Dobra, powiedzmy, że będzie to relacja
Zjawiliśmy się w Spodku z qmplami ok. godziny 11. Po wspomożeniu kogoś kto(jak mówił

) "zbiera na bilet"

udaliśmy się do wejścia, gdzie po przeszukaniu mnie i mojego plecaka przez zadziwiająco miłego ochroniarza("życzę miłej zabawy" , zawsze coś

) udaliśmy się do szatni, a potem po opaskę (w sumie to nie wiem po co, bo potem i tak dawali jeszcze inne...), wyszliśmy na chwilę na zewnątrz, udzieliliśmy komuś informacji na temat miejsca, gdzie znajduje się "Bar pod Spodkiem"(zadziwiająco szybko im się pić zachciało) i wróciliśmy z powrotem(dziwna podróż

). W ten sposób "straciliśmy" całą Vesanię, nad czym nikt z nas(byliśmy we 3-ójkę) specjalnie nie ubolewał. Udaliśmy się dość szybko na płytę Spodka, gdzie od kilkunastu minut grał już niemiecki CALIBAN. Nie powiem , nawet fajne to było, dosyć mocne riffy, wrzeszczący wokalista, słowem milusiński metalcore... w trakcie ich występu, kumpel robiąc zdjęcie zorientował się , że baterie ma w aparacie wyczerpane(tak, to był taki totalnie amatorski

), wobec czego popędziliśmy do pobliskiego kiosku w celu dokonania odpowiedniego zakupu. Gdy wróciliśmy trwał występ rosyjskiego HIERONYMOUS BOSCH. W trakcie ich występu byliśmy już bardzo blisko barierek i zorientowaliśmy się, że w pobliżu jest całkiem spore skupisko rosyjskich towarzyszy, oczywiście z ekwipunkiem w postaci aparatów cyfrowych(których używali cały czas na oczach naszych "pszyjaciół" z fosy, co innego jak ktoś inny próbował wykorzystać tego typu sprzęt...). Sam Hieronymus Bosch niespecjalnie mną zawładnął... Raz, że to jakby nie patrzeć death metal, a dwa, że i tak czuło się, że to zespół raczej drugoligowy. Aczkolwiek ich występ można chyba nazwać przywoitym, dosyć rozbudowane utwory mieli, więc mógłbym to nazwać nawet lekko progresywnym death metalem, ale ja się nie znam

Po Hieronimie Boszu nadszedł czas na SOILWORK - pierwszy oczekiwany przeze mnie zespół tego dnia. Ich występ bardzo mi się podobał i kazał optymistycznie patrzeć na dalszą część Metalmanii, Na początek zagrali tytułowy kawałek ze "Stabbing The Drama", później również tytułowy, tyle, że z "Figure Number Five", następnie "One With The Flies" chyba, "Rejection Role" i chyba jeszcze 4 lub 5 utworów, których szczerze mówiąc nie znam, bo jednak wielkim fanem nie jestem. Ale występ, jak już mówiłem bardzo mi się podobał, brzmienie było jak dla mnie ok, fajny kontakt z publikę, do tego przyciągający uwagę(tak wyglądem, jak i zachowaniem) basista. Słowem - bardzo dobrze. Następnie nastał czas na HUNTER, który kręcił na MM swoje DVD. Bardzo lubię ten zespół, wiem że jest oceniany bardzo różnie, ale mi to nie przeszkadza. Po udzieleniu kilku informacji rosyjskiemu towarzyszowi na temat twórczości Huntera, skupiliśmy się już na zespole, który właśnie wchodził na scenę. Ich występ został przyjęty bardzo ciepło(Soilworka zresztą też), ludzi może multum nie było, ale ci którzy byli, reagowali bardzo pozytywnie. Zagrali najpierw "Osiem", następnie było chyba "T.E.L.I...", "Krzyk Kamieni", "Wyznawcy", "Płytki Dołek", "Fallen", "Fantasmagoria", "So...", "Kiedy Umieram" i na koniec "Pomiędzy Niebem a Piekłem". Chłopcy zachowywali się bardzo swobodnie, Drak schodził ze sceny żeby, mówiąc kolokwialnie, "przybić piątki" z tłumem(oczywiście nie ma pewności, że gdyby nie kręcili DVD byłoby tak samo, ale tym samym być może na owym DVD będę, bo od Soilworka byłem przy samych barierkach...), raz nawet opieprzył fosiarzy za to, że jakiegoś gościa zbesztali, którego tłum za barierki wywalił(inna sprawa, że to ponoć owy delikwent pierwszy złapał "agresora"

