David Gilmour, Circo Massimo, 1-2 października
Tak jak zapowiedziałem w wątku PF, tak czynię. Pora się przenieść z powrotem do Rzymu, kilka dni wstecz.
Po ostrym cyrkowisku z nieudanym kupnem biletów na RAH, byłem w zasadzie na etapie machnięcia ręką na pomysł lecenia gdziekolwiek na DG. Tymczasem dosłownie chwilę później pojawiło się ogłoszenie dat rzymskich (jak dobrze wiemy, to nie były jedyne daty ogłaszane na raty

))))). Po krótkiej kalkulacji i zorientowaniu się, że były jakieś rodzinne plany wakacji w Rzymie, wszystko złożyło się podejrzanie w kuszącą całość. Zakup biletu na 1 października w przedsprzedaży z linku włoskiego radia przebiegł bez zarzutów i cyfrowy bilet na tamtejszym eventimie przyszedł od razu. 10 euro opłaty od biletu i 20 euro opłaty od całej transakcji? Nie skomentuję. Po tym minęło kilka miesięcy, a dzień wylotu nadszedł jak gdyby nigdy nic.
1 października:
O urokach turystycznych Wiecznego Miasta (którego doświadczyłem po raz pierwszy) można by pisać długo, bo również na dłuższy pobyt winno się tam lecieć - żal mam, że tylko 5 dni było mi dane tym razem. Co jednak tyczy się Rzymu szczególnie, to fakt, że koncert zorganizowany wokół starożytnych ruin ma niebagatelnie mocny klimat, a spoglądanie z Domus Severiana na scenę w Circus Maximus na kilka godzin przed koncertem, podkręcało ciśnienie. Powrót i wkroczenie na właściwy teren koncertu, nastąpiło dopiero o 20. Pomimo kilku kontroli biletów, na wykrywaczu metali i większych toreb, wejście na płytę i trybuny było kwestią może 4 minut - a trzeba było przebyć całą długość starożytnego toru wyścigowego. To potwierdzało sugestię z internetu, że warto tam było stawić się w zasadzie trochę po 20.
Siedzenia na płycie nie przywitały pleców zbyt miło. Myślę, że nie jedna powiatowa przychodnia dawnego miasta wojewódzkiego sprzed 1999, posiada lepsze siedziska w poczekalni. Ale przynajmniej było jak wyciągnąć nogi i nie zrobiono ścisku między rzędami. W zasadzie to było... wręcz za luźno. Z dużym prawdopodobieństwem dało się tam dość spokojnie zrobić miejsce dla 600+ osób więcej, rozszerzając zewnętrzne rzędy. A gdyby być jeszcze mądrzejszym, to koncerty mogły być stojące

. Ale to już chyba nierealne do organizacji

prawda? Większą jednak zmorą niż nie wykorzystanie w pełni płyty, było odkrycie skali januszerii biletowej, która chciała flippować biletami zakupionymi w przedsprzedaży. Coś wielu z nich nie wyszło, bo było widać CAŁE puste rzędy, parędziesiąt minut po starcie koncertu. Dobrze im tak, słabo dla osób które chciały zobaczyć choćby jeden koncert i nie mogły przez takich zakupić z oficjalnej strony. Sprzedaż na jedno konto do 6 biletów to nieporozumienie, trzeba to limitować.
W końcu stuknęła 21, a na scenę po chwili przybył dobry ziomek Guy Pratt z fajną nowiną, iż koncert będzie nagrywany - co było zgodne z zapowiedzą z tour book'a i ostatecznie dotyczyło trzech ostatnich koncertów w Rzymie ( o RAH i USA nic nie wiem). Prośba, aby zachować wstrzemięźliwość z nagrywaniem koncertu i nie trzymać telefonu non stop w powietrzu została usłuchana, co na moim dalekim miejscu od sceny zapewniło o niebo lepszą widoczność. Grazie rzymska publiko!
