mic7 pisze:I jeszcze artykuł z nowego TR.
Od dłuższego czasu zabierałem się do napisania tych kilku słów, bowiem wypowiedź Pana Riggsa zacytowana w tej rubryce TR mnie zwaliła z nóg. Tak, to prawda - o tym jak R. Smallwood traktuje podwładnych krążą różne anegdoty i legendy - jedna z nich dotyczy zakończenia współpracy z Dougiem Hallem - nagłośnieniowcem IM, który z dużym powodzeniem "robił im dźwięk" od 1979 roku do 2011. Mówi się, że nie mógł już znieść apodyktycznego managera IM...
Co do Riggsa - facet najzwyczajniej w świecie ma żal, iż IM zrezygnowali z jego usług, zlecając mu rozmaite prace tylko epizodycznie. Mówmy wprost - to, co zrobił pod względem graficznym dla zespołu w latach '80 stanowiło marketingową lokomotywę sprzedaży na światowym rynku i zapewniło grupie gigantyczna popularność, praktycznie bez wsparcia mainstreamowych mediów. Ówczesne prace Riggsa pod względem warsztatowym, konceptualnym, artystycznym - można z perspektywy czasu uznać za kanon konwencji ilustracji wykorzystywanych przez artystów spod znaku HM... Jednak, jak to bywa w życiu - wszystko ma swój kres. Po 1989 r. stało się coś złego - tu nawet nie chodzi o to, iż Derek zaczął malować źle, 'pacykarsko' - wypalił się pod względem konceptualnym - niemal zawsze mieląc niczym mięcho na klopsy - te same szablony, odnosząc się do "bezpiecznych konwencji", które czyniły jego prace karykaturalnymi. Okładka "NPFTD" ustępuje jego poprzednim pracom - mało tego, chyba nawet efektowniej wypadały obrazki zdobiące single z 1990 roku. Oczywiście pośpiech przy pracy nad ósmym albumem i brak pomysłu na całokształt oprawy estradowej - też nie ułatwiały pracy.
Co do tego, czyje były pomysły - to już wielokrotnie muzycy i Rod wspominali, iż zawsze mają szereg pomysłów, decydują sami które są dobre i jak je wykorzystać, następnie zlecają pracę grafikowi, zostawiając mu jednak pewną swobodę... Popatrzmy zatem na "pomysły" Riggsa na kolejne okładki dla IM: Szkic do Fear of the Dark - dramat na poziomie ilustracji do książki dla dzieci w wieku 10 +, A real Live One - całkiem dobry, trafiony pomysł, niemniej już A real Dead - nie jest aż tak fascynujący. I w zasadzie ta tendencja stała się regułą. Okładka do The Wicker Man - nie dziwię się, że wykorzystano tylko Eddie'go z chmury, potem poster Donington 2007 zrobiony tą nieszczęsna grafiką komputerową.... Podobnie Gamma Ray - facet zawiesił się na poziomie latających machin i piramid bogów rodem z indyjskich Weddów i praktycznie zawsze obraca jeden i ten sam koncept.
Czy okładki stworzone dla IM przez innych autorów są aż tak złe, śmiem twierdzić, że nie: popatrzcie na FotD, TXF, AMOLAD czy nawet ostatnią (wraz z całym konceptem) - jest to za każdym razem inny koncept, nieco inny warsztat, kontekst ukazania Eddiego, który nie da się ukryć - od lat 80 zmienił się, momentami nawet zbyt bardzo (TFF), niemniej - nie da się ukryć, iż jest pomysłowo, z rozmachem. Oczywiście okładka do DoD to ewidentny niewypał... może trzeba było zrobić ilustracje w sepii w stylu średniowiecznej Danse Macabre, może wyrzucić te nieszczęsne postacie wygenerowane komputerowo i zostawić Edka z kosą...? Nie wiem, nie wyszło...
Riggs stwierdził, iż IM bolało, że ludzie kupują płyty grupy bardziej ze względu na okładki niż na muzykę i dlatego pragnęli zmarginalizować rolę grafika w ich powstawaniu. Jako dzieciak setki kaset i płyt kupiłem patrząc na okładkę a dopiero później poznając, doceniając lub nie muzykę. No i co z tego?! Po to jest okładka, żeby robiła wrażenie na nabywcy... za to płacą jej twórcy. A zapytam retorycznie - czy aby nie jest tak, iz to ostatnie 4 albumy Maiden generalnie były nieporównywalnie lepiej notowane na listach bestsellerów, niż te których autorem był Riggs?! No raczej NIE!!!
W latach '90 niemal każdy album sprzedawał się gorzej od swych poprzedniczek z minionej dekady, nie ze względu na okładki i ich autorów, lecz na znacznie mniej atrakcyjna zawartość muzyczną i zmiany trendu na globalnym rynku - tradycyjny metal okazał się bowiem passe...
W sumie nawet rozumiem żal Derek'a. Facet bez IM praktycznie nie istniej, choć zawsze skarżył się na sknerstwo kierownictwa IM to jednak "w epoce" głodem nie przymierał. Jednak nawet gdyby dziś Smallwood zaprosiłby Go znów do współpracy, obawiam się, iż jej efekt nie spełniłby oczekiwań fanów. W chwili obecnej o wiele lepiej sprawdzi się Mark Wilkinson, który przez ostatnie 37 lat wyrobił sobie potężna markę. Eddie z TBOS jest równie przerażający, atrakcyjny i realistyczny, jak jego klasyczne inkarnacje sprzed 30 lat. Nie chciałbym zobaczyć na okładce IM pastelowych kolorów i latających piramid z Eddiem wyjętym z jakiegoś przestarzałego komiksu, na dodatek wygenerowany w programie, który sprawia iż ilustracja pasuje bardziej do przestarzałej gry RPG niż na okładkę płyty klasyków heavy rocka...
Riggs nie powiedział czego bardzo istotnego. Od drugiej połowy lat '80 cierpi na zespół chronicznego zmęczenia, który potrafi uniemożliwić funkcjonowanie człowieka nawet przez pół roku. Choroba o podłoży psychosomatycznym niszczy pamięć, motywację, kreatywność, pcha w otchłań depresji. Ludzie na nią cierpiący powinni znajdować się pod stałą opieką psychiatry i neurologa, nie podejmować ryzykownych działań, oszczędzać siły, nie stresować się. Riggs w wywiadzie sprzed lat stwierdził, iż choroba ta jest w jego przypadku efektem stresu jaki towarzyszył mu permanentnie w okresie współpracy z mangementem Maiden. Otóż to kompletna bzdura, zazwyczaj zapada się na nią w wyniku zmian genetycznych, skłonności depresyjnych i paranoicznych (osobowość depresyjno - paranoidalna) i bywa ona efektem mikrouszkodzeń neuronowych oraz encefalopatii płatów mózgu... Artysta oskarżając o cokolwiek Maiden, którzy pewnie też nie są bez winy - powinien rozważyć, czy oby choroba (bardzo uciążliwa) nie odbiła się na atrakcyjności jego prac do tego stopnia, iż zespół zrezygnował z usług malarza...