TOP 50 płyt - wyzwanie Schizoid (edycja 2020)
Moderator: Administracja i Moderacja SanktuariuM
Re: TOP 50 płyt - wyzwanie Schizoid (edycja 2020)
Poczytaj o jazzie, funku, czy soul, to się dowiesz przez co
As mankind hurled itself forever downwards into the bottomless pit of eternal chaos, the remnants of civilization screamed out for salvation - redemption roared across the burning sky... The Painkiller
Re: TOP 50 płyt - wyzwanie Schizoid (edycja 2020)
35. Peter Gabriel - So

Z piątym solowym albumem byłego wokalisty Genesis nie wiążą mnie żadne specjalne wspomnienia. To po prostu kapitalny album utrzymany w uwielbianej przeze mnie estetyce muzycznej lat 80-tych. Nie ma tu słabych kompozycji, hit pogania hit. Sledgehammer, Red Rain, w końcu Mercy Street i genialny duet z Kate Bush w Don't Give Up - jak można wydać tak znakomity album? Kiedyś będę musiał kupić winyla.
Ulubione numery: Don't Give Up, We Do What We're Told, Red Rain
34. Accept - Blood Of The Nations

Absolutnie rewelacyjny powrót Accept na scenę. Były wątpliwości, były niedowierzania, a gdy przyszło co do czego, zespół Wolfa Hoffmanna wytoczył ciężkie działa. Od mizernego Predator minęło 14 lat, w międzyczasie zespół prowadził ograniczoną działalność koncertową. Ten odpoczynek zrobił mu to na dobre, bo Blood Of The Nations jest niesamowicie konkretnym zestawem metalowych strzałów. I chyba nikt nie spodziewał się tego, że Mark Tornillo okaże się tak dobrym wyborem na gardłowego. Inny styl, niż Udo, ale zdecydowanie pasujący do teutońskiej muzyki. To zdecydowanie najlepszy krążek "nowego" Accept, choć Blind Rage i Stalingrad uparcie siedzą mu na ogonie. Byłoby inaczej, gdyby na płytę trafił genialny Time Machine - niestety jest to jedynie bonus track na niektórych wersjach płyty...
Ulubione numery: Teutonic Terror, No Shelter, Time Machine (bonus)
33. AC/DC - Highway To Hell

Ciekawie się złożyło, że zespół braci Young wylądował na mojej liście zaraz nad Accept. W końcu to właśnie AC/DC było jedną z głównych inspiracji dla tych drugich. Tak czy siak, znaleźli się tu nie bez przyczyny. Ostatnio odświeżam sobie tę bardziej interesującą część dyskografii AC/DC i przypominam sobie, jak świetną muzykę tworzył ten zespół. Highway To Hell to chyba jego najlepszy krążek. Ostatni z niezastąpionym Bonem Scottem (żeby nie było, Briana też lubię), na tym etapie wszystko było już dopięte na ostatni guzik. Grupa jawi się tu jako doświadczona, ale jednocześnie wciąż młoda i energiczna kapela. Nie uświadczymy tu słabych numerów, znajdziemy za to kompozycję, którą uważam za najlepszą w dorobku tego zespołu - Touch Too Much. Ale nie sposób zapomnieć o pozostałych kawałkach: Night Prowler (uwielbiam ten leniwy klimat!), Walk All Over You, Shot Down In Flames...Totalna rewelacja.
Ulubione numery: Touch Too Much, Shot Down In Flames, Night Prowler

Z piątym solowym albumem byłego wokalisty Genesis nie wiążą mnie żadne specjalne wspomnienia. To po prostu kapitalny album utrzymany w uwielbianej przeze mnie estetyce muzycznej lat 80-tych. Nie ma tu słabych kompozycji, hit pogania hit. Sledgehammer, Red Rain, w końcu Mercy Street i genialny duet z Kate Bush w Don't Give Up - jak można wydać tak znakomity album? Kiedyś będę musiał kupić winyla.
Ulubione numery: Don't Give Up, We Do What We're Told, Red Rain
34. Accept - Blood Of The Nations

