to i ja wrzucę swoje trzy grosze, dawno nie siedziałem na forum, więc witam po przerwie!
Na Prog in Park byłem nakręcony praktycznie tylko dla Opeth, chociaż Blindead dodał imprezie smaczku, bo ich muzyka jest naprawdę na najwyższym poziomie. Reszta zespołów ok, ale dla mnie bardziej ciekawostka niż zachwyt (mocno zapunktował u mnie jednak Solstafir, czego się nie spodziewałem). 20 sierpnia byłem chyba pierwszy w ogóle w Parku Sowińskiego, już chwilę po 12, kiedy wszystko było jeszcze w powijakach. Na teren festu można było już wtedy wejść bez problemu, co trochę mnie zaskoczyło, bo przez dobre pół godziny stałem na górze amfiteatru i oglądałem próbę Blindead, dopóki stojący techniczni się mną nie zainteresowali xD myśleli po prostu, że jestem od którejś kapeli, ale po wyjaśnieniu że jestem widzem, grzecznie poprosili o opuszczenie terenu do czasu otwarcia bramek.
Tak więc kręciłem się po parku, odsłuchując jeszcze prób Lion Sheperd i Riverside (już z daleka), a po ustawieniu przez ochronę bramek przed amfi zająłem zaszczytne pierwsze miejsce przy jednej z nich od strony parku. I tu moje kompletne zaskoczenie: na teren wpuszczano od 16, a o 15:30 za mną było jakieś 20-30 osób! Po zapoznaniu się z niejakim Bartoszem i poproszeniu o utrzymanie miejsca przy bramce przeszedłem się do wejścia od strony ulicy Elekcyjnej. I dość szybko przekonałem się, że 98% ludzi jest ustawionych właśnie przy tamtych bramkach! Nie wiem czym było to spowodowane, organizator dał dużo wcześniej mapkę z zaznaczonymi wejściami, a jednak mało kto wpadł na pomysł przejścia od strony parku.
Po powrocie do swojej bramki przekonałem ochronę (ciągle padało), że może wpuszczą nas 3-4 minuty przed resztą. Tak też się stało i panowie ochroniarze sprawdzili mnie dosyć szybko, po czym wpuścili na fest. Po spokojnym przejściu do szczytu amfi i zejściu na płytę zająłem miejsce na przeciw środka sceny, trochę po lewej stronie (czekałem na Mikaela i Fredrika z Opeth). Tłum gęstniał bardzo wolno, ludzie z tego co widziałem spod sceny najpierw rzucili się do food trucków i po odbiór merchu, więc kultura była.
Ok. Tak wyglądała sytuacja przed rozpoczęciem koncertów. Przejdźmy do konkretów:
O 16:40 na scenie pojawił się pierwszy zespół - polski Lion Shepherd. Panowie dostali pół godziny, zagrali mało przekonująco, ich muzyka szczerze mnie nie przekonała ani nie porwała, chociaż widać w nich radość gry i niektóre dźwięki, jak chociażby nawiązania do muzyki indyjskiej były może i ciekawe.
17:30 - na scenie pojawił się Blindead. I tutaj morda mi się ucieszyła, bo ich muzyka jest ciekawą mieszanką sludge, doom i metalu progresywnego, a ich albumy stoją u mnie na wysokich pozycjach polskiej sceny metalowej. Zagrali porządny mocny set, pokazując, że warto wybrać się na ich indywidualny koncert. Ja ich łykam bez popity!
