balls to the Wall" w całości, plus kilka klassikierów. Piękna klamra w postaci numeru "Head Over Hills" - bo wielbię go ogromnie i mega utkwił mi w głowie z koncertu Accept z Udo 20 lat temu też na WOA. Koncert ok.
Moonsorrow - mała scena, muzycy blisko i bardzo fajne granie. Kiedyś ich widziałem i sobie powtórzyłem. Na plusik.
Dimmu Borgir - mega mnie zaskoczyli. Piękna oprawa (piro, światła, dymy), świetny klimat i bardzo dobre brzmienie... no i wszystko mi się tutaj zgadzało. Fanem nie jestem, ale siadło mega.
Floor Jansen - wyszła, pośpiewała, covery były i ok. Nic specjalnego.
Mastodon - nie moja bajka. Drugie podejście i drugi raz nie siadło. Co zrobić.
W.A.S.P. - debiut w całości, Blackie w fajnej formie, wokale z backtrackami… a Blackie się nawet z tym nie krył, że refreny są wspomagane i często po prostu... nie śpiewał i po prostu schodził z tego swojego podestu. I fajnie, koncert na plus.
Obituary - większość numerów z "Cause of Death", więc wiadomo, że lipy nie było. Przygnietli konkretnie. Na plus.
Gojira - nie przekonam się chyba do tej muzyki. Ale przyznam, że wrażenie zrobili przeogromne. Scena, światła, piro, klimat muzy... no zgadzało się tam wszystko.
Machine Head - na sam koniec... chwilkę popatrzyłem i trochę za dużo w tym wszystkim było jakiegoś chaosu. Jakoś nie pasowało mi to zbytnio, więc poszedłem na równoległy koncert, którym był:
King Diamond - proszę Państwa - Król jest WIELKI! Rozdupił mnie ten koncert w drobny mak. Nie spodziewałem się, że tak może to mi się spodobać. Dwa razy wcześniej widziałem i... no ok. A teraz - rozwaliło mnie to potężnie. Jeden z lepszych koncertów na tym Wacken.