Absolutnie rewelacyjny powrót Accept na scenę. Były wątpliwości, były niedowierzania, a gdy przyszło co do czego, zespół Wolfa Hoffmanna wytoczył ciężkie działa. Od mizernego Predator minęło 14 lat, w międzyczasie zespół prowadził ograniczoną działalność koncertową. Ten odpoczynek zrobił mu to na dobre, bo Blood Of The Nations jest niesamowicie konkretnym zestawem metalowych strzałów. I chyba nikt nie spodziewał się tego, że Mark Tornillo okaże się tak dobrym wyborem na gardłowego. Inny styl, niż Udo, ale zdecydowanie pasujący do teutońskiej muzyki. To zdecydowanie najlepszy krążek "nowego" Accept, choć Blind Rage i Stalingrad uparcie siedzą mu na ogonie. Byłoby inaczej, gdyby na płytę trafił genialny Time Machine - niestety jest to jedynie bonus track na niektórych wersjach płyty...
Ulubione numery: Teutonic Terror, No Shelter, Time Machine (bonus)
33. AC/DC - Highway To Hell

Ciekawie się złożyło, że zespół braci Young wylądował na mojej liście zaraz nad Accept. W końcu to właśnie AC/DC było jedną z głównych inspiracji dla tych drugich. Tak czy siak, znaleźli się tu nie bez przyczyny. Ostatnio odświeżam sobie tę bardziej interesującą część dyskografii AC/DC i przypominam sobie, jak świetną muzykę tworzył ten zespół. Highway To Hell to chyba jego najlepszy krążek. Ostatni z niezastąpionym Bonem Scottem (żeby nie było, Briana też lubię), na tym etapie wszystko było już dopięte na ostatni guzik. Grupa jawi się tu jako doświadczona, ale jednocześnie wciąż młoda i energiczna kapela. Nie uświadczymy tu słabych numerów, znajdziemy za to kompozycję, którą uważam za najlepszą w dorobku tego zespołu - Touch Too Much. Ale nie sposób zapomnieć o pozostałych kawałkach: Night Prowler (uwielbiam ten leniwy klimat!), Walk All Over You, Shot Down In Flames...Totalna rewelacja.
Ulubione numery: Touch Too Much, Shot Down In Flames, Night Prowler
As mankind hurled itself forever downwards into the bottomless pit of eternal chaos, the remnants of civilization screamed out for salvation - redemption roared across the burning sky... The Painkiller
Re: TOP 50 płyt - wyzwanie Schizoid (edycja 2020)
Te utwory AC/DC też bym wymienił jako ulubione.
Re: TOP 50 płyt - wyzwanie Schizoid (edycja 2020)
32. Emperor - In The Nightside Eclipse

Emperor był czymś nowym dla black metalu. Ich pierwsze nagrania stylistycznie być może nie wyróżniają się zbytnio na tle ówczesnej sceny, ale debiutanckim krążkiem pokazali, że mają na siebie oryginalny pomysł. Stanowiło go połącznie typowego dla blacku surowego i agresywnego brzmienia z podniosłością podkreślaną dźwiękiem klawiszy. Takie coś teoretycznie nie powinno ze sobą współgrać, gdyż koledzy po fachu wydawali wtedy płyty cechujące się czasami wręcz nadmierną surowością. Black metal Emperora był zupełnie inny od tego, co w tym samym czasie robili panowie z Darkthrone, czy Mayhem. To na swój sposób wyrafinowana i uporządkowana muzyka. Tutaj melodia spotyka się z intensywnością, a to za sprawą dwóch odmiennych szkół muzycznych: Ihsahn wychował się na Kingu Diamondzie, Iron Maiden i Judas Priest, natomiast Samotha zawsze ciągnęło w stronę Slayera. Twórczość Emperora, przynajmniej do pewnego czasu, była swoistym kompromisem, mostem łączącym te dwa światy. I to się sprawdzało. In The Nightside Eclipse to dziś legendarne wydawnictwo, nasączone pięknym klimatem i pełne wyśmienitych kompozycji. Ten zespół już na starcie był skazany na sukces i uznanie. Wieńczące płytę Inno A Satana to jeden z najlepszych psalmów dla rogatego, jakie słyszałem. A jednocześnie zapowiedź tego, że Ihsahn nie zatrzyma się na lekko trącącym infantylizmem, leśnym i obskórnym klimacie.
Ulubione numery: Inno A Satana, I Am The Black Wizards, Into The Infinity Of Thoughts
31. Kat - 666 (awans z miejsca 35)

