Top 50 płyt - wyzwanie - Caracalized

Zbiór ankiet i Waszych opinii dotyczących innych zespołów.

Moderator: Administracja i Moderacja SanktuariuM

Awatar użytkownika
Caracalized
-#Clairvoyant
-#Clairvoyant
Posty: 1283
Rejestracja: śr maja 21, 2025 4:53 pm
Skąd: Catland

Re: Top 50 płyt - wyzwanie - Caracalized

Post autor: Caracalized »

13. Lingua Ignota - "All Bitches Die" (2017)

Obrazek

Niespokojne gamelanowe dzwonienie przechodzi w intensywny noise z szalenie agresywnymi i gniewnymi wokalami, a potem ten wkurw przeradza się w neoklasyczne pianino z operowym wytrenowanym czystym śpiewem i właśnie na tym albumie możemy usłyszeć jak wielkim talentem jest Kristin Hayter, niesamowite jest to jak świetnie muzyka mająca swoje korzenie w industrialu może się łączyć tak dobrze z muzyką poważną, a nawet i folkiem, te elektroniczne tekstury naprawdę dobrze dopełniają to akustyczne instrumentarium. Kiedy pod koniec 2021 roku wydawało mi się, że jestem w absolutnym dole i gorzej być nie może, chciałem ze sobą skończyć niejednokrotnie i widziałem wszędzie zło i bezsens, to ta muzyka pomagała mi jakoś przeżyć, tak po prostu, i bardzo prawdopodobne, że jej zawdzięczam co nieco, wewnętrznie przeżywałem coś co nie jest bardzo dalekie od mocniejszych momentów tej zawartości. To było potrzebne mojej duszy, agresja połączona z absolutnym pięknem.

Ulubione utwory: All Bitches Die (Bitches All Die Here), Woe To All (On The Day Of My Wrath)
Awatar użytkownika
Cold
-#Rainmaker
-#Rainmaker
Posty: 7083
Rejestracja: śr wrz 14, 2005 6:27 pm

Re: Top 50 płyt - wyzwanie - Caracalized

Post autor: Cold »

Lingua Ignota - no niezła jazda po bandzie. Z jednej strony brutalnie ekstremalne, z drugiej intrygujące. Mroki Dead Can Dance, The Banshees, Bauhaus, Lacrimosy czy The Cure to przy tym prawie dyskoteka :wink:
Awatar użytkownika
Caracalized
-#Clairvoyant
-#Clairvoyant
Posty: 1283
Rejestracja: śr maja 21, 2025 4:53 pm
Skąd: Catland

Re: Top 50 płyt - wyzwanie - Caracalized

Post autor: Caracalized »

W rzeczy samej, tej muzyce jest sporo bliżej do Diamandy Galas niż wymienionych przez Ciebie grup :D Lacrimosy nigdy akurat nie słuchałem, ale od jakichś 15 lat co jakiś czas natykam się na tę nazwę.
Awatar użytkownika
Caracalized
-#Clairvoyant
-#Clairvoyant
Posty: 1283
Rejestracja: śr maja 21, 2025 4:53 pm
Skąd: Catland

Re: Top 50 płyt - wyzwanie - Caracalized

Post autor: Caracalized »

12. Deathspell Omega - "Paracletus" (2010)

Obrazek

Od początku mojej przygody z Deathspell Omega podoba mi się to jak niekonwencjonalnie podchodzą do black metalowej materii i co potrafią zrobić w jej obrębie i sam ten album jest tego absolutnie dobitnym przykładem, z tymi awangardowymi i atonalnymi zagrywkami i niestandardowymi wartościami rytmicznymi sprawiają, że nie są takim o quasisatanistycznym zespołem tworzonym przez edgy nastolatków, a czymś sporo więcej od tego. Wiadomo, hipsterzy od trockiego potrafią się spuszczać nad tym intelektualnym podejściem i wszelkimi filozoficznymi czy literackimi referencjami, ale nie bez powodu, bo ta muzyka jest naprawdę imponująca, potrafi być tak gęsta i atakować jak chmara jakichś jadowitych węży, dusić i przygniatać, a innym razem być naprawdę klimatyczna i melodyjna na swój sposób, ale też jest zagrana z dużą precyzją i w swojej techniczności nie ustępuje dużo jakiejś Gojirze czy Death, pomijając to, że praktycznie nie ma tu solówek; nie jestem w sumie do końca pewien, czy w tym pierwszym zespole też występują w ogóle, bardzo dawno ich nie słuchałem. Uwielbiam brzmienie tych gitar i naprawdę fajne jest to jak te utwory przechodzą między sobą, to sprawia, że ta płyta brzmi jak jedna wielka 42-minutowa kompozycja. Naprawdę świetna czysta produkcja, dzięki której jeszcze lepiej się słucha tej apokaliptycznej muzyki.