). Bardzo fajnie było zobaczyć Huntera po raz pierwszy z Jelonkiem w składzie, uważam, że jak najbardziej pasuje do obecnego oblicza Łowcy. Słowem - kolejny bardzo udany (wg mnie oczywiście

) występ. Po Hunterze, wiedząc, że 2 kolejne kapele to raczej nie moje klimaty(1349 i UNLEASHED) udałem się ze znajomymi do City Rocka na konsumpcję. Tam spotkaliśmy Demona z Frontside, a po chwili zjawił się Wardzała(szef Mystic, jakby cudem ktoś nie wiedział). My jednak zajęci byliśmy konsumpcją dość obfitej wyżerki, po spożyciu której udaliśmy się spowrotem do Spodka, mając w planach zjawienie się w antresoli, bo o 16:30 podpisywać płyty/plakaty/inne badziewia miał Nevermore. Idąc w stronę rzeczonego miejsca spotkaliśmy panów z Riverside, a kiedy stanęliśmy w kolejce, okazało się, że już całkiem spora grupka czeka na Amerykanów(co mile mnie zaskoczyło, bo nie bardzo jestem świadom jaką popularnością w naszym kraju cieszy się ten zespół). Kiedy w końcu stanowiska "podpisywaczy" opuścili panowie z 1349 okazało się, że Nevermore zjawią się w tym miejscu dopiero o 21:15, a teraz będą tam goście z U.D.O . Po wymienieniu stosownych przekleństw, udaliśmy się na płytę, gdzie trwał show ACID DRINKERS. Muszę przyznać, że ich występ zgromadził dość sporą rzeszę fanów, też nagrywali chyba DVD. Titus sypał śmiesznymi/daremnymi (niepotrzebne skreślić) tekstami typu "Chcesz w papę kolejnym numerem?", "Macie już skopane dupska??", ale sam występ był fajny. Nie znam zbytnio ich twórczości, ale na bank zagrali "High Proof Cosmic Milk", jakiś kawałek z "Infernal Connection" i "Wherever I May Roam" Metalliki(fragment o ile dobrze pamiętam), ogólnie dosyć fajnie grali, pewnie bardziej by mi się podobało, gdybym był nieco bliżej sceny, a wtedy stałem z boku. Ślimak fajnie bębnił, ale u niego to chyba podstawa. Po Acids grać miał EVERGREY, na którego występ czekałem z niecierpliwością. Zaczęli od "Blinded", później "End Of Your Days". Od początku drażniło mnie brzmienie, gitary były jakby schowane i wszystko się zlewało. Wokal Toma, będący niewątpliwie atutem Evergrey też nie był zbyt dobrze słyszalny. Zagrali też "More Than Ever" i "A Touch Of Blessing" z "The Inner Circle", tytułowy kawałek z ukazującej się w marcu płyty "Monday Morning Apocalypse", "Recreation Day", utwór z "In Search Of Truth" o to chyba wszystko. Lubię ich muzykę, więc mi się podobało, właściwie to nawet bardzo, ale pozostało zarazem pewne uczucie niedosytu. Następnie zjawił się U.D.O. , którego co prawda nie słucham, ale miejsca w pierwszym rzędzie zajętego podczas gigu Evergrey oddać nie zamierzałem. Okazało się jednak , że nie było to takie proste, gdyż wtedy zjawiła się kilkunastoosobowa grupka fanów Dirkschneidera i starego heavy w ogóle, którzy bardzo chcieli być jak najbliżej swego idola(poniekąd zrozumiałe), więc ustaliliśmy, że wchodzą do pierwszego rzędu i trzymają nam miejsce na Nevermore. Występ U.D.O. był całkiem fajny, dla jego fanów pewnie extra, takie dość proste dźwięki, które świetnie wchodzą na koncertach właśnie. Nie znam ich twórczości w ogóle, ale zagrali, co zrozumiałe, "Balls To The Wall" Acceptu zdaje się. Ich występ na bank skrócono, co spowodowało dość spore zdenerwowanie(mówiąc delikatnie) grupki fanów Niemców, posypały się epitety w stronę pana D.