Chwilę później rozbrzmiała znajoma gitara z 5 AM, a oczom wszystkich w reflektorze ukazał się stary, poczciwy grzybiarz z Wielkiej Brytanii. Intro 5 AM z Black Cat to dość niezrozumiały dla mnie sposób na otwarcie koncertu. Po 5 AM umysł usilnie wyobrażał już sobie start Rattle That Lock, tymczasem tutaj wjeżdżało... drugie intro XD. No niezbyt. Po Black Cat ruszyło tytułowe dla trasy Luck & Strange, przyjemne na początek koncertu.
Zaraz po nim rozbrzmiał znajomy, otwierający ambience z płyty z pryzmatem i tęczą. Breathe przyniosło samoczynnie lekki uśmiech na twarz. Płynnie po nim rozbrzmiały dźwięki zegarów, a Guy począł cykać na strunach basu. W porównaniu do koncertu Watersa, Time nie tylko miało tutaj adekwatnie potężne uderzenie basu, co w ogóle miało prawdziwy bas. Wszystko brzmiało świetnie, niestety do czasu kiedy David zaśpiewał. Cóż, to była alternatywna linia wokalna, o zupełnie innej tonacji, ale nawet ona zdradzała, że oryginalny performance wokalny DG nie jest z jego strony już wykonalny. Reszta utworu przebiegła w specyficznym klimacie z tego tytułu, który jednak poniekąd uratowało Breathe (Reprise).
Bo wizycie na czarnej stronie księżyca, nastąpiła jednorazowa wizyta na łące. Zawsze mnie ciekawi ta miłość DG w solowej karierze do Fat Old Sun. Żeby nie było, to fajny kawałek, ale on go nie rotował na nic z AHM, Meddle czy ObC ni razu. Domykające solówki na FOS mimo wszystko warto na żywo usłyszeć. Marooned przespane dość, mimo fajnej aranżacji sceny pod ten kawałek (takowych aż tak wiele nie było na tym koncercie, co warto odnotować). Wish You Were Here lekko obudziło publiczność, choć nie rozbudziło do takiego śpiewania, jakiego bym się spodziewał. Dziwne. Bliżej końca pierwszego setu, swoje talenty zaprezentowała córka Davida, Romany. Na Between Two Points narzekałem przy premierze, kawałek nie wyglądał na pasujący ani do DG, ani utworów PF. I może nadal średnio pasuje do innych utworów w repertuarze, jednakże nie mogę mu zaprzeczyć urokliwości i piękna wykonania, jakie zapewniła Romany. A chwilę po dźwiękach harfy rozbrzmiały znajome dzwony, i dało się poczuć, że trawa była niegdyś zieleńsza. High Hopes to jeden z najbardziej urzekających kawałków PF. Może odpłynąłem na nim (jak podejrzewałem siebie o to), była to jednak pamiętna chwila, szczególnie kiedy puszczono nadmuchane piłki z teledysku i trasy Pulse do publiki.
Set pierwszy mija w odczuciu w kwadrans, pomimo trwania godzinę. Przerwa między setami, wydawało by się, winna trwać jakiś kwadrans. Z minimalnym poślizgiem były to jednak dwa kwadranse, co jest długim momentem na ,,wytchnienie".
Druga połowa koncertu wystartowała mocarnym akcentem, na który nosiło mnie najmocniej. SORROW, to zupełnie inna kategoria utworów do grania na żywo. Klimat zapewniany przez gitarę wspierającą, pachnący lekko funkiem, dał wysoce swój oryginalny wydźwięk wersji na tej trasie, którego żaden inny kawałek PF z aktualnego setu nie zapewnił. Oprawa świetlna na Sorrow również zasługuje na medal. Fenomenalne doświadczenie. Następne w kolejności było The Piper's Call, ten kawałek chyba lepiej mi siedział przy premierze pierwszego singla. Na żywo, kilka miesięcy później, brzmiał już dość nudnie. A Great Day For Freedom to utwór dość akceptowalny na The Division Bell, ale z samej tej płyty mogło paść tutaj chociażby Keep Talking. Nie porwał na żywo, nic a nic.