Tutaj mamy natomiast infantylizm w pełnej krasie, miejscami napompowany do granic absurdu. Ale co z tego, jeśli okraszono go świetną muzyką? 666 nikomu nie trzeba przedstawiać, ten tytuł mówi sam za siebie. Uwielbiam ten materiał za jego młodzieńczą energię, kapitalne kompozycje (na próżno szukać tu słabych kawałków) i właśnie tę dziecinną otoczkę. "Szatan, szatan i rum" - mając więcej, niż 14 lat, nie da się tego traktować poważnie, ale hej - tematycznie to przecież wczesny black. Kostrzewski nie bawił się tu jeszcze w poetę/grafomana, przez co 666 jest najbardziej bezkompromisową, uderzającą prosto w między oczy płytą Kata. Początkowo brzmienie stanowiło dla mnie spory mankament, ale z czasem zauważyłem, że pasuje do warstwy muzycznej i przywykłem do niego. Dziwi mnie tylko, że zespół nie zdecydował się na wydanie pierwotnego mixu krążka, dostępnego na rocznicowej edycji wydawnictwa. Dla mnie jest dużo lepsze, a i kolejność utworów jakaś bardziej sensowna.
Ulubione numery: Diabelski Dom III, Czarne Zastępy, Wyrocznia
30. Magna Carta Cartel - Goodmorning Restrained (awans z miejsca 43)

Jedyne jak na razie LP tej szwedzkiej kapeli. Projekt Martina Persnera to dla mnie przede wszystkim niesamowity, oniryczny klimat, z jednej strony lekko nawiązujący do Pink Floyd ery Gilmoura, z drugiej jednak wymykający się szufladkom - nie znam drugiego takiego zespołu, jak MCC. Przy każdym kolejnym odsłuchu tej płyty łapię się na tym, że wcześniej nie doceniałem czegoś tak bardzo, jak powinienem. To chyba najlepiej świadczy o tym, jak dobre zdanie mam na temat Goodmorning Restrained. To świetny zbiór leniwnie płynących, ale nie nudnych, kompozycji, które przenoszą mnie w inne miejsce. Miejsce, które fizycznie nawet nie istnieje, ale jest piękne i spokojne. Cholera, niedługo trzeba będzie odpalić ten album po raz kolejny.
Ulubione numery: Dollhouse Decoration, This Time, Valiant Visions Dawn

Emperor był czymś nowym dla black metalu. Ich pierwsze nagrania stylistycznie być może nie wyróżniają się zbytnio na tle ówczesnej sceny, ale debiutanckim krążkiem pokazali, że mają na siebie oryginalny pomysł. Stanowiło go połącznie typowego dla blacku surowego i agresywnego brzmienia z podniosłością podkreślaną dźwiękiem klawiszy. Takie coś teoretycznie nie powinno ze sobą współgrać, gdyż koledzy po fachu wydawali wtedy płyty cechujące się czasami wręcz nadmierną surowością. Black metal Emperora był zupełnie inny od tego, co w tym samym czasie robili panowie z Darkthrone, czy Mayhem. To na swój sposób wyrafinowana i uporządkowana muzyka. Tutaj melodia spotyka się z intensywnością, a to za sprawą dwóch odmiennych szkół muzycznych: Ihsahn wychował się na Kingu Diamondzie, Iron Maiden i Judas Priest, natomiast Samotha zawsze ciągnęło w stronę Slayera. Twórczość Emperora, przynajmniej do pewnego czasu, była swoistym kompromisem, mostem łączącym te dwa światy. I to się sprawdzało. In The Nightside Eclipse to dziś legendarne wydawnictwo, nasączone pięknym klimatem i pełne wyśmienitych kompozycji. Ten zespół już na starcie był skazany na sukces i uznanie. Wieńczące płytę Inno A Satana to jeden z najlepszych psalmów dla rogatego, jakie słyszałem. A jednocześnie zapowiedź tego, że Ihsahn nie zatrzyma się na lekko trącącym infantylizmem, leśnym i obskórnym klimacie.
Ulubione numery: Inno A Satana, I Am The Black Wizards, Into The Infinity Of Thoughts
31. Kat - 666 (awans z miejsca 35)