Ale ja , wiedząc że to koniec, szykowałem się już do najważniejszego dla mnie występu tegorocznej Metalmanii, do występu
NEVERMORE. Warto dodać, że już wtedy opóźnienie było spore(żadna nowość, znając historię poprzednich edycji...). Wracając do występu - z głośników poleciało takie intro, że aż mi kopara opadła, rewelacyjnie wprowadziło w klimat koncertu. Obok nas stali inni fani Nevermore, wyposażeni we flagę, więc byliśmy dość zauważalni. Zaczęli od "My Acid Words"(a ja , taki fan Nevermore popatrzałem na qmpla i obydwaj równocześnie powiedzieliśmy "Bittersweet Feast"

). Brzmienie było bardzo dobre, ale wokal niestety słabo słyszalny(a zainteresowani wiedzą, że to wielki atut Nevermore), no ale już trudno...

Po wspomnianym utworze zagrali "The River Dragon Has Come", "Final Product", piękny "The Heart Collector", "The Seven Tongues Of God", "Enemies Of Reality", kapitalny "Born" i na koniec "This Godless Endeavor". Sam występ określiłbym jednym słowem - REWELACJA

Czytałem już gdzieniegdzie narzekania na ich występ, może ktoś mnie posądzić o brak obiektywizmu, ale mi się serio cholernie podobało :rocx Poza wspomnianym wokalem nie było się do czego przyczepić, widać było pasję, radość grania, zaangażowanie. Szczególnie rozwalał mnie Jim Sheppard - widać, że cholernie dobrze się bawił. Ktoś narzekał na zachowanie Warrela Dane'a, że niby jak "wielki lord" itp. itd. , ale nie bardzo wiem o co temu komuś chodziło. Facet jest chyba najbardziej zdystansowanym członkiem tej kapeli, więc to dziwić nie powinno, a i tak wg mnie bawił się przednio... No i przede wszystkim sama muzyka, fantastyczna, solówki Loomisa. Na dodatek kumpel złapał pałeczkę Vana Williamsa

(miał już wtedy w kolekcji taką samą pamiątkę perkmana Hieronima). Słowem - kopara mi opadła. Następnie kolejny zespół, na który bardzo liczyłem -
MOONSPELL. I powiem na wstępie, że sprostali zadaniu - po rewelacyjnym występie Nevermoraków zagrali równie rewelacyjnie

Jedyne moja zastrzeżenie podam na końcu... Koncert zaczęli od kawałka "Finisterra" z nadchodzącego "Memorial", od razu widać, że będzie to mocna, ciężka płyta, czyli nie powinno być rozczarowania po znakomitym "The Antidote". Następnie poleciał kolejny utwór z "Memorial", tytułu nie znam, w każdym bądź razie również dość mocny, ale ten miał już bardziej klimatyczne wstawki... Był to mój pierwszy koncert Moonspell, więc zaskoczyło mnie, że klawiszowiec Pedro większą część koncertu wymiatał na gitarze, chwilami tylko skupiając się na klawiszach. A co do Fernanda - wyszedł w takim czerownym płaszczum, co niemal automatycznie przywołało skojarzenia z Tarją na Mysticu

Qrcze, i pomyśleć, że 2 kompletnie z innej bajki kapele

Później przyszedł czas na powró do czasów "Wolfheart", a konkretnie "Wolfshade"

