Po Tallinie wiedziałem czego oczekiwać, a jednak 27 "odleciałem" wcale nie mniej. Skala Tauronu zrobiła swoje (byłem pierwszy raz), ale przede wszystkim - dźwięk, który - jak dla mnie - powalał. Słyszałem wszystko, było idealnie głośno (środek, okol. 10 rzędu). Co do innych rzeczy - nie wsłuchałem się jeszcze w Wickera (w Krakowie dał kopa jak trza, lepszego niż w Tallinie) - końcówka mocno zmieniona przez Adriana, na koncercie pasowało. Clansman, FtGGoG, Sign, Fear - sztychy koncertu. Chodź uczciwiej byłoby je określić jako "primus inter pares" bo przy każdym kawałku bawiłem się extra. Całość minęła zdecydowanie za szybko. Po wszystkim mogłem wyżymać sznurówki ...
Było ze mną 7 (w tym 5 bliskich bardzo) osób. Niektóre widziały Poznań '86 i Torwar '00. Część była we Wrocławiu '03. Byli na Gwardii, w Chorzowie, na Bemowie, w Stuttgarcie, ostatnio we Wrocku. Czyli - znają temat. Werdykt jednogłośny: REWELACJA. Wszyscy (z lekkim wahaniem bo przecie nie tylko Maiden koncertuje) głośno myśleli: "to był chyba najlepszy koncert jaki w życiu widział-am/em". Bliski to dla mego mięśnia sercowego pogląd
O walce i idiotach z gębami niezmąconymi jakąkolwiek myślą nie ma co wspominać - napisano tu chyba wszystko. Schodząc na ten wątek - chyba tylko w dwóch miejscach (mogą zaniżać) napisano co z tym robić: otóż REAGOWAĆ. Ja opieprzyłem dwóch - pomogło (a na Gołotę nie wyglądam, może siwizna zadziałała). W pewnym momencie miałem już łokcia gotowego, ale nie trzeba było użyć. Reagować - tyle można i to powinno się robić (piękny wist - wpakowanie kolesia do młyna

). W duchu dziękowałem Steve'owi, który podpowiedział Bruce'owi coby stonował nieco gawiedź. BRAWO i DZIĘKI!!!
28 nie był mi pisany - z bratem i synem (sam znalazł i uparł się, że tam jedziemy a potem z letka narzekał, że jednak lepiej było zostać na Maiden) podskoczyliśmy do Wiednia na Judas i Accept.
Na widowni była całkiem niezła geriatria - słowo, że tylu ludzi w takim wieku na takim koncercie jeszcze nie widziałem.
Piękna jak zawsze, ale tym razem jakoś wyjątkowo gra łysego Wolfa - tak szybko i czyściutko chyba nikt nie brzdąka. No i "Dla Elizy" na kilka tysięcy gardeł - zawsze łapie. Kto jeszcze nie zaliczył ten ma po co żyć

.
Na Judas fajna zabawa, głośno jak cholera (przy ryku Roba wiertło w uszach), bez względu na to jak głośno hala próbowała pyszczyć - była kompletnie przykryta dźwiękiem. Ruiny - dla mnie ... ech, brak słów. CUDO. Chyba nigdy nie zrozumiem czemu tylko trzy kawałki z tak fajnej płyty poleciały. Generalnie świetny koncert, Rob jakiś taki jakby młodszy (głosem, bo broda siwa). Jak Bruce to on nie biegał, ale śpiewał znakomicie, choć po swojemu (czasem zwijał się w sobie coby tłocznię brzuszną wspomóc). Zespół w gazie. Nowi gitarzyści dają radę i robią naprawdę dobrą robotę, ładnie wymieniają się solówkami, szafa gra. Oby jak najdłużej.
No i gwóźdź programu - Glenn wyszedł na całe bisy. Dwójka młodziaków skromnie wycofała się do kąta, Glenn super godnie wyglądał. Jakoś tak miękko się wszystkim zrobiło. To był jedyny moment, kiedy hala wrzasnęła tak, że było ją słychać. Zagrał ostatnie trzy numery setu, trzeba przyznać, że wzruszenie czuć było na hali.
Cóż - w jeden weekend Maiden, Judas, Accept ... 1500 km za kółkiem w ok. 60 godz., jakieś 2 litry wypocone w Tauronie .... Super weekend