Wtem przyszło IN ANY TONGUE. Damn. Nosiło mnie z tym kawałkiem na parę dni przed koncertem, chyba pierwszy raz od 2017. Nagranie z Pompejów wskazywało, że jest to killer na żywo. Ale że aż tak, nie zakładałbym. Absurdalnie cudownie to wypadało. Był to też bardziej energiczny wykon, jak dla mnie to lepsza modyfikacji. Still jednak, wokalnie wypadało to lepiej na Live in Pompeii. Wtrącając tu już A Boat Lies Waiting - decyzja, by zachować te utwory na tę trasę po 2016, zasługuje na Nobla. Doskonałe. The Great Gig in the Sky również zrobiło nareszcie robotę, szczególnie, że wersja u Watersa w 2018 na dwa wokale to była namiastka tego, co dostarczył chórek u DG, z Romany na czele. Po wspomnianym ABLW było Coming Back to Life, nie wczułem się w nie tak jak chciałem, tutaj również David nie trzymał się już wokalnie w za dobry sposób.
Koncert zmierzał ku końcowi. Poleciało Dark and Velvet Nights, przy którym liczyłem na soczyste brzmienie organów hammonda. Były one niestety za cicho, dodatkowo fajnie domykające skrzypce pod koniec ledwo szło usłyszeć. Słychać za to było, że David dość nie uciąga tam wokalnie :S . Po tym znając set, szykowałem się, że będzie już leciało Scattered. Jednakże początek gitary, jaką usłyszałem, totalnie się z tym nie zgadzał i dopiero po dłuższej chwili zorientowałem się, że mamy debiut live Sings z nowej płyty. Rzadszy przypadek rozszerzenia setu (dobrze że nie skrócenia). Scattered więc przybyło później. Możliwe, że liczyłem na więcej przy tym utworze tamtej nocy, ale i tak rozgrzewał solidnie na wielki finał, głównie dzięki puszczanym już na nim laserom. Zanim utwór się skończył, czujne oko dojrzało pojedyncze osoby, pędzące w kierunku sceny. Wiele z tak odległego miejsca do stracenia nie miałem, więc razem z seniorem ruszyliśmy szybkim kusem pod scenę, akurat żeby zobaczyć machającego i schodzącego ze sceny Davida. W ciągu paru minutowej przerwy przed bisem, wszędzie zatłoczyło się od ludzi spragnionych ROCKA. Niektórzy totalnie się nie cackali, wchodząc na krzesła z nędznego plastiku i przeskakując się nawzajem. BHP? Never heard of it.
Na Comfortably Numb nie czekałem w sumie z takim wielkim wytchnieniem, a może i w ogóle jakoś nie wywoływałem go w myślach nawet na kilka godzin przed koncertem. Zagrany przez Gilmoura, był na tym etapie mojego życia raczej utworem z rodzaju "odhaczyć do portfolio koncertowego". Ale coś jednak z dawnych lat się obudziło momentami przy refrenie, coś co zmiękczyło serce. Coś, czego już miałem w pełni świadomie własnymi oczami nie zobaczyć, było w tamtej chwili najprawdziwsze w świecie.
Po ostatniej nucie i niezwykle głośnych wiwatach publiki, show dobiegło końca. Więc jeszcze kilka refleksji pokoncertowych. Nie wiem kto zlecił ustawienie po lewym i prawym boku sceny reflektorów do oświetlania całej publiki, ale albo zrobił to tylko i wyłącznie z przyczyn związanych z nagrywaniem live albo brakowało mu piątej klepki. Oślepiało to nieraz tragicznie, nawet patrząc w sam środek sceny, by jak najbardziej ich uniknąć.