Ulubione utwory: Abscission, Wings of Predation, Dearth

11. Mercyful Fate - "Melissa" (1983)

Obrazek

Moje pierwsze spotkanie z tym zespołem nastąpiło w gimnazjum i miało to miejsce dzięki ich interpretacji utworu Judas Priest, który poświęcony został pewnemu znanemu angielskiemu seryjnemu mordercy. Czy muszę głośno mówić o jaki kawałek chodzi? Podejrzewam, że każdy tutaj lepiej lub gorzej orientuje się w twórczości kapeli z Birmingham, a nawet widziałem, że i Duńczycy z Mercyful Fate nie są tutaj obcy bardzo wielu Sanktuarianinom i bardzo mnie cieszy, że są tutaj tak bardzo doceniani. Naturalną koleją rzeczy było to, że po tym coverze sięgnąłem po Melissę i z miejsca zostałem oczarowany i zaintrygowany tym co usłyszałem, bardzo się wciągnąłem w tę muzykę i jak jeszcze poznałem niedługo później "Don't Break the Oath" to przez jakiś czas Mercyful Fate było nawet moim ulubionym zespołem, absolutnie mnie kupili wszystkim od tych świetnych riffów poprzez brzmienie poprzez diamondowe falsety. Ciężko było mi się zdecydować czy wolę ich debiut czy przysięgę, ale jednak stawiam na tego pierwszego klasyka, bo jest w swojej istocie bardziej konsekwentny i bardziej jakoś czuję tego diabelskiego pazura. Oczywiście, jak to u Króla, na następcy nie brakuje okultystycznych tematów i wspaniałej atmosfery, ale pewne momenty trochę mi psują odbiór całości, abym chociaż wspomniał o Gypsy, a "Melissa" nie ma ani jednego odstającego momentu i od początku do końca dobrze kopie. W rzeczy samej, Evil to absolutny klasyk i heavy metalowy banger wszechczasów, ale jednak wolę tutaj wyróżnić At the Sound of the Demon Bell, które ma masę świetnych motywów i te chóralne momenty są nie do zajebania przy tym RISE! RISE! RISE! oooo ooo oooo..... i oczywiście zawsze mam ciary jak Diamond wchodzi tutaj ze swoim wokalem wykrzykując nazwę znanego wszystkim święta, które odbywa się ostatniej październikowej nocy. Tyle wspaniałych rzeczy dzieje się w obrębie utworu, który trwa niecałe 5 i pół minuty i w obrębie całego tego krążka jest tyle świetnego groove'u i imponujących gitarowych zagrywek, że ciężko nie być tym połechtanym, zarówno ta sekcja rytmiczna, jak i gitary są jednymi z moich ulubionych w całej muzyce, nie tylko samym metalu.

Ulubione utwory: At the Sound of the Demon Bell, Satan's Fall
Awatar użytkownika
Caracalized
-#Clairvoyant
-#Clairvoyant
Posty: 1283
Rejestracja: śr maja 21, 2025 4:53 pm
Skąd: Catland

Re: Top 50 płyt - wyzwanie - Caracalized

Post autor: Caracalized »

