IgorW pisze:Ehh, te kilka dni czytania różnych opinii, zarówno tych z naszego forum, jak i bardziej wyważonych z innych źródeł, nie ułatwia wytrwanie w abstynencji od nowego albumu

W trakcie pracy wracam jednak czasem do poprzednich albumów po reunion i zaskakujące jest dla mnie, jak po wielu, wielu latach zmienia się odbiór niektórych rzeczy.
BNW - ten album utrzymuje jak dla mnie stały, bardzo wysoki poziom. Po premierze w 2000 roku byłem nieco zawiedziony, jak wielu liczyłem, że powrót Dickinsona i H do zespołu oznaczać będzie powrót do bardziej zadziornego heavy metalu z klasycznych albumów. Dostaliśmy natomiast wyborny album, który jest jednak logiczną kontynuacją kilku poprzedzających go krążków, będący jednocześnie dwoma krokami naprzód.
DOD - bardzo nierówna płyta, oferująca zarówno utwory znakomite - Rainmaker, Paschendale czy też posiadające znakomite momenty - Montesgour, No More Lies. Dopełniają go jednak też utwory wyraźnie słabsze, mało ekscytujące, które czasem ratuje pojedynczy riff, solówka czy partia wokalna. Strasznie słabo odbieram teraz numer tytułowy, ta ten klasycyzujący moment ze środa razi infantylnością.
AMOLAD - album bardzo mi się podobał po premierze, dlatego byłem zaskoczony jak podczas weekendowego odsłuchu stracił w moich oczach (uszach). Ogromny plus za trzy ostatnie, genialne numery. Żałuję, że nie widziałem ich na tej części trasy, kiedy grali całość. Środek jednak oscyluje od rzeczy bardzo dobrych (Colors, Brighter) do przeciętnych (Breeg, Shadows, opener). Rozczarowuje mnie Longest Day, który ma wspaniały początek i rozwinięcie, niestety efekt psuje słaby, patetycznie kiczowaty refren (rzecz niestety częsta w ostatnich produkcjach IM - mało wyrazistych, mocnych refrenów). Wiem, jak bardzo lubiany jest ten album. Przeze mnie również. Jednak raduje dużo mniej niż kiedyś.
TFF - kolejne zaskoczenie, bo ta płyta dla mnie jednak zyskała. W 2010 podobała się, ale bez zachwytów (pierwszy kontakt z AMOLAD był dużo bardziej entuzjastyczny) Słucham właśnie w tym momencie - wybrzmiewa Starblind - i zaskakująco mi się podoba. Szczególnie dobrze mi się słucha kawałków, na które nie zwracałem zbytniej uwagi wcześniej - Isle of Avalon i Starblind. Zwłaszcza w tym drugim czuć klimat solowego Dickinsona (przedrefren niemal wyjęty z jednego kawałka z Chemical Wedding). Dobry, równy album.
Żeby nie było kompletnie OT, Speed of Light po kilku tygodniach słuchania nadal mi się podoba, jednak chętnie przyjmuję opinię innych (często powtarzaną), że to najsłabszy numer na płycie. Z niecierpliwością czekam na resztę. Pierwszy odsłuch dopiero 9 września, jak skończę wyjazdową pracę.