Wróciłem i mogę na spokojnie napisać parę słów o "najpiękniejszym festiwalu świata", na którym panuje miłość, pokój i inne pierdolety, których szukać tam z lupą... Z góry uprzedzam, że jeśli ktoś z szanownych Sanktuarian jest fanem i regularnym bywalcem tego festynu to proszę wybaczyć i opuścić po prostu tego posta, nie kieruję moich słów do nikogo personalnie. W moim tekście jest na pewno wiele uogólnień, które mogą być dla kogoś raniące, ale niestety nie jest wykonalne, abym napisał, że jakiś tam ziutek spod drzewa na południe od małej sceny itp. był w porządku. Rozumiem też, że wiele osób się ze mną nie zgodzi, ale to co tam zobaczyłem, poczułem... muszę się z tym podzielić. Pragnę dopowiedzieć, że nigdy wcześniej nie byłem na tym festiwalu, a to co wyczytałem o nim w internecie jest totalną prawdą. Z góry przepraszam za chaos w tekście.
Jak tylko usłyszałem, że Judasi zagrają na Woodstocku/Pol'andRocku (będę te nazwy stosował zamiennie), pomyślałem: "No jedziemy!". Moja dziewczyna od razu się zgodziła i podejrzewam, że gdyby nie koncert Rogera to również Sardi i Schizoid towarzyszyliby mi w tej podróży. Tak więc pokupowałem bilety na pociąg, aby wpaść na Judasów i zaraz po nich lecieć do Krakowa... wtedy jeszcze nie wiedziałem, jak bardzo będę odczuwał potrzebę spieprzenia stamtąd w siną dal.
Wyżej wymienieni koledzy oraz paru znajomych spoza forum odradzało mi wybieranie się tam, ale że nie było mi dane zobaczyć Rogera w Krakowie to wybrałem drugi najlepszy możliwy scenariusz, czyli zobaczenie po raz kolejny Bogów Metalu
Wyjechaliśmy w piątek rano po 7. Przejeżdżając przez większe miasta pociąg i tym samym nasz przedział zapełniał się. Wcześniej bardzo się obawiałem towarzystwa na jakie trafimy, ale było naprawdę całkiem przyjemnie... pewnie dlatego, że nikt stamtąd nie jechał na Wooda

W przedziałach obok widziałem sporo całkiem ciekawych okazów, ale o nich nie będę się rozpisywać, wystarczy, że powiem że byli to typowi, stereotypowi Woodstockowicze

Bardzo mocno ich nie pozdrawiam z tego miejsca.
Po dotarciu do Kostrzyna szukaliśmy przez około godzinę jakiejś przechowalni bagażu - bezskutecznie. Była godzina 16 i okrutna patelnia na zewnątrz, postanowiliśmy udać się do Maka i tam przesiedzieć największy upał. Po drodze wskoczyliśmy do Biedry, a tam pod sklepem tłum pijanych brudasów, niektórzy pili, niektórzy autentycznie rozwaleni jak królowie spali w najlepsze, nie muszę wspominać o zapachu a raczej odorze, który można było czuć w tamtym miejscu. Nie myślałem, że nawet w centrum miasteczka będzie taki wylew tego bydła. Na każdym trawniku, w parku, pod sklepami leżały niczym zwłoki (śmierdziało nawet gorzej miejscami) brudasy i waliły browary na zmianę z tanimi winiaczami (ahhh punk is not dead :DDDDD). Tak więc posiedzieliśmy w Maku do 19 i zaczęliśmy się zbierać w kierunku epicentrum całego tego zamieszania (będę je miejscami nazywał chlewem, choć to i tak za mało). Przechodząc znów w kierunku centrum, obok tych sklepów, przez parki zastanawiałem się tylko jak ludzie, którzy tam mieszkają na co dzień wytrzymują to co dzieje się tam przez około tydzień.
Nie spodziewałem się, że sam teren imprezy będzie aż tak oddalony od dworca. Dobrze jedynie, że nie musieliśmy korzystać nawet z jakiejkolwiek nawigacji - prowadziła nas fala brudu, która zalała Kostrzyn na parę dni. Im bliżej serca wydarzeń tym (co logiczne) więcej można było widać osób, które były uczestnikami festiwalu, oj nie da się ich pomylić z nikim innym - mieszanka żula z czymś jeszcze bliżej niedookreślonym. Obok pola namiotowego było sporo badziewnego żarcia, jakiś odpustowych pamiątek itp. Tam oczywiście w błocie leżały już osoby, które nie wytrzymały tempa imprezy. Co szczęśliwsi skończyli śpiąc na ławkach