Bardzo lubię ten kawałek, dlatego żałuję, że zagrali go w skróconej wresji, bez części z solówką Ricarda. Następnie był fantastyczny "Opium" z "Irreligious", po którym byłem w zasadzie "kupiony"

Co do następnych utworów, to do końca nie pamiętam kolejności - nie wiem czy następny był trzeci premierowy utwór, czy może "Awake", ale chyba najpierw była nowość

Był to kolejny ciężki utwór, ale również nie pozbawiony klimatu. "Awake" wykonali fantastycznie, podobnie jak nstępujący po nim "From Lowering Skies". 3 ostatnie utwory to już sama "śmietanka" - "Vampiria", "Alma Mater" i kapitalne "Full Moon Madness". Przed występem Moonspell pytałem kilku fanów czy grają "Full Moon..." i padłą odpowiedź "Tak", więc zaskoczenia nie było, a samo wykonanie zmiotło mnie z nóg, podobnie zresztą jak 2 wcześniejsze "hity" z "Wolfheart". Ogólnie mogę już teraz powiedzieć, że obok występu Nevermore był to dla mnie zdecydowanie najlepszy koncert tego dnia, a jedyne zastrzeżenie(o którym wspomniałęm na początku) była setlista - nie bardzo rozumiem, czy jest sens grać aż 3 premierowe utwory, skoro album ukaże się za ponad miesiąc i fani znają jedynie fragment "Finisterry"(przynajmniej ja

), mogli też zagrać jeszcze 1 kawałek z "The Antidote". Szkoda też troszkę, że zupełnie "olali" "Sin/Pecado", "The Butterfly Effect" i "Darkness And Hope". Ja rozumiem, że "Wolfheart" i "Irreligous" to płyty kultowe, ale w sumie nie narzekałbym gdyby zagrali po 1 kawałku z tamtych płyt, kosztem 2-óch premierowych i może jednego z tych 2-óch gigantów. Ale samo wykonanie rekompensuje to wszystko, więc narzekać już nie będę, tym bardziej, że "Memorial" zapewne okaże się świetnym krążkiem :rocx BTW - na Moonspell ścisk był nie mniejszy niż podczas show U.D.O. , ale tym razem żadnych umów nie robiłem

Zaraz po koncercie Moonspell popędziłem do antresoli, mając nadzieję, że zastanę tam panów z Nevermore... Nadzieje okazały się jednak płonne, a smutek pogłębiły jeszcze słowa gościa z fosy "skończyli 10 minut temu".... Po stosownym przekleństwie udałem się z qmplem z powrotem na płytę Spodka.... Oczywiście do pierwszego rzędu już nie trafiliśmy, gdyż ten był zajęty przez zagorzałych zwolenników ANATHEMY. Ja takowym nie jestem, ale na ich występ również czekałem z niecierpliwością, mimo coraz bardziej ograniającej mnie senności i zmęczenia... Jak Wam wiadomo, grali w towarzystwie kawartetu smyczkowego. Koncert rozpoczęli od "Shroud Of False" i "Fragile Dreams" z "Alternative 4", z tej płyty nagrali zresztą zdecydowanie najwięcej kawałków, bo później zabrzmiały również: przepiękny(tak samo wykonany) "Lost Control", "Empty" oraz "Inner Silence". Z "Judgement" było na bank "One Last Goodbye" oczywiście oraz(podobno) fragment tytułowego, ale nie pamiętam. Było też "Panic" z "A Fine Day To Exit", "A Natural Disaster", "Angelica" oraz kilka innych kawałków, których nie znałem. Koncert, muszę przyznać, podobał mi się, może nawet bardzo, ale przy występie Anathemy po raz kolejny uzmysłowiłem sobie, jak źle ułożone program tegorocznej Metalmanii - wiedząc, jaką muzykę gra Anathema a także grający po niej Therion, trudno nie stwierdzić, że program Metalmanii był ułożony bardzo niefortunnie. Może to tylko moja opinia, aczkolwiek myślę, że jednak wielu ludzi też tak myśli. Na fakt, że Anathema grała 2 od końca na pewno wpływ miał fakt, że oni również nagrywali DVD... Z ciekawostek warto dodać, że jedynie na występie Anathemy używane były 2 telebimy do wyświetlania wizualizacji, które dobrze współgrały z muzyką proponowaną przez panów... Ale ogólna ocena wypada bardzo dobrze, nie tylko "smęcili", ale zagrali też kilka nieco szybszych rzeczy, jak "Panic" czy "Empty"... Kawrtet dość dobrze uzupełniał muzykę, aczkolwiek jak na mój gust nie był aż nadto słyszalny... Przyszedł czas na , wedle słów organizatora, Gwiazdę XXI Edycji Metalmanii. Cóż, na wstępie powiem, że nie słucham tego zespołu wcale, że nie było ta według mnie największa gwiazda tegorocznej Metalmanii, że żałuję bardzo, że nie dane mi było zobaczyć o tej porze genialnego zespołu, którego nazwa brzmi Testament