Nagłośnienie? TOP, legendarne. Coś niezwykłego. Wokale, gitara DG, basy. Cud, miód, malina. Starcie tych nagłośnieniowców z PGE Narodowym byłoby legendarną potyczką. Na ulicę wychodziło się momentalnie, szkoda jednak, że władze miejskie Rzymu nie dorzuciły kilku autobusów więcej aby zawiozły większy procent osób pod Plac Wenecki na śródmiejską zajezdnie, trzeba z tego powodu było ponad kwadrans iść z buta. A centralnie nie pozdrawiam wszystkich, którzy palili na krzesłach w trakcie koncertu. Żenada, w przerwie było widać na matach pod krzesłami dziesiątki kiepów.
2 października (Czyli jak być sprytnym)
Jeszcze przed wyjazdem mój polski instynkt nie pozwalał mi zaakceptować, że będąc dwa pozostałe dni w Rzymie, w trakcie których zagra jeszcze DG, nie dałoby się go usłyszeć z bliska w tak ścisłym centrum na open air'ze poza terenem koncertu. Z odkupywaniem na ostatnią chwilę zawsze się waham, a dodatkowo jeśli już, to kupiłbym miejsce zdecydowanie bliżej sceny. Tam jednak chyba nikomu nie zmieniły się plany, więc nie szło już nic nabyć, a obserwowałem sporo ofert na r/ Davida. Plus finansowo, nie oszukujmy się, tysiaka ponad wyczarować nie szło mi przy kosztach ostatnich wyjazdów. Paręnaście minut kombinowania na mapie online pozwoliło mi ustalić, że mimo mocnego blokowania przestrzeni wokół terenu koncertu na ulicach obok, istnieje pobliska restauracja z balkonem, który w zasadzie mógłby dać jakiś widok. Dużo zastanawiania się nie było i poszedł formularz rezerwacji na wieczór 2 października. Chwilę później ktoś z restauracji ją zatwierdził. Miodzio. W sobotę, jeszcze przed wylotem poszło pytanie o trasę dojścia do lokalu, przy którym podniosłem jeszcze, czy jest możliwość ogarnięcia stolika na 4 osoby właśnie na tarasie. Akurat zwolniło się miejsce. Żyć nie umierać.
W dniu drugiego koncertu przybyliśmy w okolice sceny całkiem na czas. Przejście pod schody do restauracji było jednak lekkim wyzwaniem. Masa ludzi zatarasowała kafejkę na dole, gdzie ochrona i kelnerzy próbowali przegonić ludzi, którzy zamierzali tam stać bez płacenia za nic, choćby w lokalu. My jednak sprytnie podeszliśmy do ochrony, okazując rezerwację na mailu, żeby moment później być już na górze. Aż do tego momentu, nie wierzyłem, że to naprawdę wypali.
Decyzja była strzałem w dziesiątkę. Byliśmy nawet bliżej sceny niż w dzień poprzedni, chociaż totalnie po ukosie na prawo. Do ideału brakowało jedynie, gdyby nie było drzew. Tak dobrze jednak nie ma, mimo wszystko dało się pod pewnym kontem schylając głowę zobaczyć trochę chórku. O kulinariach rozwodzić się nie będę, rzec jedynie mogę, że była to jedna z najlepszych restauracji w jakich byłem, z przemiłą obsługą.