Przejście dla pieszych było kontrolowane przez policję, gdy puszczali pieszych zbieranina wydawała z siebie okrzyki bojowo-radosne, robiła sobie zdjęcia z policjantami itp. (szczerze to chyba najfajniejsza i zabawna rzecz jaka mnie tam spotkała poza samym koncertem Judasów-tak to było też dość zabawne

).
Między drzewami na drodze było widać coraz większe stosy śmierdzących już śmieci w randomowych miejscach, nie były to przesypane kosze, czy worki... ktoś wymyślił, żeby tam wywalić parę puszek i każdy poszedł za nim. Coraz gęściej usytuowane stosy na śmieci były oznaką, że idziemy w dobrym kierunku. Tutaj już zaczął się długi rząd namiotów, w których mieli spać uczestnicy festiwalu. Namiot - stos śmieci - namiot - jeszcze większy stos... Czy obok czegoś takiego można K**WA spać?! Ktoś pomyśli, że no przecież gdzieś trzeba wyrzucać... No tak, były specjalne strefy do tego wyznaczone, niektóre nawet nie zapełnione w połowie
W końcu zaczęliśmy zauważać zarys diabelskiego młynu, a dźwięki ze scen były coraz głośniejsze. Coraz gęściej ustawione namioty i tam stało się coś co uderzyło mnie najmocniej... W miejscu gdzie ludzie śpią, jedzą, piją, odpoczywają, gdzie w pobliżu nie było toi toiów można było poczuć wyraźny odór szczyny i kału na odcinku kilkunastu metrów... zostawię to każdemu do rozważenia samemu.
Weszliśmy już w strefę tych wszystkich małych scen, przystanków Jezusów, playów i całodobowych lidlów. Na horyzoncie ledwo zarysowywał się kontur głównej scen, gdzie za jakąś godzinę mieli swój koncert zacząć Judasi. Czemu ledwo spytacie? Przez ogromną chmurę kurzu i innych pyłów wznieconą przez doskonale bawiący się brudny tłum na Nocnym Kochanku. Bez bicia przyznam się, że jeszcze rok temu pewnie bym na nich poskakał i pośpiewał, ale to już materiał na inną dyskusję. Jak zobaczyłem tych ludzi, brudnych, pijanych i nie wiedzących do końca co się wokół nich dzieje, którzy wyśpiewywali każde słowo piosenek o ruchaniu i piciu byłem ogromnie zniesmaczony. Zastanawiałem się tylko, czy na Priest będzie choć w połowie tak dobrze, jeśli chodzi o odzew publiki. Przeliczyłem się ze 4 - krotnie.
Razem z dziewczyną nie należymy do najwyższych osób i obawialiśmy się jak będzie z widocznością, która przez wcześniej wspomnianą chmurę była i tak już średnia. Na szczęście na lewo od sceny około 40 metrów od niej znaleźliśmy mały wzgórek skąd wiedzieliśmy wszystko dobrze. Skończył Kochanek i publika w dużej mierze się rozeszła, "Wrócą" pomyślałem, znów się przeliczyłem, aż takich tłumów nie było, ale nie przeszkadzało mi to zbytnio. Niestety musieliśmy być z plecakami i średniej wielkości torbą, bo jak wspomniałem nie znaleźliśmy przechowalni... Tłum, który obok nas przechodził nie zważał na to co leży, stoi, po prostu łazili i wpieprzali się w ludzi jak wlezie, moja dziewczyna wylądowała prawie na ziemi bo jakaś brudna banda nie potrafiła obejść dwa metry w bok, gdzie nie było ludzi. Ale nie spodziewam się po takich osobach tak złożonych kalkulacji. Dym papierosowy, kurz i inne niezidentyfikowane substancje w powietrzu zaczęły dawać się we znaki, w gardle zaczęło mnie drapać i zaczęło się kaszlenie, niektórzy mieli maski przeciwsmogowe (jedyny okaz inteligencji uczestników tego chlewu). Dziewczyna dała mi chusteczkę, po jakiś 10 minutach oddychania w miejscu nozdrzy były na niej po prostu czarne owale. Jak ktoś kiedyś wyciągał filtr z maski przeciwsmogowej to wie o czym mówię. Gdy wysiąknąłem nos była po prostu CZARNA CZERŃ
W końcu wjechali Judasi. Samego koncertu nie będę opisywał, napisałem parę zdań w wątku zespołu i to powinno wystarczyć. Każdy zainteresowany wie jak to wyglądało, jakie zespół sprawiał wrażenie itp. Nie jestem osobą, która zna każdy tekst JP słowo w słowo, ale wydaje mi się, że mogę nazwać się ich fanem, a ludzie z którymi przyszło mi stać pod sceną nie zasłużyli, żeby usłyszeć choćby pół Breaking The Law nie mówiąc już o innych Sinnerach itp