10. David Bowie - "Blackstar" (2016)

Obrazek

Bowie postanowił zrobić pożegnanie w wielkim stylu, kiedy widmo śmierci go nawiedziło, i udowodnił, że w tak zaawansowanym wieku nadal można wytworzyć tak świeżo brzmiący i interesujący album. W pewien sposób imponujące jest to, że mając prawie te 70 lat nadal odkrywał nową muzykę i brał z niej inspiracje. Czemu swoją finałową dziesiątkę otwieram tym krążkiem, kiedy mogę z szerokiego katalogu Davida wybrać Station to Station, Scary Monsters, Earthling lub jakiś zupełnie inny longplay? Dla mnie to jest top3 tego artysty, nie jestem w 100% przekonany czy rzeczywiście numer jeden, ale jak pierwszy raz słuchałem czarnej gwiazdy to zrobiła na mnie nie mniejsze wrażenie od jego rzeczy z lat 70'. Przez całą karierę mocno żonglował stylami i wcielał się w różne persony, to sprawiło, że stał się dla mnie niesamowicie interesujący i trzeba powiedzieć, że dzięki niemu właśnie zainteresowałem się muzyką w szerszym stopniu. Początkowo chciałem dać Bowiego do honorable mentions, którego ostatecznie nie będzie, potem myślałem, by całą listę nim otworzyć, ale ostatecznie doszedłem do wniosku, że byłoby nie w porządku, gdybym potraktował go tak słabo, kiedy to jemu zawdzięczam taki punkt zwrotny w swoim muzycznym życiu. Dzisiaj nie mam ochoty zupełnie wracać do jego muzyki, ale wątpliwości nie podlega, że dyskografię ma imponującą i zamknął ją w potężnym stylu. Jak ktoś czyta te moje wypociny to wie, co mi się w tym albumie podoba, ile tutaj jest jazzowych naleciałości i jaki to po prostu ma świetny klimat, czuć że muzyk się żegna ze światem. Jedna dziewczyna mi kiedyś mówiła, że nie ma zamiaru nigdy słuchać tej płyty, bo nie pamiętam... popłakałaby się, poczułaby się źle przy niej czy nie pamiętam już co, ale do cholery... pomijam to, że Bowie nie był raczej kimś, po kim obca osoba naprawdę mogłaby płakać, ale artysta chce, aby jego muzyka była słuchana, więc jak ktoś wypuścił coś w obieg, szczególnie jeżeli mówimy o ulubionym wykonawcy, to słuchajmy tego! Szkoda naprawdę kogoś idealizować, Bowiego być może nawet szczególnie; muzycznie, jak najbardziej rozumiem, że można go podziwiać i ubóstwiać, ale byłbym ostrożniejszy z wynoszeniem go na piedestał jako osoby. I cóż, przez tę jedną osobę na pewno przez jakiś czas nie miałem ochoty na słuchanie Bowiego i ogólnie w sumie nie miałem, bo inna muzyka mnie interesowała, ale moja topka bez niego byłaby niekompletna.

Ulubione utwory: Dollar Days, Blackstar, 'Tis A Pity She Was a Whore
Awatar użytkownika
Saimon1995
-#Moderator
-#Moderator
Posty: 9379
Rejestracja: wt cze 18, 2013 2:37 pm
Skąd: Będzin

Re: Top 50 płyt - wyzwanie - Caracalized

Post autor: Saimon1995 »

Bowie - wybitna płyta. Bez dwóch zdań! Fajnie, że tak wysoko.
Awatar użytkownika
Frank Drebin
-#Lord of the flies
-#Lord of the flies
Posty: 3882
Rejestracja: ndz gru 10, 2017 7:39 pm
Skąd: Blashyrkh

Re: Top 50 płyt - wyzwanie - Caracalized

Post autor: Frank Drebin »

Caracalized pisze: pt wrz 26, 2025 4:15 pm 12. Deathspell Omega - "Paracletus"


11. Mercyful Fate - "Melissa" (1983)

Obrazek

Oczywiście, jak to u Króla, na następcy nie brakuje okultystycznych tematów i wspaniałej atmosfery, ale pewne momenty trochę mi psują odbiór całości, abym chociaż wspomniał o Gypsy, a "Melissa" nie ma ani jednego odstającego momentu i od początku do końca dobrze kopie.


Ciekawe, dla mnie Gypsy to najlepszy utwór na Oath. Przebojowy, to prawda, ale diabeł i tak aż się wylewa z tego kawałka. Myślę, że Emperor nie coverował go przez przypadek;-) Tak czy owak Melissa to ofc płyta wybitna, a Deathspell na tak wysokim miejscu - oryginalny wybór, nie powiem.
FotD = TOP5 albumów Maiden
Awatar użytkownika
Caracalized
-#Clairvoyant
-#Clairvoyant
Posty: 1283
Rejestracja: śr maja 21, 2025 4:53 pm
Skąd: Catland

Re: Top 50 płyt - wyzwanie - Caracalized

Post autor: Caracalized »

Gypsy to fajny utwór, ale dla mnie po prostu najsłabszy i jakoś najmniej interesujący na "Don't Break the Oath", a Night of the Unborn, Welcome Princes of Hell i Come to the Sabbath wydają mi się bardziej przebojowe ;)
Awatar użytkownika
Caracalized
-#Clairvoyant
-#Clairvoyant
Posty: 1283
Rejestracja: śr maja 21, 2025 4:53 pm
Skąd: Catland

Re: Top 50 płyt - wyzwanie - Caracalized

Post autor: Caracalized »

