Zamiast o samym koncercie napiszę kilka słów więcej o całym moim weekendowym wyjeździe, bo... mogę

A tak naprawdę to przypomniał mi trochę stare czasy, gdy byłem parę lat młodszy i tego typu wyjazdy potrafiły być "cotygodniowością". Zacznę od tego, że nie planowałem już żadnych koncertów Turbo w tym roku, a zwłaszcza tego w Tarnowie. Daleko, w niedzielę. No nie pasował mi zupełnie. Przez chwilę myśleliśmy o piątkowym Biłgoraju, ale potem doszliśmy do słusznego wniosku, że nam się nie chce jechać taki kawał. Jednak jakiś tydzień temu, szukając miejsca na okołoświąteczny wyjazd, zerknąłem sobie na kamerki na stoku w Tyliczu i zobaczyłem, że jest tam śnieg (okazał się w więkoszości naturalny, chcociaż poza stokiem było go niewiele) i ludzie tam jeżdżą. To spowodowało dużą ochotę na wczesne rozczpoczęcie sezonu zjazdowego i odświeżenia sobie jak to się robi, bo potem do świąt nie będę miał opcji na taki wyjazd. Szybkie ustalenia z rodziną i zapadła decyzja, że jedziemy do Tylicza na weekend. A jako, że po drodze między Tyliczem a Warszawą jest Tarnów...

Wiadomo jak to się musiało skończyć. Umówiliśmy się wstępnie z cockerem, że postaramy się dotrzeć.
Weekend zacząłem w piątek wieczorem w Warszawie, na piwku z kolegami. Powrót koło północy. W sobotę pobudka o 6:30 i za kierownicę. Szybkie zrzucenie rzeczy w apartamencie i na stok. 5 godzin jazdy. W niedzielę start od 10 (nie spieszyło nam się, bo rano była mżawka). Jazdy do 16:15, żeby zdążyć do Tarnowa, bo okazało się, że koncert o 19. Szybkie wycieranie sprzętu, przebranie się na parkingu i w drogę. Ciemno, mgliście, no ciężko się jechało. Dojechaliśmy o 18:40, o 19 Turbo weszło na scenę, wiec timing znakomity.
Sam koncert bardzo fajny. Intro puszczone bardzo głośno i trochę się obawiałem, że potem będzie za głośno (a pakując się w piątek zapomniałem stoperów). Na szczęście obawy były niepotrzebne. Bardzo fajnie to Konrad ustawił i w miejscu, gdzie stałem było idealnie. Sam klub nie był prosty do ogarnięcia, bo to podziemia, wąskie i długie. Na dodatek poprzedzielane przejściami. Publiczności sporo. Raczej spokojna. Było trochę bujania się, ale żadnego pogo, przepychania itp. Dzieciaki mogły spokojnie stać w tłumie. Set uważam, że dobry. Sporo Blizn, do tego Przebij Mur i Noc Już Woła (oba świetnie weszły) oraz Człowiek i Bóg z Tożsamości. Ze staroci też przyzwoicie, bo Już nie z Tobą to jednak porządny koncertowy numer (mimo, że mam go dość), a z debiutu wjechały dwa najlepsze: Ikar i "pazerny". Przez długi czas nie było nic z Kawalerii co w ogóle mi nie przeszkadzało, a wręcz mnie cieszyło (i tak będą ją męczyć cały przyszły rok). Aż w końcu nadszedł ten moment i wjechało "palenie Zgierza". Jak dla mnie to najgorszy numer z albumu, mogliby wybrać cokolwiek innego. Potem "galeon". Trochę lepiej, koncertowo dobrze wchodzi to "gaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaleon"

i koniec. 1:40 - trochę krótko jak na solowy koncert. Na dodatek niedobry marker wykreślił Niebezpieczny taniec. Na bisy poleciał Dzieci, które również mam dość dobrze osłuchane na żywo, więc końcówka zapowiadała się słabo. Na szczęście zakończyli Płaczem Grzeszników "on request" (tu podziękowania dla cockera za przekazanie oraz Przemka za realizację

). Ogólnie oceniam ten koncert bardzo dobrze. Na plus dźwięk, publiczność, set - choć ten mógłby być zdecydowanie lepszy, gdyby pozostał w nim Taniec i zagrali Może Tylko (brak tego ostatniego wyjaśniał nam Przemek po koncercie).
Po koncercie posiedzieliśmy chwilę z Cockerem, potem pogadaliśmy z Przemkiem i Tomkiem i czas było ruszać w drogę. Na szczęście koncert zaczął się w wcześnie, więc już o 1:10 byłem w pod domem, o 1:30 samochód rozpakowany. Potem tylko rozwiesić mokre ciuchy, szybki prysznic i o 2 spać. A dzisiaj pobudka przed 7 i szybko na rower do pracy, żeby napisać dla Was powyższą relację
Trochę mnie ten weekend zmęczył, ale jestem z niego bardzo zadowolony.