Mój piąty Open’er za mną. Z początku zanosiło się genialnie, potem seria słabych ogłoszeń, no i ogólnie lineup był niezły, ale bez rewelacji. Bywały edycje zarówno lepsze jak i gorsze. Co nie znaczy, że żałuję że pojechałem - o nie, bawiłem się świetnie. Pominę tutaj może atrakcje pozakoncertowe, takie jak zaliczenie 5 nowych minibrowarów w Trójmieście i okolicach, i skupię się na samym Open'erze.
Na początek kilka krótkich informacji, takie tl;dr.
1. Współpraca na linii AlterArt-Gdynia kwitnie i to widać, szacunek dla miasta że tak się przykłada do organizacji festu, autobusy śmigały na okrągło, wszystko ładnie oznakowane. Przy okazji pełno reklam miasta - Gdynia umie wykorzystać okazje, jakie stwarza Open'er.
2. Ludzi była cała masa - gdzieś czytałem nawet tezę o rekordowej frekwencji. To było widać.
3. Jedzenie: też na plus. 6 stref gastro (jedna na polu namiotowym, więc tak jakby 5). Tutaj pomogła moda na food trucki - zamiast stoisk typu "gumiasta zapiekanka, kiełba z grilla i karkówka 100g za milion dolarów", był ogromny wybór jedzenia z różnych gatunków, chyba każdy znalazł coś dla siebie. Kolejki czasem były ogromne, czasem wcale, ogólnie nie zdarzyło mi się stać po jedzenie długo. Było też całkiem sporo znanych mi food trucków z Wrocka - te olewałem, wolałem spróbować czegoś z innych rejonów Polski. Na minus i to dość spory: ceny. 25 zł za burgera, 27 za burrito (aż kupiłem z ciekawości bo autentycznie chciałem wiedzieć jak smakuje burrito za 27 zł

- tak samo jak to za dyszkę mniej), ogólnie poniżej 2 dyszek się nie schodziło, chyba że było mało/kiepsko. Na podstawie wrocławskich food trucków wiem, że ceny w większości były zawyżone o 5-7 zł w porównaniu z normalną ofertą; ja rozumiem chęć zarobku i fakt że wynajem miejsca kosztuje, ale trochę popłynęli z cenami.
4. Pogoda - 50/50. Pierwszego dnia krótka acz intensywna ulewa, ostatniego dość długi okres lekkiego siąpienia, 2 i 3 dnia pogoda ładna. Tragedii nie było, błocko się nie zdążyło wykształcić

5. Mam 27 lat, ale jestem starym człowiekiem - a przynajmniej na takiego się czuję po tym feście. Ludzie mnie wk***iali, na koncertach wolałem stać z tyłu niż pchać się w tłumie, i psioczyłem na timetable, że jak oni śmią taki fajny koncert dawać tak późno, o 1 w nocy to ja chcę spać a nie sterczeć na trawniku

serio, kilka koncertów odpuściłem bo były dla mnie po prostu za późno.
6. W strefie gastro pojawiła się Firestone Stage - niewielka scenka mieszcząca świetne, młode zespoły, na których w większości bawiłem się fantastycznie. Łatwo można było ją przegapić bądź zlekceważyć, a to byłby błąd.
7. Elektronika - to słowo klucz do tegorocznego Open'era. Jak nigdy było tu widać, że Ziółek nie umie zapraszać zespołów gitarowych, a rock kończy się u niego na Pearl Jamie i Faith No More. Zespoły gitarowe w tym roku w większości zawodziły, a zachwycały te specjalizujące się w elektronice.
Przejdźmy do konkretów, czyli samych koncertów.
Środa
+
Rosalie.
SOXSO - ten i powyższy koncert to występy z Firestone Stage, młodziutkie wokalistki z DJami tworzyły po części chilloutowe, a po części taneczne występy. Zabawa pierwsza klasa.
Shy Albatross - zespół z Natalią Przybysz na wokalu; pierwszy występ jaki widziałem na tegorocznym Openerze. Dobre otwarcie.
neutralnie
The Last Shadow Puppets - wokalista bez wątpliwości uważa siebie za ostateczne bóstwo seksu, a pod sceną nie zabrakło fanek które go o tym zapewniały. Niemniej było całkiem nieźle, dało radę. Myślałem, że będzie gorzej.
Florence + the Machine - nie jestem fanem Florence, baa, odstrasza mnie jej maniera wokalna - takie wycie

