Na starcie zaznaczę, że z różnych przyczyn (w tym dotyczących naszego wspaniałego stadionu w Warszawie) nie widziałem Iron Maiden rok temu, więc Bratysława to był mój debiut na trasie Run for Your Lives. Stąd też pewne kwestie, które bardziej zaprawieni w boju Sanatorianie mogą uznać za trywialne, dla mnie były nowością. W 2025 zakładałem, że nadrobię temat w 2026. Potem temat wyprawy do Bratysławy zaczął mi się nieco komplikować, ale ostatecznie po krótkim uzgodnieniu sprawy z @Manicheanem dokonałem odpowiednich zakupów i kości zostały rzucone. W końcu odkąd zacząłem słuchać tej grupy, nie przegapiłem żadnej trasy (chyba, że ostatni leg Legacy liczymy osobno - ale tutaj wyrzutów sumienia nie mam

) i głupio byłoby mi to zmienić teraz, zwłaszcza jeśli dalsze losy zespołu są przedmiotem dyskusji, domysłów i plotek.
Do miasta zajechaliśmy wcześnie, jakoś na godzinę 12:30. Z autokaru wysiedliśmy na pobliskiej względem lokalnego stadionu stacji benzynowej, a zespół postanowił powitać nas granym kilkukrotnie Powerslave

Panowie testowali obiekt, a my mogliśmy posłuchać tych prób: zarówno w wersjach instrumentalnych, jak i uwzględniających wokal. Wizytacja centrum zajęła nam może 2 godziny, ale nie odnieśliśmy szczególnie pozytywnych wrażeń, więc bez bólu skierowaliśmy się ku celowi tej wyprawy.
Pod stadionem zjawiliśmy się około 15:30, gdzie skądinąd spotkaliśmy @Maxa323 i w tym składzie czekaliśmy na otwarcie barierek. Poszło to dość sprawnie, a krótko po 17 byliśmy już na środku płyty, całkiem blisko sceny (pierwotnie to był 6-7 rząd, potem bliżej 10 - nigdy wcześniej nie byłem tak blisko sceny na Maiden, więc bardzo fajnie się złożyło). No i niestety oczekiwanie na Anthrax nie należało do przyjemnych. Pomysł, żeby odstęp między wpuszczaniem na płytę i koncertem supportu trwał ponad 2h, był bardzo głupi. Człowiek tylko stał i się nudził, dodatkowo w wyraźnie już czerwcowej temperaturze.
Anthrax uznał, że potrzebuje… 3 intr. Tak, puszczali na intro 3 różne utwory, bo tak im się to uwidziało xD Nie rozumiem tego, ale dobra. Sam gig zdecydowanie energiczny, choć oczywiście krótki – jak teraz o nim myślę, to mam wrażenie, że trwał z 20 minut… Ale nie narzekam, bo dźwięk był po prostu do dupy. Jeśli u kogoś innego było pod tym względem ok, to zazdroszczę, ale niestety z mojej perspektywy brzmiało to fatalnie. Jak już kończyli grać, to byłem zadowolony z tego faktu, bo męczące to było. Szkoda, 10 lat temu wymietli.
Na Maiden czekaliśmy już na szczęście krócej, choć i tak postanowili spóźnić się o 5 minut, bo Doctor Doctor zaczął płynąć z głośników dopiero o 20:55… Ale nikt wokół mnie się tą obsuwą nie przejmował, bo zdecydowana większość gardeł momentalnie zajęła się śpiewaniem hitu UFO. Już to zwiastowało dobrą atmosferę, bo oznaczało, że ci ludzie wiedzą, na co przyszli

Potem Idy Marcowe z taśmy (znów ze znaczącym wsparciem publiki w postaci „ooooo”), wstęp Murders in the Rue Morgue i oczywiście wyczekiwane „objawienie się” całego składu Maiden na scenie. To naprawdę dobry otwieracz, choć widziałem lepsze openery u Iron Maiden (Moonchild i Caught Somewhere in Time są po prostu nie do pobicia). Początkowo dźwięk nie był najlepszy, ale koniec końców na szczęście nie mogę na niego narzekać. Blok early days bardzo mi się podobał, zaczynając od oprawy wizualnej, na doborze utworów kończąc. Miło, że Killers w końcu doczekało się godnej reprezentacji w setliście. Są to niby mniej znane numery, ale tak się złożyło, że ludzie w moim otoczeniu byli ogarnięci i wszystko zostało odśpiewane jak należy. Wrathchild w fandomie stało się memem, ale na tej pozycji i w tym towarzystwie działa świetnie. Utwór tytułowy z dwójki – fenomenalny, czekałem na to odkąd zacząłem słuchać Maiden. Bruce niby znowu coś w nim spartolił, podobno skrócili tę piosenkę, ale tak szczerze mówiąc, to niczego z takich rzeczy nie odnotowałem, byłem zbyt zaabsorbowany samym faktem, że słyszę Killers