Tutaj mamy natomiast infantylizm w pełnej krasie, miejscami napompowany do granic absurdu. Ale co z tego, jeśli okraszono go świetną muzyką? 666 nikomu nie trzeba przedstawiać, ten tytuł mówi sam za siebie. Uwielbiam ten materiał za jego młodzieńczą energię, kapitalne kompozycje (na próżno szukać tu słabych kawałków) i właśnie tę dziecinną otoczkę. "Szatan, szatan i rum" - mając więcej, niż 14 lat, nie da się tego traktować poważnie, ale hej - tematycznie to przecież wczesny black. Kostrzewski nie bawił się tu jeszcze w poetę/grafomana, przez co 666 jest najbardziej bezkompromisową, uderzającą prosto w między oczy płytą Kata. Początkowo brzmienie stanowiło dla mnie spory mankament, ale z czasem zauważyłem, że pasuje do warstwy muzycznej i przywykłem do niego. Dziwi mnie tylko, że zespół nie zdecydował się na wydanie pierwotnego mixu krążka, dostępnego na rocznicowej edycji wydawnictwa. Dla mnie jest dużo lepsze, a i kolejność utworów jakaś bardziej sensowna.
Ulubione numery: Diabelski Dom III, Czarne Zastępy, Wyrocznia
30. Magna Carta Cartel - Goodmorning Restrained (awans z miejsca 43)

Jedyne jak na razie LP tej szwedzkiej kapeli. Projekt Martina Persnera to dla mnie przede wszystkim niesamowity, oniryczny klimat, z jednej strony lekko nawiązujący do Pink Floyd ery Gilmoura, z drugiej jednak wymykający się szufladkom - nie znam drugiego takiego zespołu, jak MCC. Przy każdym kolejnym odsłuchu tej płyty łapię się na tym, że wcześniej nie doceniałem czegoś tak bardzo, jak powinienem. To chyba najlepiej świadczy o tym, jak dobre zdanie mam na temat Goodmorning Restrained. To świetny zbiór leniwnie płynących, ale nie nudnych, kompozycji, które przenoszą mnie w inne miejsce. Miejsce, które fizycznie nawet nie istnieje, ale jest piękne i spokojne. Cholera, niedługo trzeba będzie odpalić ten album po raz kolejny.
Ulubione numery: Dollhouse Decoration, This Time, Valiant Visions Dawn
As mankind hurled itself forever downwards into the bottomless pit of eternal chaos, the remnants of civilization screamed out for salvation - redemption roared across the burning sky... The Painkiller
- Bon Dzosef
- -#The Alchemist

- Posty: 12450
- Rejestracja: wt kwie 05, 2016 5:28 pm
Re: TOP 50 płyt - wyzwanie Schizoid (edycja 2020)
MCC cudowna płyta
Re: TOP 50 płyt - wyzwanie Schizoid (edycja 2020)
29. The Beatles - Abbey Road

Album idealny. Czego tu nie ma? Chyba tylko złych piosenek, choć fanem Here Comes The Sun nigdy nie byłem. Są tu spokojne i drapieżne utwory, kawałki romantyczne i smutne. Abbey Road to zdecydowane przypieczętowanie statusu zespołu w historii muzyki. Ukazanie tego, jak wszechstronnym bandem byli. Dla mnie ten krążek to w znacznej mierze strona B i tak zwane Abbey Road Medley, czyli wiązanka krótkich kompozycji głównie Paula McCartneya. Świetne domknięcie płyty. Ale i wcześniej znajdą się smakowite kąski, z których moim faworytem od dawna jest Oh! Darling z przeszywającą i ciężką ścieżką wokalną. Wybitny materiał, bez dwóch zdań.
Ulubione numery: Oh! Darling, Come Together, Abbey Road Medley
28. Sun Ra - The Nubians Of Plutonia

