Wczoraj wstałem o 4 rano, żeby iść na pociąg i dojechać do Wawy. A dziś do domu wróciłem o... 4 rano. Tak więc dla Priest spędziłem 24h na nogach. Ale było warto!
Pod Centralny Ośrodek Sportu Torwar dobiłem kilka minut po 9. No i tak sobie tam w pojedynkę czekałem, odliczając godziny. Niestety był to mój pierwszy gig od Berlina 2024, kiedy nie koczowałem z żadnymi znajomymi - co akurat miało się zmienić

Parę godzin przed otwarciem bramek podbił do mnie @Mikojaski, a potem @Caracalized. W kupie siła, więc między interesującymi rozmowami muzycznymi opracowaliśmy plan zdobycia barierek. Cóż, to powinna być formalność, bo przecież grzałem beton cały dzień, ale przezorny zawsze ubezpieczony - zaufanie do ochrony na eventach mam ograniczone, różnie z nią bywa. Mając w głowie absolutny shitshow, jaki spotkał mnie na ostatnim gigu Priest (Oberhausen 2025), wolę jednak dbać o takie kwestie - a jako, że w.w. Koledzy byli mniej obładowani niż ja (pomimo faktu, że sam wziąłem bardzo "taktyczny" outfit na ten wypad), więc puściłem ich przodem. Sumarycznie dobrze się stało, bo ochrona na Towarze była zdecydowanie nadgorliwa. Jeszcze chyba nigdy nie zdarzyło mi się, bym musiał wyciągać z kieszeni spodni portfel i dokumenty, co do których nie było wątpliwości, że są tymi właśnie przedmiotami! Już w środku "nie biegać" powtarzano jakieś tysiąc razy, także wtedy, kiedy ktoś po prostu szybko szedł... No naprawdę mogło być lepiej. Na szczęście nasz trik zadziałał, dzięki czemu na barierkę pod Faulknerem wszedłem prawie niczym nolanowski Agamemnon do Troi
No i oczywiście czekanie. 1h30 do supportu to jest długo (za długo), ale spędziliśmy ten czas gadając, więc jakoś tam zleciało. NO I PRZYSZEDŁ MOMENT NA THE BASTARD SONS, A MOŻE NA PHIL CAMPBELL'S BASTARD SONS, BO JUŻ NIE WIEM, JAK OBECNIE TA KAPELA SIĘ NAZYWA XD I tutaj lekki szok mnie spotkał, bo na etapie drugiej piosenki (Going to Brazil) uznałem, że to nie brzmi tak źle. Wtedy też zorientowałem się, że Campbelle zmieniły wokalistę, ten grubasek jest po prostu lepszy od strasznie cringowego frontmana sprzed roku. No szału nie było, ale nie było
aż tak źle, jak mogłoby być. Bo poprzedni śpiewak był dużo, dużo gorszy. Ale oczywiście żenada i tak została odnotowana, "fuck you Tyler Campbell" spowodowało u mnie mocnego facepalma

Spoko, że zagrali Heroes, Killed By Death na finał nawet spoko siadło. Ale... No nie, nie chcę tego oglądać więcej. A będę musiał, już w niedzielę

Poza kwestiami czysto muzycznymi, to na tym etapie uważam ten projekt za zwyczajnie niesmaczny, w złym guście. Zakopcie to 3 metry pod ziemią albo i głębiej, bo na tym etapie to coverowanie coverów i granie na emocjach, serio.
O setliście Priest pisałem już wcześniej w temacie zespołowym. Mówiąc krótko: uważam, że powinna być trochę inna, że kilka szans zaprzepaszczono. Początkowo odczuwałem w tym zakresie pewne rozgoryczenie, ale zespół zadecydował tak, a nie inaczej, a ja muszę z tym żyć. Lubię wszystkie utwory, które trafiły do seta, więc po prostu przestawiłem wajchę na "okej, po prostu idę tam dobrze się bawić". No i przyznam wprost, że zabawa była przednia. Miałem spore zastrzeżenia co do YGATC na start, ale finalnie za sprawą tej kurtyny nie jest to najgorszy otwieracz (choć mieli w karierze wiele dużo lepszych). Rysiek oczywiście dość szybko się ze mną przywitał

Jest w tym jakaś magia - kawałek materiału spada na podłoże i nagle człowiek zostaje wystrzelony do innego wymiaru