Kolejni mieli okazję zaprezentować się Islandczycy z Solstafir. Godzinny set minął nie wiem kiedy, ich muzyki wcześniej nie znałem, a show jaki zaprezentowali stawiam na 2 miejscu tego dnia. Wokalista miał świetny kontakt z publiką, łaził po barierce podtrzymywany przez ludzi, znał kilka słów po polsku. Reszta zespołu trochę mniej wchodziła w interakcję z widzami, ale ogólnie ich występ spowodował, że zastanawiam się nad ich klubowym koncertem w Krakowie 10 XII
Riverside. I tutaj, hm... pewnie jest wśród nas kilku, może nawet wielu fanów zespołu Mariusza Dudu, więc nie zrozumcie mnie źle, ale ich koncert po prostu mi się nie podobał. Przemęczyłem się na barierce przez tą ponad godzinę, bo chociaż mieli 70 minut, trochę przedłużyli set. Zespół wrócił do koncertowania po stracie gitarzysty Piotra Grudzińskiego, więc życzę im jak najlepiej, ale nie rozumiem ogólnych zachwytów nad ich twórczością. Ale było ok.
I nadeszła godzina 22. Po zwinięciu ze sceny gratów Riverside, technicy sprawnie przygotowali miejsce dla gwiazdy wieczoru - Opeth. Tu chcę dodać, że w ogóle organizacja sceny przez cały fest szła sprawnie i bez większych opóźnień. Szwedzi pojawili się w ogólnym aplauzie publiki, wzięli do ręki instrumenty... i zaczął się jeden z najlepszych koncertów na jakich byłem w życiu. Rozpoczęli jak zawsze podczas trasy promującej rewelacyjny album "Sorcerres" od kompozycji tytułowej, przechodząc do monumentalnego wykonania jednego z ich najlepszych utworów jakie kiedykolwiek nagrali, czyli "Ghost of Perdition". Potem były takie smaczki jak "Demon of the Fall" z "My Arms, Your Hearse", przepiękne "In My Time of Need", czy "Heir Apparent" z "Watershed". Zespół jest na scenie bardzo statyczny, każdy muzyk ma swoje przypisane miejsce i nie ma szaleństw jak u Maiden i dobrze, bo ich muzyka potrzebuje spokoju żeby brzmieć tak jak powinna. Ciężko, monumentalnie, a kiedy trzeba również spokojnie i delikatnie. Jeśli chodzi o set, Szwedzi wykonali jeszcze "The Drapery Falls" z uważanego przez wielu za ich najlepszy album "Blackwater Park", a po nim nastąpił początek końca - genialne, rewelacyjne wręcz "Deliverance" z miażdżącym popisem gitarowym pod koniec utworu. Zawsze mam ciarki jak słyszę ten utwór, ale to jak brzmi na żywo... zmietli publikę i łyknęli mnie bez popity!
Długo po koncercie Opeth dochodziłem do siebie, czekałem na to, żeby móc ich zobaczyć prawie 10 lat i powiem, że nie żałuję ani złotówki wydanej na Prog in Park. Cena 169 złotych wcale nie była wysoka i całkowicie uzasadniona przy takich zespołach. Organizacyjnie można było poprawić kilka rzeczy, chociaż prawie nie mam się do czego przyczepić. Ochrona ogarnięta (dzięki jednemu ochroniarzowi zdobyłem 3 kostki Opeth), kible w ilości wystarczającej, merch naprawdę niezły, foodtrucki ponoć nawet znośne finansowo (sam nic nie jadłem). Jeśli tak ma wyglądać za rok ten fest, a mam nadzieję, że stanie się on jednym ze stałych punktów polskiej mapy koncertowej, to zawsze z chęcią się na niego wybiorę!
Jedynym minusem był techniczny, który po koncercie Opeth podszedł do statywu Mikael'a Åkerfeldt'a i mimo moich (i nie tylko) próśb bezczelnie zajebał wszystkie kostki, łącznie z tymi ze sceny. Po czym pokazał mi fucka i odszedł w niesławie i burzy "kurw" itp. Udało mi się jednak zdobyć aż 4 kostki Fredrika, z czego 1 oddałem dzieciakowi stojącemu niedaleko mnie, a drugą dostał (nie wiem czemu

) pewien znajomy.
Powiem krótko na zakończenie - rewelacyjny wieczór, genialna dawka muzyki, świetna atmosfera. Kto był, wie. Kto nie był - niech żałuje!