Phantom of the Opera wypadło fenomenalnie. Kompozycja brzmiała mego ciężko, uczestnictwo publiki w wykonaniu utworu było najlepsze z możliwych, superancko było usłyszeć Upiora po 12 latach przerwy. The Number of the Beast według mnie lepiej sprawuje się pod koniec setlisty, w Bratysławie spoko im to wyszło, ale podniety nie odnotowałem, choć miło było usłyszeć tego klasyka.
Czary zaczęły się dziać podczas Infinite Dreams. No powiem tak: czuć było, że to ważny powrót. Bruce powiedział, żebyśmy nie pytali go, dlaczego fani musieli czekać 38 lat na ponowną szansę usłyszenia tej piosenki na żywo, bo on sam tego nie wie

Ja tym bardziej nie znam odpowiedzi na to pytanie, zwłaszcza że wykonanie było wprost fenomenalne. Dickinson świetnie poradził sobie ze swoimi partiami, na pewno sprostał oczekiwaniom w tym zakresie. Trochę szkoda, że nie udało mi się usłyszeć The Clairvoyant, ale to już moja „wina” i obiektywnie patrząc, to podmianka na tym slocie była jak najbardziej dobra. Kolejne na liście Powerslave sprawiło, że to combo Infinite Dreams + Powerslave to chyba mój highlight całego koncertu. Świetny, masywny wykon, który na długo zapadnie mi w pamięć. Podróż do starożytnego Egiptu, w którą zabrało nas Iron Maiden, siadła mi dużo lepiej niż dekadę temu we Wrocławiu. Wtedy Powerslave było fajną pozycją w nie do końca fajnym repertuarze, natomiast tutaj czuć było, że to jeden z absolutnie centralnych punktów wydarzenia. Piękna rzecz, której zapewniono odpowiednią godność – także za sprawą ujmującej solówki Murraya (chyba nigdy wcześniej nie miałem na niego tak dobrego widoku, więc w Bratysławie ogólnie często wpadał mi w oczy). To była czysta przyjemność.
2 Minutes to Midnight lubię, zawsze fajnie się na nim bawię, ale utwór ucierpiał trochę na tym, że bas zaczął zbytnio przykrywać gitarę Adriana, co w przypadku tej piosenki nie mogło być dobre. Na jej niekorzyść był też fakt, że zespół zagrał ją po wspaniałym Powerslave i zaraz przed kolejnym gwoździem programu. Rymowanki o Przeterminowanej Marynacie były wręcz cudowne. Ten, wiekowy już, epik Harrisa trochę się naczekał na powrót do setlisty, ale kiedy ostatecznie do niej wrócił, to na pełnej. Wykonanie na najwyższym poziomie, z odpowiednią dramaturgią i zaangażowaniem całego składu, któremu absolutnie udało się zapewnić właściwy klimat na te 13 minut muzyki. Fajnie, że Bruce znów nosi te łachmany, super było widzieć scenę spowitą dymem, a i odgłosy skrzypiącego drewna robiły swoje. No i w końcu ta muzyczna eksplozja po spokojniejszym fragmencie – miazga.
Run to the Hills niestety siadło mi najgorzej. Nie dlatego, że zespół położył ten numer, po prostu nie wychwyciłem w nim niczego szczególnie interesującego. Teoretycznie to piosenka tytułowa całej trasy, ale w ogóle nie odczułem, aby zostało to zaakcentowane. Ot, kotlet do odbębnienia i tyle. Co ciekawe, również w tym przypadku jego setlistowe sąsiedztwo działało na niekorzyść numeru, bo kolejnym kawałkiem w zestawie był…
Seventh Son of a Seventh Son – znów powrót po latach i znów rewelacja. Do tej pory kojarzył mi się wyłącznie z Maiden England 2014, kiedy słyszałem go po raz pierwszy i ostatni, ale sobotni wykon był tak magiczny, że na pewno ulegnie to zmianie. Podniosły, nasączony patosem, wielowątkowy… Można szukać różnych określeń na ten utwór, ja osobiście go uwielbiam i choć nie był to najbardziej oczywisty wybór na tę trasę, to dobrze, że padło m.in. właśnie na Syna. Podczas tego kawałka widziałem chyba najlepsze zjawisko całego wieczoru, czyli Adriana chodzącego z gitarą i wykonującego z nią dość zabawne ruchy

Ciężko to opisać, skojarzenie miałem jedno – „David Gilmour heavy metalu”

Co zresztą nie jest do końca przesadą, aczkolwiek na poprzedniej trasie było to bardziej zauważalne. Tak czy siak było to mistyczne kilkanaście minut i bardzo się cieszę, że miałem okazję usłyszeć go ponownie.
W tym miejscu niestety skończyła się ta faktycznie ciekawa część setlisty, bo dalej czekały na nas już tylko kotlety. Przeboje jak to przeboje – są lepsze i gorsze. Dla mnie generalnie był to już raczej czas na ochłonięcie i wstępne trawienie tego, czego doświadczyłem wcześniej, aczkolwiek na The Trooper bawiłem się chyba najlepiej od lat, na Hallowed Be Thy Name fajnie było zobaczyć wszystkich gitarzystów i Steve’a w jednym miejscu, a hymn zespołu zawsze miło mi się śpiewa. Otwierające bisy Aces High zabrzmiało dość dobrze (poza refrenami, bo Bruce’owi trafiały się tam fałsze, że raz aż się nieco zgrymasiłem

), Fear of the Dark niestety przynudził, ale zamknięcie było już najlepsze z możliwych. Najpewniej pisałem to 10 lat temu, na pewno pisałem to 3 lata temu, ale napiszę raz jeszcze: Wasted Years to najlepszy zamykacz, jaki ten zespół kiedykolwiek miał. I tak się składa, że zależnie od trasy i okoliczności, w jakich zamyka te setlisty Iron Maiden, nabiera trochę innego znaczenia. W przypadku Run for Your Lives komentarz na ten temat wydaje się zbędny. Był to piękny finał – i chyba jednocześnie jedyny odpowiedni. Ten koncert zasługiwał właśnie na to, by zwieńczyć go tym utworem. To także piosenka, od której na dobrą sprawę zaczęła się moja znajomość z Maiden – tak więc osobiście nie mogłem prosić o lepsze podsumowanie wydarzenia.
Potem czekała na nas dość męcząca podróż do domu, a ja nadal jeszcze nie wróciłem do pełni sił, ale w żadnym momencie nie miałem najmniejszych wątpliwości – było zajebiście warto
Tutaj jeszcze poświęcę trochę linijek na temat oprawy wizualnej Run for Your Lives. Mówiąc krótko: decyzja o przejściu na ekrany była słuszna. Wizualizacje różnią się między sobą i stylem i poziomem, ale ogólnie rzecz biorąc sprawują się naprawdę dobrze. Piorunujące wrażenie zrobiła na mnie animacja do Powerslave. Nie dość, że była pięknie zaprojektowana, to na mój odbiór miał też wpływ mój spocik – stałem na gumowanym „wzniesieniu” na środku płyty, tym przykrywającym kable biegnące do soundboardu. Z tego powodu podczas sekwencji zbliżania się wizerunku Eddiego do środka ekranu (pod koniec utworu) ta perspektywa zapewniła mi świetne wrażenia estetyczne. Pięknie wyglądała też wizualizacja na Seventh Son of a Seventh Son, kapitalnie podkreślała nieziemski nastrój samej kompozycji. Kiedy lewitujący Eddie spoglądał na mnie z ekranu (znów kwestia miejsca, w którym stałem), czułem takie „cholera, jak dobrze widzieć cię po 12 latach” – ale podczas pierwszego koncertu Maiden siedziałem na bardzo odległej trybunie, a teraz to wszystko działo się zaraz przede mną. Bardzo fajnie wyglądał też filmik zrobiony do The Ides of March oraz, idąc dalej, złowrogi Paryż. Oprawa takiego Phantom of the Opera może i była prosta, ale te pospinane po bokach kurtyny naprawdę robiły wrażenie, wyglądały na trójwymiarowe. Duży Eddie podczas Iron Maiden okej, ale przywykłem do dmuchańców i niestety brakowało mi tutaj czegoś bardziej namacalnego. Zdarzały się też bardziej randomowe rzeczy, np. wizualizacja do The Number of the Beast (hrabia Orlok z judasowego Love Bites zawitał również do Maiden

), Aces High to faktycznie trochę animacja zajeżdżająca IPN-em xD Rime… No całkiem fajny klimat wytwarzało, ale wbrew temu, co miałoby wynikać z ostatniego filmu BTS, to jak najbardziej częściowo było robione AI, sorry. I ten generowany bajzel miejscami trochę psuł wrażenia, ale to szczegół. Jak wspomniałem, zamysł jest jak najbardziej słuszny i dobrze, że zdecydowali się na taką zmianę. Już na The Future Past zespół fajnie wykorzystywał pionowe ekrany po bokach, obecna oprawa sceniczna wygląda na sensowne rozwinięcie koncepcji z tamtej trasy.
Czy było to moje najlepsze Maiden? Nie wiem, możliwe. Natomiast jestem skłonny rzec, że było to Maiden, na którym najlepiej się bawiłem. Pomimo dużego stężenia kotletów w secie, pomimo faktu, że za bębnami nie siedzi już uwielbiany przez wszystkich Nicko – wszystko zagrało na należytym poziomie. To jest trasa na stadiony i bicie rekordów, ale mam wrażenie, że to także trasa… Dla nas. Dla ludzi, którzy wychowali się na tej muzyce. Którzy jako nastolatkowie poznawali największe płyty tej kapeli, wydawali kieszonkowe na merch i zagłębiali się w biografię Iron Maiden. Do Bratysławy wziąłem bluzę Fear of the Dark, którą kupiłem mając 13 wiosen na karku. To pół mojego życia. I ten 13-latek gdzieś tam skakał z radości, kiedy Steve zaczął grać wstęp do Killers, Dave wycinał piękne solo na tle egipskiego monumentu, a Bruce odprawiał kazanie na temat Siódmego Syna. Na tym etapie to dla mnie najważniejsze.
Pozdrowienia dla @Manichean i @Max323, obyście teraz dobrze wypoczęli