Sun Ra w bardzo "afrykańskim" wydaniu. W przeciwieństwie do wielu wydawnictw zwariowanego jazzmana, to nie zabiera nas daleko w kosmos, a do buszu Afryki. Sporo tu świetnych rytmów, które pamiętam, pomimo tego, że płytę słuchałem ostatnio pewnie z pół roku temu. Zresztą słyszałem ją tyle razy, że znam ją całkiem dobrze. Cenię ją przede wszystkim za kapitalne otwarcie w postaci Plutonian Nights i utwór numer 2, czyli Lady With The Golden Stockings, ale cały krążek mogę uznać za rewelacyjny. To zdecydowanie weosły, niezobowiązujący (choć i nie najprostszy) materiał, do którego uwielbiam wracać także z powodów sentymentalnych - była to jedna z pewnie pierwszych dziesięciu płyt jazzowych, jakie poznałem. Jakoś tak szczęśliwie się składa, że w nowe rejony muzyczne zawsze wprowadzają mnie świetne wydawnictwa.
Ulubione numery: Plutonian Nights, The Lady With The Golden Stockings, Nubia
27. Pink Floyd - The Division Bell

To mój pierwszy album Pink Floyd. Znacznie inny od poprzednich, bardzo czuć tu Gilmoura, który jest jednym z moich ukochanych artystów. O ile wcześniejsza płyta, A Momentary Lapse Of Reason, jest według mnie jedną z najsłabszych płyt Floydów (choć przy ostatnim odsłuchu kompletnego Delicate Sound Of Thunder bardzo mi się podobało, jak ten materiał brzmi na żywo), tak The Division Bell znajduje się w mojej czołówce tego zespołu. Uwielbiam nostalgiczny klimat, którym spowity jest ten album. Te kompozycje, często subtelne, są mi bardzo bliskie. Senne, okraszone wokalami Ricka Wrighta Wearing The Inside Out, swoisty hymn High Hopes, trochę bardziej żywe Take It Back - ja to wszystko kupuję w całości, ale o dokładkę nie proszę. The Division Bell stanowi piękne zamknięcie dyskografii kapeli, którą uznaję za genialną. The Endless River to dla mnie tylko dodatek, hołd dla zmarłego Wrighta.
Ulubione numery: High Hopes, Wearing The Inside Out, What Do You Want From Me

Album idealny. Czego tu nie ma? Chyba tylko złych piosenek, choć fanem Here Comes The Sun nigdy nie byłem. Są tu spokojne i drapieżne utwory, kawałki romantyczne i smutne. Abbey Road to zdecydowane przypieczętowanie statusu zespołu w historii muzyki. Ukazanie tego, jak wszechstronnym bandem byli. Dla mnie ten krążek to w znacznej mierze strona B i tak zwane Abbey Road Medley, czyli wiązanka krótkich kompozycji głównie Paula McCartneya. Świetne domknięcie płyty. Ale i wcześniej znajdą się smakowite kąski, z których moim faworytem od dawna jest Oh! Darling z przeszywającą i ciężką ścieżką wokalną. Wybitny materiał, bez dwóch zdań.
Ulubione numery: Oh! Darling, Come Together, Abbey Road Medley
28. Sun Ra - The Nubians Of Plutonia