Żeby oddać sprawiedliwość - THERION zagrał naprawdę bardzo dobry koncert, publika świetnie się bawiła, jednak nie jest to zespół, który powinien zamykać wszelakie festiwale. Przyznał mi to również inny fan Nevermore, który stwierdził, że jakkolwiek bardzo lubi Therion to jednak zespół ten nie jest najodpowiedniejszym wyborem na "zamykacza"....

Być możę podobałoby mi się bardziej, gdyby nie coraz bardziej ograniająca mnie senność, gdybym nie był tak cholernie zmęczony po Nevermore i Moonspell(nie, po Anathemie nie

). W każdym razie od qmpla, który był tam ze mną(i który Theriona bardzo lubi) wiem, że grali kawałki ze "Secret Of The Rhunes", kilka utworów z pierwszych płyt, zaśpiewanych przez Christophera (który stwierdził, że to ostatni raz kiedy śpiewa). Do samego wykonania nie mogę się przyczepić, sama muzyka też mi chwilami bardzo się podobała, ale jednego nie mogłem ścierpieć - CHÓRU

Sorry, ale to kompletnie nie moja bajka, po płyty Therion być może nie sięgnę nigdy... Ale ogólnie wypadli naprawdę dobrze, występowi energii nie brakowało, sami muzycy bawili się też bardzo dobrze... Therion zszedł ze sceny ok. godziny 2:40, więc opóźnienie było kolosalne(do czego przyczynili się też techniczni Theriona, którzy instalowali zespół chyba najdłużej ze wszystkich...), ale zdarzały się ponoć większe

Dodam tylko, że chór liczył 5 członków - 2 panów po lewej stronie sceny(którzy podczas jednego z utworów fajnie unosili ręce, z tak charakterystycznym i lubianym przez nas symbolem

) oraz 3 panie po prawej(jedna, blondynka był nawet ładna...) z liderką nieco wysunięto do przodu...
Później już tylko wyjście ze Spodka, taksówka i do domu....
Tak więc uważam, że XXI Edycja Metalmanii, mimo wielu narzekań na rzekomo przeciętny skład(nie zgadzam się...), okazała się bardzo udana, dobre/bardzo dobre/świetne występy Caliban, Soilwork, Hunter, Acid Drinkers, Evergrey, U.D.O. , Anathemy i Theriona oraz 2 rewelacyjne wprost, czyli Nevermore i Moonspell daką obraz naprawdę świetnej zabawy. Nie wiem jak zagrali: Vesania, 1349 i Unleashed, więc nie wypowiadam się, to samo dotyczy Małej Sceny

Mam nadzieję, że skład przyszłorocznej(jakby ktoś nie wiedział to MMP już podało, że najpierw podana zostanie data, później dopiero skład - cóż za niezwykła zmiana i odejście od "tradycji" tego festu

) będzie jeszcze lepszy i że zjawię się ponownie w Spodku. Żałuję tylko, że nie dałem rady zodbyć autografów panów z Nevermore i Moonspell

Sorry, jeśli relacja jest zbyt nudna, długa, bo że subiektywna to wiadomo

Rzekłem
