Moj 10 wypad Open'era, co roku powtarzam, ze wiecej tam nie pojade, ale jakos sie dzieje, ze jednak tam docieram. I pewnie za rok tez pojade, jesli bedzie jakis sensowny rockowy/gitarowy dzien. A wczoraj zaliczylem:
1. Kim Gordon - nie wytrzymalem do konca, jezu jak mnie zmęczyło 40 min tego koncertu, grala chyba niecalą godzine, więc wyszedlem po 2/3 gigu. Rozumiem, ze to juz bardziej ambitne granie, trochę awangardowe, eksperymentalne, ale jednak no nie.
2. Maneskin - szczerze mowiac to nigdy nie zrozumialem fenomenu tego zespolu, pop-rockowe granie jakich wiele. Taki McDonalds, tj. opierdolisz na trasie, ale zeby w domu zjesc to raczej nie. Czyli zobaczylem na festiwalu, bo bylem, ale wiecej nie pojde, tym bardziej jakby grali gdzies solo koncert. Slabe, nudne wręcz granie. Irytujaca maniera wokalisty, caly zespol to produkt eurowizyjny, wiec chyba nie musze komentowac dalej jakosci. Stawiam teze, ze niedlugo sie o nich zapomni. Mam na mysli, ze jeszcze pograją tak ze 2 lata, a potem zejdą z gornych linii na plakatach festiwalowych, fejm sie skonczy, nastolatkowie podrosna i nie beda juz ich tak sluchac jak teraz. Tym bardziej, ze nie nagrali do tej pory nic ciekawego i sie to nie zmieni.
3. Foo Fighters - no tutaj sztos, festiwalowy koncert, a 2h 20 min byli na scenie. Bylo 22 kawalkow, upchneliby wiecej, gdyby nie to, ze w zasadzie wiekszość tych zagranych bylo mocno przedluzanych na zasadzie w srodku kawalka jest pauza, wyhamowanie, chwila zabawy z publika i dalej ogien. I zamiast 4 minut taki utwor grali 8 min. No spoko zabieg, ale nie w takiej ilosci, chociaz tez nie jest tak, ze to bylo turbo irytujace. Absolutnie nie. Warto dodac, ze zespol jest wybitnie dobry koncertowo, panowie mimo wieku +50 lat dalej w zajebistej formie. Tez jest takie mocne wrazenie, ze bawia sie tymi koncertami, ze nie walą ich tasmowo i nie aktorzą z gadkami itp. A jesli tak jest to sie dobrze maskuja
4. Tom Morello - solidna sztuka, chociaz warto dodac, ze wokalista jego bandu jest slaby. To nie tak, ze kiedy Tom gra kawalki RATM to jest wokal zawsze. Na Killing in the Name mikrofon skierowany do publiki i ludzie koslawo probowali to spiewac. PL to nie UK, gdzie wszyscy znaja tekst i się drą. Bariera jezykowa jednak jest, naturalna sprawa. Natomiast fajnie, ze odegral fragmenty riffow najwazniejszych numerow RATM, bylo Like a Stone odegrane w calosci jako Tribute dla Cornella (minus ze ten kiepski wokalista skaszanil ten utwor). Niestety urwalem przed ostatnią piosenka (Power to the People) z racji czekajacej mnie podrozy do Wawy.