Znowu na scenę wyszedł Guy, przypominając, że koncert będzie nagrywany oraz chwaląc publikę z dnia poprzedniego za kooperację

. Nie rozpisując za dużo, opiszę skrótowo jedynie co wypadło lepiej tego wieczoru:
Luck & Strange - będąc już w mega humorze, znacznie lepiej do tego podszedłem i dobrze się tego słuchało
Time - nie było aż takiego uderzenia basu, ale przynajmniej wokal DG wypadł o dziwo lepiej niż 1 października
High Hopes - wczułem się już na maksa i było to znacznie lepsze doświadczenie
A Great Day For Freedom - teoretycznie lepiej drugiego wieczoru, ale trochę ze skrzyżowanymi palcami
In Any Tongue - na tym etapie było już nade głośno śpiewane, choć jednak w restauracji trzeba się było lekko hamować
A Boat Lies Waiting - bardziej się na ten kawałek nastawiłem drugiego wieczoru, przez co doświadczenie było już prima sort
Coming Back to Life - podobnie jak w Time (czyżby frontalne nagłośnienie krzywdziło wokal seniora? XD), na refrenie była super atmosfera z całym tarasem klaszczącym w dobrym rytmie
Sings - wiedząc już, że jest w secie, byłem na nim bardziej skupiony i siadł nade dobrze
Reszta utworów siadła porównywalnie. Comfortably nie spod sceny to nie było to, jednakże śpiewanie tego wraz z tłumem osób które już poprzełaziły prawie na teren koncertu ochronie ze strony ulicy, było unikatowym doświadczeniem.
Wieczór był naprawdę udany. Szczególne podziękowania dla małżeństwa Norwegów, którzy bawili się w najlepsze z nami przez cały czas. No i dla restauracji, która mimo że jest normalnie czynna do 22:45, tym razem spokojnie funkcjonowała jeszcze trochę po północy. Patent z tarasem u nich to wybitna opcja, gdyby ktoś kiedyś miał tam kilka koncertów innego wykonawcy i nie dysponował skarbcem pełnym złota lub trafił na debilną sprzedaż biletów z zaczarowanych linków na mailu
Trzeciego wieczoru czy to w restauracji, czy gdzieś w okolicy sceny na stojąco nie robiłem, bo jednak człowiek był już syty wrażeń koncertowych, a nie był niestety nasycony pięknem Rzymu - i nasyconym w mierne 5 dni nie został, to miasto na dwa tygodnie zwiedzenia, jak nie więcej.
Ogólnie co do setu na tej trasie, jest spoko. Przez kwestie wokalne teoretycznie taka rotacja choćby z Coming na One of These Days byłaby lepszym wyborem. Run Like Hell nie zniknęło z repertuaru bez powodu, on by temu nie podołał, a za moment może i nawet Guy będzie mieć problemy ze swoją sekwencją. Z własnych odczuć, jak pisałem, Marooned spokojnie na Keep Talking, Sings powinno być wcześniej w secie bo rozmywa się trochę na koniec. Trochę szkoda, że ekran jest tak rzadko używany. Wiadomo, jest Time, High Hopes, In Any Tongue, Dark And Velvet Nights ma spoko oprawę. Ale tego jest mało, czemu się dość dziwię.
Osoby, które lecą do RAH mogą być spokojne o widok. To inna sprawa niż Circus Maximus, każdy będzie miał scenę wbrew pozorom blisko względem Rzymu.
Pomimo kilku narzekań jakie padły w tym tekście, całość muszę ocenić w pełni pozytywnie. Trzeba być jednak w pełni pogodzonym, że Gilmour, zawieszając używanie głosu do śpiewu na lata, stracił go w sposób znaczący. Nie ma tragedii, ale nie jest za fajnie. Bez tego na uwadze psioczenie po fakcie "uuu jak nędznie wypadł" mija się z celem. Trzeba było z góry założyć, że 78 letni chłop po 8 latach totalnej przerwy w zasadzie, nie będzie popylał wokalnie. Myśląc w pełni na sucho, trasa Luck & Strange nie mogła raczej równać się trasie Rattle. Ale czy jest to nadal piękne doświadczenie? Dla fana absolutnie. Dlatego żegnałem w piątek demontowaną z Circus Maximus (Czy tam "Czirko Massimo" po włosku) scenę z tęsknotą. Jeśli był to ostatni raz kiedy widziałem kogoś z PF na żywo, to te dwa wieczory były tak czy siak bardzo godnym pożegnaniem.
Mam nadzieję, że miło się czytało, a tym co wybierają się na dalsze daty z trasy, życzę pięknych wrażeń