Zespół chyba też wyszedł z tego założenia, bo obcięli 3 bardzo mocne elementy setlisty, które w Spodku wypadły niesamowicie. Ale otóż Ci ludzie, którzy nie mają najwidoczniej pojęcia, co Judasi zrobili i osiągnęli zaczęli skandować to nasze ukochane polskie "Napierdalać!"... To przelało czarę goryczy. Można tak krzyczeć do brudasów w klubach, nawet do mojego ukochanego Turbo, innych Acidów itp, ale do Judas Priest? Nawet nie wiem co o tym powiedzieć... Brak szacunku? Wiedzy? Jakiegokolwiek pohamowania? Nie mam słów... poważnie. Gdy Glenn wyszedł na scenę, chyba myśleli że to jakiś techniczny zbierać sprzęt, bo zero reakcji. Po koncercie Jurij Owsienko wyszedł i zawiedziony zaczął biadolić, że nie będzie miał zdjęcia z zespołem na co ludzie oczywiście "HOHO JAKIE GWIAZDY". Błagam? Bo nie chcieli zrobić zdjęcia z Owsiakiem? A kogo innego nazwać gwiazdą, jak nie właśnie Judasów?! Nocnego Kochanka? PEWNIE!
Jak najszybciej opuściłem teren imprezy znanym mi już moczowo-kałowym szlakiem, wśród stosów śmieci i brudnych kutafonów, którzy nawet nie ruszyli dupy, żeby posłuchać choćby Painkillera. Tak się da? 200 m dalej grają cholerni JUDASI, a ty będzie wpieprzać kiełbasę unurzaną w błocie i wrzucał fotki do konkursu na "Kto dłużej się nie mył". W okolicach dworca zaczepił mnie prawie płaczący facet, który zapytał, czy byliśmy na Judasach, on jechał tylko na nich, ale PKP zrobiło to z czego są znani (pociąg się spóźnił), oj jak mu współczułem. Dodatkowo spytał o Glenna, jak usłyszał, że wyszedł na bisy, tylko usiadł i powiedział dobranoc.
Chciałbym jeszcze poruszyć kwestie bezpieczeństwa, o których tak pieje Owsiak i każdy jego brudny zwolennik. Jak można mówić o bezpieczeństwie, gdy barierka z na koncercie np. Judas Priest jest stworzona z trzymających się pod rękę członków tego całego ichniejszego śmiesznego patrolu? A pomińmy kwestie czysto fizyczne. Czy zdrowym jest spanie w totalnym syfie, smrodzie i obok gówna? Czy aż tak cofnęliśmy się do paleolitu, że nie potrafimy zesrać się do toi toia, bo jest za daleko?
Wróciłem w spokojnych warunkach do Krakowa i cholernie cieszyłem się, że nie muszę być w Kostrzynie ani chwilę dłużej. Bardzo wiele refleksji mnie naszło po tym wyjeździe. Nie rozumiem ludzi, którzy jadą na to chlewowisko, nocują tam brudni, spoceni, osrani i pijani przez kilka dni, a potem cieszą się jacy to są wyzwoleni. Z Woodstockiem jest jak z Westworld - dopiero tam zauważamy prawdziwą, mroczną i zwierzęcą naturę gatunku homo sapiens (chyba że faktycznie zaliczyliśmy jakiś regres rozwojowy). Nie jestem osobą, która ma kija w dupie, nie lubi się bawić i uważa, że wszystko powinno być na baczność, ale to co tam się dzieje, a przynajmniej to co widziałem uwłacza według mnie jakiejkolwiek godności człowieka. Nie chciałbym, żeby najgorsze kundle spały w takich miejscach.
Ogólnie choćby grali na Woodstocku Maideni przez cały dzień, to nie wybiorę się. Nie chcę tam wracać i nikt mnie tam nigdy nie zaciągnie. Nie polecam nikomu o zdrowych zmysłach odwiedzać takich miejsc, spotykać tych ludzi i żyć w takich warunkach nawet przez pół godziny.