ale muszę przyznać, że na żywo wypada korzystnie. Zdecydowanie za bardzo egzaltowanie - co chwile powtarzane "I love you", "you give me hope" itd., ale tego się spodziewałem. Natomiast Florence jest bez wątpienia charyzmatyczną osobą i dobrą frontwomenką(?), która potrafi porwać publiczność. Ja się tam nie nudziłem, fani musieli być wręcz zachwyceni. Jak ktoś lubi - warto.
-
PJ Harvey – kompletnie nie moja bajka, nie wytrzymałem długo.
Savages
Czwartek
+
M83 - koncert festiwalu. Co do tego nie mam wątpliwości. Ale to żadne zaskoczenie, bo to jedyny zespół z tegorocznego Opka którego jestem ogromnym fanem, katuję go w kółko i musieliby ostro dać dupy żeby mi się nie podobało. Ale M83 nie daje na koncertach dupy, widziałem ich po raz trzeci i po raz trzeci to było 10/10, niesamowity miks wzruszeń, rozmarzenia i tanecznej petardy. "We Own the Sky" czy "Intro" były boskie, a "Couleurs" skakałem jak dziki. Trochę miałem obawy co do kawałków z nowej płyty - ale jak najbardziej dały radę, co prawda nadały temu koncertowi nieco innej tonacji niż poprzednie dwa na których byłem, ale to jest zmiana którą kupiłem w 100%.
Rebeka - widziałem ich już raz, więc wiedziałem że to pełna profeska, i tym razem nie zawiedli. Sprawdzona marka.
Caribou - słyszałem już zachwyty o jego występach live, i cóż... były prawdziwe. Niestety nie dane mi było być na całości - koncert zaczynał się o 1:30 i zwyczajnie w pewnym momencie odpadłem. Szkoda.
Coals - ponownie Firestone Stage. Przesympatyczny zespół ze śląska, chyba z najlepszym na feście kontaktem z publicznością.
neutralnie
Red Hot Chili Peppers - ich koncert był co najwyżej średni. Nie porwali mnie ani trochę, i z tego co czytałem recenzje - taki był ogólny odbiór ich koncertu. Zdecydowanie za dużo improwizacji, jamów, takiego popisywania się skillem zamiast grania piosenek - to było po prostu nudne. Do tego mierna setlista, co prawda RHCP słuchałem jakoś dekadę temu, ale słuchałem - a z całego koncertu rozpoznałem góra 3 piosenki. Nuda, panie, nuda! No ale "Californication" czy "Otherside" fajne

Spodziewałem się jednak czegoś lepszego.
-
Foals
Maria Peszek a.k.a. Największy Rak Polskiej Muzyki. Poszedłem zobaczyć, usłyszałem parę piosenek, w każdej próba prowokowania ludzi tekstami o Polsce, Bogu itd., dla mnie bardziej celebrytka niż piosenkarka. Albo "artystka" - w negatywnym tego słowa znaczeniu.
Beirut - na płytach to smętne popierdywanie, więc spodziewałem się że koncert będzie w podobnym stylu - no i był.
Piątek
+
Sigur Ros – bardzo lubię post rocka, aczkolwiek z Sigurami nigdy nie było mi po drodze. Nie mój kawałek tego gatunku. Niemniej byłem ciekawy jak wypadną na żywo i wypadli świetnie, przyjemna alternatywa do w większości energicznych występów innych zespołów. Mnóstwo ludzi siedziało/leżało na trawce, był klimat.
Paul Kalkbrenner – nie była to taka petarda jak Fatboy Slim w 2010 (dla mnie najlepszy koncert tamtej edycji), ale było blisko. Niestety nie byłem na całym – po 3 w nocy zmęczenie wzięło górę.
Zamilska
LCD Soundsystem – przesłuchałem przed koncertem dwie ich płyty, bardzo mi się nie podobały, więc poszedłem raczej od niechcenia, ale okazało się że na żywo wypadają o wiele lepiej. Pierwsza połowa otarła się o zajebistość, druga niestaty była nudniejsza, ale ogólnie i tak podobało mi się.
neutralnie
Nothing but Thieves
Agi Brine
-
Kurt Vile and the Violators
Sobota
+
CHVRCHES – gdy ich ogłosili to się zajarałem, bo znałem kilka ich piosenek i mi się podobały, potem przesłuchałem więcej i mój entuzjazm opadł, zbyt popowe na mój gust. Na koncert poszedłem lekko od niechcenia, a tymczasem zmietli mnie z powierzchni ziemi, genialny występ z przeuroczą, charyzmatyczną wokalistką. Takie zaskoczenia lubię!
Grimes – lubię jej twórczość, na koncercie wypadła jeszcze lepiej. Zachowywała się jakby wypiła tego wieczoru o jedną kawę za dużo, widać było że przeżywa występ i się nim cieszy. Ja też się cieszylem
We Draw A
Kygo
neutralnie
nic
-
The 1975
At the Drive-In – nie przepadam za taką muzyką (wg. Wiki „post-hardcore”), męczyłem się na tym koncercie, a i tak to była w mojej grupie najpozytywniejsza reakcja – inni znajomi spoglądali na mnie z pretensją “na co ty nas zaprowadziłeś”, “ja mam na ten koncert wyje***ne, chodźmy stąd” itd.

fanom gatunku pewnie się podobało.
Bastille – myślałem że będzie spoko, bo pomyliłem ich z jakąś inną kapelą. Okazało się że to kolejna „English indie rock band”
Pharella Williamsa czyli headlinera soboty jednogłośnie olaliśmy, to jakaś parodia a nie headliner, ani nie chciało mi się iść na chwilę pod Maina go pooglądać.
Jeśli miałbym robić topkę występów to wyglądałaby tak:
1. M83
2. CHVRCHES
3. Grimes
4. Sigur Ros
Podobało mi się, wręcz zastanawiam się czy w przyszłym roku nie bookować w ciemno i nie jechać bez względu na lineup. Tymczasem już za dwa tygodnie Colours of Ostrava (tylko na sobotę niestety), a za miesiąc – OFF, chociaż zastanawiam się czy nie wybrać się też tylko na piątek – bo trochę nie chce mi się cisnąć na cały festiwal, skoro sobota/niedziela interesuje mnie łącznie 4-5 zespołów. A potem może z Brutalem pokombinuję