Zgadzam się jednak z Dzosefem, że to Metal Gods na drugim slocie to nie jest najlepszy wybór, bo pierwsze 10 minut jest jak na Priest zaskakująco powolne, oni przyzwyczaili mnie do wysokich obrotów na start. Te wysokie obroty miały oczywiście miejsce później, bo lekkie bydełko aktywowało się na Breaking the Law (ale ogólnie ten koncert był duuużo spokojniejszy od poprzednich). The Ripper nie ruszył mnie w ogóle, ja bardzo lubię wersję z Unleashed in the East, ale grany w tempie albumowym niestety sporo traci. Fajnie, że go odświeżyli, ale ekscytacji nie odnotowałem. CO INNEGO THE SENTINEL. Wiadomo, jak to jest z tym numerem. To wymagająca wokalnie kompozycja, więc nie zawsze wypada serio dobrze. Cóż, w przypadku warszawskiego gigu nie miałem wielkich oczekiwań, ale jednocześnie już pierwszy wykon na trasie był lepszy, niż się spodziewałem... No i przyznam, że Polska dostała naprawdę fajnego Sentinela. Po raz pierwszy od nie wiem kiedy, bo w Gdańsku w 2022 to był dość wymęczony performance, a tutaj Rob uciągnął tę bestię. NO I DESERT PLAINS, NO KUUUUURWA. To jest mój ulubiony utwór Priest, więc zawsze miło go usłyszeć. Co prawda tak mocno kojarzy mi się z koncertem w Ergo Arenie w 2015, że dla mnie mógłby w tym 2015 zostać i już z niego nie wychodzić, bo to wtedy był dla mnie bardzo magiczny moment (zresztą szczęśliwie uwieczniony na DVD), ale... No przecież nie będę narzekał

Każde kolejne Desert Plains cieszy serducho, a w Wawie dostaliśmy naprawdę udane wykonanie tego klasyka. Zamiast Lightning Strike chciałbym coś innego, bo jak już pisałem wcześniej, za często po niego sięgają... No ale paradoksalnie był to jeden z kawałków, które najbardziej pobudziły publikę

Ja sam nie okazywałem bierności i zabawa była dobra. Ale na kolejnej trasie poproszę już coś innego z tej płyty

Turbo Lover niczym nie zaskakuje, ale koncertowo bardzo go lubię, teraz wrócił po krótkiej przerwie i oczywiście tradycyjnie dało się odczuć, że wiele osób uwielbia ten numer, bo odkąd pamiętam wtedy jest bardzo głośno i generuje on masę bydła. No tutaj obyło się bez bydła, ale pod względem energii było intensywnie. Potem wyczekiwany przeze mnie Steeler z ekstremalnie satysfakcjonującym pojedynkiem gitarowym pod koniec - piękne! Do odhaczenia całego British Steel zostaje mi tym samym jeden numer, ale... No powiedzmy, że nie muszę go nigdy usłyszeć

Powrót do 70s w postaci Delivering the Goods superancki, nie spodziewałem się, że usłyszę tę piosenkę, a bardzo ją lubię. No i statystycznie patrząc, to do Wawy miałem na liczniku tylko 2 wiadome numery z Killing Machine, więc miło było to zmienić. A że padło na jeden z lepszych utworów z tego krążka, to nie narzekam
Kiedy z głośników zaczęło dobiegać syntezatorowe intro Panic Attack, miałem w głowie takie "o Jezu, dobrze już było, a teraz będzie męka". Grała sobie ta melodia, Halford stoicko stał sobie z boku sceny... I wszedł z tekstem dobrze xD Nie wiem, czy kiedykolwiek wcześniej widziałem, by to zrobił, zawsze się jakoś lekko rozmijał czasowo, a tutaj mu się udało. No, może w Niemczech, ale tam było słabe nagłośnienie i nie pamiętam. Anyway, to było pierwsze zaskoczenie. Bo drugim było to, że Robowi udawało się robić górki, które są wymagające. Ja po filmikach z BOBfestu byłem naprawdę pełen obaw co do tego, jak dziadzio Rob sobie poradzi, ale mija minuta za minutą, a on śpiewa coraz lepiej

Niektóre partie lekko zmieniał, żeby lepiej mu się to śpiewało, ale to były kosmetyczne zmiany, te najważniejsze elementy kompozycji dowiózł tak, jak należało to zrobić. A potem stało się Victim of Changes i było absolutnie wspaniałe, najprawdopodobniej mój najlepszy VoC w dorobku. Naprawdę mega się zaskoczyłem tym, jak Rob sobie z nim poradził. Znowu: były odstępstwa od tego, czego się spodziewałem, ale to na pewno nie było oszukiwanie publiczności ani nic w tym stylu. No wspaniały wykon, naprawdę. Ostatniego Victima na tym poziomie to chyba na Węgrzech w 2022 słyszałem, a może nigdy... No nie wiem, po prostu mega dobry performance. Ale przyznam, że Warszawa zapadnie mi też (i chyba przede wszystkim) w pamięć z uwagi na to, co było po VoC... MIANOWICIE HALLS OF VALHALLA. Wiecie, jak zaczynałem słuchać Priest, to ich ostatnim krążkiem w dyskografii był Nostradamus. Redeemer of Souls to była pierwsza płyta Judasów, której oczekiwałem jako fan. I Valhalla oczywiście z miejsca stała się moim faworytem. Potem były moje pierwsze koncerty Priest w Łodzi i Gdańsku, czyli znowu duże pokłady nostalgii. I niestety ta Valhalla gdzieś potem zaginęła w setlistach, co jest o tyle dziwne, że pomimo mieszanych odczuć fanów względem RoS, ten numer raczej bezsprzecznie od razu okrzyknięto mianem "modern classic". Dlaczego przez lata nie zadbano o jego lepszą obecność w secie - tego nie wiem, ale cieszę się, że po 11 latach nastąpił powrót. I ten powrót był kurwa spektakularny. Aż mi się oczy nieco zaszkliły, kiedy łysy cofnął mnie w czasie o ponad dekadę. I oczywiście, że wypadło to świetnie xD Jakby, na tym etapie już nie miałem słów. Piękne, wielkie, potężne. Halfordowi co prawda w pewnym momencie popsuł się mikrofon, jakieś efekty mu się tam ponakładały i na barierce skwierczało z głośnika, ale to trwało tylko chwilkę xD Potem (niestety) obowiązkowy Painkiller, który... Też wypadł dobrze xDDD No nie powiem, zjawiskowa sytuacja. Trzecia data na trasie, a Rob śpiewał tak, jakby już chwilę po tej Europie jeździli. Widać było po nim zmęczenie, ale był uparty i dowiózł także Painkillera. Bisy zaczęły się praktycznie bez żadnej przerwy, zespół dosłownie zszedł ze sceny i sekundę potem puszczono The Hellion. To już taka luźna część koncertu. Od kilku lat ten segment setlisty wygląda tak samo, dla mnie to generalnie czas na to, żeby na spokojnie pooglądać Priest i nacieszyć się ich widokiem. Żadnego efektu "wow", po prostu kilka hitów na finał. A one akurat dobrze leżą w tej części koncertu, więc chóralne śpiewanie Electric Eye, Hell Bent for Leather i Living After Midnight zawsze spoko. Krótkie pożegnanie z publiką i jak zawsze ta sama obietnica - The Priest will be back. I jak zawsze trzymam za słowo.
W tym miejscu jeszcze pokuszę się na garść przemyśleń. Nie wiem, kto to powiedział, bo to nie jest moja autorska myśl, ale możliwe, że kolejność tych utworów wynika z tego, że Halford do zaśpiewania bloku Panic Attack - Painkiller potrzebuje rozgrzewki. I te wcześniejsze numery dają mu tę możliwość. To nie był do końca równy koncert wokalnie, on całościowo był na poziomie bardzo dobrym, ale widać było, że sam wokalista był świadomy karkołomnego zadania, które na niego czekało. Być może dlatego ten wstęp jest taki, a nie inny. Niestety wieku się nie oszuka i to mi się teraz bardzo rzuciło w oczy. Podczas The Ripper nie ma pierwszej górki (
"you're in for a shock AAAA"). Zamiast tego Richie wyciąga tę nutę na gitarze. Z jednej strony szanuję Halforda za to, że nie sili się na coś, na co sił już po prostu nie ma, z drugiej... No smutno mi było, że doszliśmy do tego etapu

Ewentualnie było to podyktowane faktem, iż żeby wykonać tego screama, konieczna jest lekka modyfikacja tego fragmentu The Ripper (tak robili w 2018), ale nie wiem, no tak to po prostu wyglądało z mojej perspektywy. Druga rzecz: w wywiadach Richie mówił, że gra na gitarze jest obecnie dla niego cięższa niż kiedyś. I to też widać. On bardzo się stara robić show, nadal jest w tym świetny, udaje mu się zabawiać publiczność, ale na taką ilość interakcji jak kiedyś nie ma co liczyć. Faulkner dużo bardziej skupia się na grze na swoim instrumencie. Szkoda mi go, bo te jego problemy zdrowotne to nie jest coś, na co zasługiwał. Andy już od lat jest kimś więcej niż gitarzystą wspomagającym (tym był na Firepower) i fajnie, że tak dobrze wpasował się w zespół. Widok siwego Scotta nadal jest dla mnie czymś dziwnym xD Ian to absolutny szef, gość dosłownie od swoich pierwszych uderzeń w struny basu robił
ŁUB ŁUB NAPIERDALAJ WARSZAWSKA ZIEMIO, pięknie go wyciągnęli w mixie

Ogólnie nagłośnienie na barierce było gites, słyszałem dużo gorzej nagłośnione koncerty Priest, nie mogę narzekać na wrażenia akustyczne. Szkoda, że gdzie indziej bywało z tym inaczej, ale u mnie było serio gites. Publika zaskakująco młoda. W sensie, Priest udało się przebić do młodszej publiczności, ale w Wawie było jej naprawdę bardzo dużo, nigdy nie widziałem tylu młodych twarzy na Judasach. To w sumie miłe, a z drugiej strony czuję się dziwnie, kiedy pomyślę sobie, że ja w wieku tych młodych fanów byłem podczas trasy Firepower
Pozdrowienia dla wszystkich spotkanych Kuracjuszy - reprezentacja forum była liczna, więc pozwolę sobie na niewymienianie każdego z osobna, ale szczególne podziękowania ślę @Mikojaski i @Caracalized. Super się z wami bawiłem, bardzo fajnie było się w końcu spotkać (to akurat tyczy się też @Mefisto!). Do zobaczenia gdzieś tam w przyszłości, a w przypadku niektórych Forumowiczów - już w niedzielę
P.S. Nic nie złapałem, ale ja już nie muszę nic łapać