Sun Ra w bardzo "afrykańskim" wydaniu. W przeciwieństwie do wielu wydawnictw zwariowanego jazzmana, to nie zabiera nas daleko w kosmos, a do buszu Afryki. Sporo tu świetnych rytmów, które pamiętam, pomimo tego, że płytę słuchałem ostatnio pewnie z pół roku temu. Zresztą słyszałem ją tyle razy, że znam ją całkiem dobrze. Cenię ją przede wszystkim za kapitalne otwarcie w postaci Plutonian Nights i utwór numer 2, czyli Lady With The Golden Stockings, ale cały krążek mogę uznać za rewelacyjny. To zdecydowanie weosły, niezobowiązujący (choć i nie najprostszy) materiał, do którego uwielbiam wracać także z powodów sentymentalnych - była to jedna z pewnie pierwszych dziesięciu płyt jazzowych, jakie poznałem. Jakoś tak szczęśliwie się składa, że w nowe rejony muzyczne zawsze wprowadzają mnie świetne wydawnictwa.
Ulubione numery: Plutonian Nights, The Lady With The Golden Stockings, Nubia
27. Pink Floyd - The Division Bell

To mój pierwszy album Pink Floyd. Znacznie inny od poprzednich, bardzo czuć tu Gilmoura, który jest jednym z moich ukochanych artystów. O ile wcześniejsza płyta, A Momentary Lapse Of Reason, jest według mnie jedną z najsłabszych płyt Floydów (choć przy ostatnim odsłuchu kompletnego Delicate Sound Of Thunder bardzo mi się podobało, jak ten materiał brzmi na żywo), tak The Division Bell znajduje się w mojej czołówce tego zespołu. Uwielbiam nostalgiczny klimat, którym spowity jest ten album. Te kompozycje, często subtelne, są mi bardzo bliskie. Senne, okraszone wokalami Ricka Wrighta Wearing The Inside Out, swoisty hymn High Hopes, trochę bardziej żywe Take It Back - ja to wszystko kupuję w całości, ale o dokładkę nie proszę. The Division Bell stanowi piękne zamknięcie dyskografii kapeli, którą uznaję za genialną. The Endless River to dla mnie tylko dodatek, hołd dla zmarłego Wrighta.
Ulubione numery: High Hopes, Wearing The Inside Out, What Do You Want From Me
As mankind hurled itself forever downwards into the bottomless pit of eternal chaos, the remnants of civilization screamed out for salvation - redemption roared across the burning sky... The Painkiller
- Bon Dzosef
- -#The Alchemist

- Posty: 12450
- Rejestracja: wt kwie 05, 2016 5:28 pm
Re: TOP 50 płyt - wyzwanie Schizoid (edycja 2020)
Division Bell super. Beatlesow nie lubię.
Re: TOP 50 płyt - wyzwanie Schizoid (edycja 2020)
Nie znasz się na rockandrollach. Twój poziom to Shakin Stevens.
02: Turbo (Kutno, Warszawa, Kraków) Wishbone Ash (Warszawa) Monstrum (Rzeszów) Soen (Kopenhaga)
03: Villagers of Ioannina City, Lady Pank, Zalewski, Icon, Turbo (Łódź)
05: Paul Quinn, Defenders of Steel, Hellhaim, Linkin Park (Sztokholm), Omen (Kraków?)
06: Omen (Warszawa), Mystic Festiwal, Metallica (Budapeszt), Iron Maiden (Hradec Kralove), MnC (SK, Łódź)
07: MnC (Pionki), Skunk Anansie, Judas Priest
08: Castle Rat, Soen
- Bon Dzosef
- -#The Alchemist

