Czwartek:
Skyline - tradycyjne wackenowskie hymny i zaproszeni goście. Tym razem byli to: Chris Boltendahl, Udo, Tom Angelripper, Doro. Na plusik acceptowy "Im A Rebel".
Helloween - najsłabszy koncert ze wszystkich jakie widziałem na tegorocznym WOA. Początkowe problemy z techniką można pominąć, ale zespół jakiś taki zblazowany, no i Deris, który odpuszczał trudniejsze partie wokalne. Słabo.
Blind Guardian - początkowo zbyt głośno ustawiona stopa mordowała ten koncert. Po kilku kawałkach dźwięk uspokoił się i można było spokojnie słuchać. Oczywiście na plus starsze utwory: "Traveler In Time", "Imaginations From the Other Side", "Valhalla".
Ozzy - jeden z lepszych koncertów festu. "Shot in the Dark" i pozamiatane. Dziadek wokalnie spokojnie dawał radę, oczywiście kilku mielizn nie zabrakło. Ozzy robił z siebie na scenie sporego głupka i o to chodzi.
Piątek:
Primal Fear - koncertowo ten zespół nie zawodzi. Może i setlista nie była zbyt porywająca, ale Niemcy na scenie to spory koncertowy żywioł. Było dobrze.
Suicidal Tendencies - nie moja bajka i jak się okazało chęci starczyło na 3 kawałki i to ledwo, ledwo...
Sodom - spóźniłem się na ten koncert i zobaczyłem połowę koncertu. Był "Agent Orange" i było kwadratowe thrash metalowe napieranie.
Rhapsody of Fire - za zespołem nie przepadam specjalnie, ale koncert obejrzałem bez bólu zębów. Takie tam patataje, bez szału.
Trivium - tyle się nasłuchałem o tym zespole, tyle pochlebnych opinii... Na żywo nic specjalnego nie pokazali i zupełnie nie zachęcili mnie to zapoznania się z ich twórczością.
Bullet - o kapeli nic a nic nie wiedziałem. Poszedłem na koncert, bo na głównych scenach nie było nic ciekawego dla mnie. Bardzo fajne granie, na scenie chłopaki z wielkim luzem. Na pewno muszę zapoznać się z ich muzą.
Judas Priest - pozamiatali. Kapitalny koncert i wspaniałe show. Halford w miarę dobra forma, chociaż momentami niedomagał. "Painkiller", "The Sentinel" - to na pewno położone wokalnie. Setlista powaliła mnie bez dwóch zdań ("Blood Red Skies"!!!, "Night Crawler"), a to co działo się podczas "Breaking the Law" to mistrzostwo świata. W tym kawałku Halford nie zaśpiewał ani jednego słowa, nawet nie miał mikrofonu przy sobie. Po prostu tylko nakręcał publikę do jeszcze głośniejszego śpiewu. Świetna produkcja sceniczna - tutaj było wszystko. Rozbudowana scenografia, dymy, lasery, ognie i pirotechnika. Wypas.
Airbourne - kapeli w domu nie słucham, koncert zaliczyłem po raz 3. I to był największy ze wszystkich. Mega show, mega scenografia, mega wszystko. Świetnie to się ogląda, ale gdzieś tak z tyłu głowy głosik mówi, że jednak w tym wszystkim muzyka jest ważniejsza. Mam wrażenie, że z płyty słuchając tych numerów mógłbym szybko się znudzić. Kiedyś na pewno sprawdzę i będę miał porównanie.
Apocalyptica - po dwóch wcześniejszych koncertach wyglądało to bardzo słabiutko. Zamulanie spore i jakoś nie miałem ochoty się "męczyć". Sprawę rozwiązał cover "Master of Puppets" zagrany jako 3-4 pozycja koncertu. Po nim stwierdziłem, że lepiej nie będzie i poszliśmy na piwo.
Sobota:
Moonsorrow - kolejne moje odkrycie tego festiwalu. Świetne granie, które sprawdziło się na żywo. Na pewno sprawdzę sobie kapelę z CD.
Onslaught - scena w Bull Head City. Jak dla mnie to mogliby grać na głównej. Totalna rozwałka na scenie. Ogień, moc i thrash metalowe petardy. Tutaj nikt nie odpuszczał i było grubo.
Mayhem - całkiem niezły koncert, tylko szkoda, że panowie (a szczególnie Attila) mają taką napinkę. Bez tego byłoby jeszcze lepiej. Fanem nie zostanę, ale przy kolejnej okazji sobie zobaczę.
Iced Earth - kolejny koncertowy gwóźdź festiwalu. Pożegnanie Barlowa w wielkim stylu. Nie spodziewałem się, że Matt będzie tak nakręcony na ten koncert i da z siebie totalnie wszystko. Świetna setlista, bo z nowszych kawałków to tylko... "Declaration Day". A tak to same killery. Trylogia "Something Wicked" i pozamiatane.
Avantasia - za zespołem nie przepadam, a koncert zaliczyłem cały. Tradycyjnie fajne show, no i sporo gości: Jorn, Kiske (!), Hansen i inni. Hansen i Kiske równocześnie na scenie - widok bezcenny.
Kreator - gwóźdź festiwalu nr 4. Co się działo w circle pit to poezja. Ten zespół za każdym razem masakruje na żywo i tutaj było podobnie. Jak dla mnie to troszkę inna setlista byłaby miło widziana, ale oczywiście nie narzekam
Motorhead - kilka razy mnie zawiedli na koncertach, ale tym razem było bardzo dobrze. Więcej rockendrollowych kawałków i to robi różnicę. "Bomber" i wielki ruchomy samolot nad sceną - wow
Children of Bodom - pograli prawie samo nowsze utwory, ale jakoś nie raziło to mnie. Kapitalne brzmienie i niezła produkcja sceniczna. Pod koniec występu ulewa zmasakrowała mnie maksymalnie i dobrze, że nic później nie grało.
Generalnie po tegorocznym festiwalu pozostał jakiś niedosyt... zabrakło mi większej ilości koncertów killerów. Ja naliczyłem 4 taki i to troszkę mało. Z siedmiu moich WOA ten oceniam jako jeden ze słabszych. Nie zmienia to faktu, że warto było pojechać, zobaczyć te wszystkie koncerty i poszaleć na niektórych z nich. Do tego fotki z: Matt Barlow, Markus Grosskopf, Freddie Vidales (basowy z Iced Earth)... Za rok znowu tam pojadę
Matt Barlow:
Markus Grosskopf:
Freddie Vidales:
