9. Nico - "Desertshore" (1970)
Nico zafascynowałem się nie dzięki The Velvet Underground, a niesamowicie mrocznemu "The Marble Index", którego strach byłoby mi słuchać w lesie czy na nieoświetlonym opustoszałym ogromnym parkingu, i nie dość, że to jest tak ponure to jeszcze ma ten ciekawy zarejestrowany przez półgłuchą ex-modelkę wokal nieco wychodzący poza tonację, ale to jest właśnie intrygujące, nie wyobrażam sobie, aby ktoś inny podkładał głos do tych zaaranżowanych przez Johna Cale'a tekstur. Lecz jak bardzo kocham "The Marble Index" i to jak konsekwentne jest, to jednak stawiam na, powiedzmy, mniej konsekwentne i bardziej eklektyczne stylistycznie "Desertshore", na którym mamy klimat poprzednika, ale i również bardziej kontrastujące ze sobą rzeczy, jak piękne pianino w The Falconer na tle którego czają się jakieś wirusy; jak była pandemia, to to była moja interpretacja, że to brzmi tak, jakbyś był w domu, stosunkowo bezpiecznym miejscu, a na zewnątrz ten koronawirus się czaił. Poza tym jest też a capellowe bardziej optymistyczne My Only Child czy piękna ballada Afraid i wzniosły finał All That Is My Own. Naprawdę dużo jest tu świetnych rzeczy na tym niespełna 30-minutowym albumie.
Ulubione utwory: The Falconer, Afraid, Abschied
8. Siouxsie and the Banshees - "Join Hands" (1979)
Wreszcie po bardzo trudnym dylemacie czy wstawić tu najpopularniejszy album Siouxsie and the Banshees czy może coś mniej oczywistego zdecydowałem się na tę drugą opcję. "Juju" zna każdy, kto kiedykolwiek zawiesił swoje oko na tym zespole i nie mam zamiaru umniejszać świetności tej płycie, dyskusyjnie może być przykładem najpopularniejszej w czyimś katalogu, kiedy przy okazji rzeczywiście jest najlepsza, ale odpowiedź nie jest taka prosta, kiedy każdy poprzedni longplay lśni nie słabiej i również "A Kiss in the Dreamhouse" z jednym lub dwoma słabszymi momentami jest wspaniałe i "Peepshow" fenomenalne, ta dyskografia jest naprawdę jakościowa i mi osobiście ciężko nie wyrażać większych zachwytów nad tym katalogiem, pewnie dlatego, że Siouxsie and the Banshees to mój ulubiony zespół post-punkowy. Od początku lubiłem tę muzykę, ale dopiero dwa lata później, licząc od dzisiejszego dnia plus minus trzy lata temu, naprawdę mi kliknęła i to za sprawą właśnie "Join Hands", które jest tak niesamowicie równe i konsekwentne w swojej konwencji i to, że całość rozpoczyna się bijącymi dzwonami dodaje jej jeszcze bardziej monumentalnego charakteru i takie Icon nie ustępuje w swojej chwytliwości takim Spellbound czy Happy House. I trio końcowych nagrań zawsze robi ciarki na mojej skórze, bo Playground Twist przechodzące w kołysankę Mother/Oh Mein Papa przechodzące w końcowy 14-minutowy punkowy jam The Lords Prayer to jest coś po prostu wielkiego i epickiego, nie tak łatwo mi wyrazić co to ze mną robi. Nie mogę też zapominać o świetnej atmosferze, nieco dziwnej i przytłaczającej, upiornej, ale nie do ekstremalnego stopnia, momentami nawet nieco rytualnej, świetne są też te ostre gitary Johna McKaya i bębnienie Morrisa. Nie mam pojęcia czy znam płytę, która miałaby przynajmniej zbliżony klimat do tej, dla mnie brzmi jak jedyna w swoim rodzaju.
Ulubione utwory: Playground Twist, The Lords Prayer, Premature Burial
7. Diamanda Galas - "Diamanda Galas" (1984)
Dostałem w pysk kiedy usłyszałem po raz pierwszy "The Litanies of Satan", ta kreatywność i absolutna emancypacja wolności twórczej po prostu mi zaimponowały i prawdopodobnie nie wierzyłem, że z samym głosem można aż tyle różnych rzeczy zrobić, oczywiście głos to nie tylko śpiewanie czy recytowanie czy mówienie, ale to, że Diamanda potrafi nim tak budować atmosferę i nim manipulować w studiu i z niego samego robić jakieś tła jest po prostu bardziej niż inspirujące, dla tego wokalu nie istnieje tylko i wyłącznie ten przysłowiowy pierwszy plan, to nie tylko słowa czy popisywanie się swoimi umiejętnościami, ale też właśnie klimat czy napięcie. Nie wstawiłem tutaj jej debiutu, a następcę z 1984, oba te dzieła kocham w bardzo zbliżonym stopniu, ale polemizować można czy eponim nie jest jeszcze bardziej koszmarny, drugie nagranie złożone z greckich znaków zatytułowane jakże pięknie Song from The Blood of Those Murdered ma same ścieżki wokalne i to brzmi tak, jakby niespokojne i uwięzione dusze tam były, prawdziwy aranżacyjny popis. Panoptikon ma natomiast w sobie trochę industrialnej elektroniki i jak tego słucham to mam wrażenie, jakbym po raz kolejny przeżywał paraliż senny, lecz ostatni album Diamandy "Broken Gargoyles" być może jeszcze bardziej daje mi to uczucie.