- Posty: 12450
- Rejestracja: wt kwie 05, 2016 5:28 pm
Re: TOP 50 płyt - wyzwanie Schizoid (edycja 2020)
Lepsze to niż dziady żyjące wciąż legendą KISS. Dwie ich płyty, których mogę słuchać to te, których ich fani akurat nie lubią, co by się zgadzało.
Re: TOP 50 płyt - wyzwanie Schizoid (edycja 2020)
Mój ulubiony album Pink Floyd! Też od niego zaczynałem 
Muszę posłuchać tego Sun Ra, lubię elementy etniczne w muzyce!
Muszę posłuchać tego Sun Ra, lubię elementy etniczne w muzyce!
Re: TOP 50 płyt - wyzwanie Schizoid (edycja 2020)
Na tej płycie pojawiają się dosłownie wszędzie, jeśli je lubisz, to krążek prawie na pewno Ci się spodoba.
Co do chłopaków z Liverpoolu - Abbey Road jest takim albumem, że powinien przypasować nawet sceptykom. Daleko mu do naiwności wczesnego okresu zespołu, jednocześnie nie jest zbyt eksprymentalny. Doskonale wyważony materiał.
Co do chłopaków z Liverpoolu - Abbey Road jest takim albumem, że powinien przypasować nawet sceptykom. Daleko mu do naiwności wczesnego okresu zespołu, jednocześnie nie jest zbyt eksprymentalny. Doskonale wyważony materiał.
As mankind hurled itself forever downwards into the bottomless pit of eternal chaos, the remnants of civilization screamed out for salvation - redemption roared across the burning sky... The Painkiller
Re: TOP 50 płyt - wyzwanie Schizoid (edycja 2020)
Abbey Road to jest absolutny kanon, płyta jest tak dobra, tak świetnie wyprodukowana i zagrana, że mnie po prostu zwaliła z nóg po pierwszym odsłuchu 16 minutowego medleya, a byłem już wtedy na full w progresie. Przy tym Division Bell to jest raczej mało ekscytujące granie. Chociaż też lubię.
- Bon Dzosef
- -#The Alchemist

- Posty: 12450
- Rejestracja: wt kwie 05, 2016 5:28 pm
Re: TOP 50 płyt - wyzwanie Schizoid (edycja 2020)
Pod względem produkcji rzeczywiście płyta niesamowicie wyprodukowana, miałem okazję słuchać jej na naprawdę topowym zestawie no i robi robotę. Ale kawałki, no nie. Jakieś wesołe pierdzenie, pioseneczki. Nie lubię takiego grania
Re: TOP 50 płyt - wyzwanie Schizoid (edycja 2020)
Abbey Road to absolutny geniusz i faktycznie chyba najbardziej przyswajalna płyta Bitli. Osobiście stawiam na Sierżanta Pieprza jako największe ich dzieło ale Abbey Road jest genialna.
Re: TOP 50 płyt - wyzwanie Schizoid (edycja 2020)
To zupełnie nie pasuje do Oh! Darling, czy I Want You (She's So Heavy), ale nie każdy musi przepadać za Abbey Road. Dla mnie ten songwriting jest niesamowicie inteligentny, wszystkie numery składają się ze spójnych części tej wspaniałej układanki.
U mnie Sierżant nigdy nie zdobył jakiegoś wielkiego poklasku, wolę takie Rubber Soul i Magical Mystery Tour. Choć to oczywiście dobry i ważny dla rocka krążek.
As mankind hurled itself forever downwards into the bottomless pit of eternal chaos, the remnants of civilization screamed out for salvation - redemption roared across the burning sky... The Painkiller
Re: TOP 50 płyt - wyzwanie Schizoid (edycja 2020)
Sierżant to dla mnie dzieło kompletne pod względem koncepcyjnym, songwriterskim i ogólnie wizji. Do tego to właściwie absolutny top jeśli chodzi o psychodelę co też jest plusem.
Re: TOP 50 płyt - wyzwanie Schizoid (edycja 2020)
A ja gubię się gdzieś w połowie płyty. Te środkowe numery nie robią mi tak, jak początek i koniec krążka.
As mankind hurled itself forever downwards into the bottomless pit of eternal chaos, the remnants of civilization screamed out for salvation - redemption roared across the burning sky... The Painkiller
Re: TOP 50 płyt - wyzwanie Schizoid (edycja 2020)
Rozumiem to bo spotkałem się już z takim odbiorem. Ja biorę ten album jako całość i wchodzi mi bez popity konkretnie - nawet środkowa część.
Ostatnio zmieniony śr lis 04, 2020 9:25 pm przez Zdan, łącznie zmieniany 1 raz.
- Bon Dzosef
- -#The Alchemist

- Posty: 12450
- Rejestracja: wt kwie 05, 2016 5:28 pm
Re: TOP 50 płyt - wyzwanie Schizoid (edycja 2020)
Końcówka I Want You (She's So Heavy) mi się podoba, takie King Crimson.
Oh Darling jak dla mnie pioseneczka.
Oh Darling jak dla mnie pioseneczka.