9. Nico - "Desertshore" (1970)

Obrazek

Nico zafascynowałem się nie dzięki The Velvet Underground, a niesamowicie mrocznemu "The Marble Index", którego strach byłoby mi słuchać w lesie czy na nieoświetlonym opustoszałym ogromnym parkingu, i nie dość, że to jest tak ponure to jeszcze ma ten ciekawy zarejestrowany przez półgłuchą ex-modelkę wokal nieco wychodzący poza tonację, ale to jest właśnie intrygujące, nie wyobrażam sobie, aby ktoś inny podkładał głos do tych zaaranżowanych przez Johna Cale'a tekstur. Lecz jak bardzo kocham "The Marble Index" i to jak konsekwentne jest, to jednak stawiam na, powiedzmy, mniej konsekwentne i bardziej eklektyczne stylistycznie "Desertshore", na którym mamy klimat poprzednika, ale i również bardziej kontrastujące ze sobą rzeczy, jak piękne pianino w The Falconer na tle którego czają się jakieś wirusy; jak była pandemia, to to była moja interpretacja, że to brzmi tak, jakbyś był w domu, stosunkowo bezpiecznym miejscu, a na zewnątrz ten koronawirus się czaił. Poza tym jest też a capellowe bardziej optymistyczne My Only Child czy piękna ballada Afraid i wzniosły finał All That Is My Own. Naprawdę dużo jest tu świetnych rzeczy na tym niespełna 30-minutowym albumie.

Ulubione utwory: The Falconer, Afraid, Abschied

8. Siouxsie and the Banshees - "Join Hands" (1979)

Obrazek

Wreszcie po bardzo trudnym dylemacie czy wstawić tu najpopularniejszy album Siouxsie and the Banshees czy może coś mniej oczywistego zdecydowałem się na tę drugą opcję. "Juju" zna każdy, kto kiedykolwiek zawiesił swoje oko na tym zespole i nie mam zamiaru umniejszać świetności tej płycie, dyskusyjnie może być przykładem najpopularniejszej w czyimś katalogu, kiedy przy okazji rzeczywiście jest najlepsza, ale odpowiedź nie jest taka prosta, kiedy każdy poprzedni longplay lśni nie słabiej i również "A Kiss in the Dreamhouse" z jednym lub dwoma słabszymi momentami jest wspaniałe i "Peepshow" fenomenalne, ta dyskografia jest naprawdę jakościowa i mi osobiście ciężko nie wyrażać większych zachwytów nad tym katalogiem, pewnie dlatego, że Siouxsie and the Banshees to mój ulubiony zespół post-punkowy. Od początku lubiłem tę muzykę, ale dopiero dwa lata później, licząc od dzisiejszego dnia plus minus trzy lata temu, naprawdę mi kliknęła i to za sprawą właśnie "Join Hands", które jest tak niesamowicie równe i konsekwentne w swojej konwencji i to, że całość rozpoczyna się bijącymi dzwonami dodaje jej jeszcze bardziej monumentalnego charakteru i takie Icon nie ustępuje w swojej chwytliwości takim Spellbound czy Happy House. I trio końcowych nagrań zawsze robi ciarki na mojej skórze, bo Playground Twist przechodzące w kołysankę Mother/Oh Mein Papa przechodzące w końcowy 14-minutowy punkowy jam The Lords Prayer to jest coś po prostu wielkiego i epickiego, nie tak łatwo mi wyrazić co to ze mną robi. Nie mogę też zapominać o świetnej atmosferze, nieco dziwnej i przytłaczającej, upiornej, ale nie do ekstremalnego stopnia, momentami nawet nieco rytualnej, świetne są też te ostre gitary Johna McKaya i bębnienie Morrisa. Nie mam pojęcia czy znam płytę, która miałaby przynajmniej zbliżony klimat do tej, dla mnie brzmi jak jedyna w swoim rodzaju.

Ulubione utwory: Playground Twist, The Lords Prayer, Premature Burial

7. Diamanda Galas - "Diamanda Galas" (1984)

Obrazek

Dostałem w pysk kiedy usłyszałem po raz pierwszy "The Litanies of Satan", ta kreatywność i absolutna emancypacja wolności twórczej po prostu mi zaimponowały i prawdopodobnie nie wierzyłem, że z samym głosem można aż tyle różnych rzeczy zrobić, oczywiście głos to nie tylko śpiewanie czy recytowanie czy mówienie, ale to, że Diamanda potrafi nim tak budować atmosferę i nim manipulować w studiu i z niego samego robić jakieś tła jest po prostu bardziej niż inspirujące, dla tego wokalu nie istnieje tylko i wyłącznie ten przysłowiowy pierwszy plan, to nie tylko słowa czy popisywanie się swoimi umiejętnościami, ale też właśnie klimat czy napięcie. Nie wstawiłem tutaj jej debiutu, a następcę z 1984, oba te dzieła kocham w bardzo zbliżonym stopniu, ale polemizować można czy eponim nie jest jeszcze bardziej koszmarny, drugie nagranie złożone z greckich znaków zatytułowane jakże pięknie Song from The Blood of Those Murdered ma same ścieżki wokalne i to brzmi tak, jakby niespokojne i uwięzione dusze tam były, prawdziwy aranżacyjny popis. Panoptikon ma natomiast w sobie trochę industrialnej elektroniki i jak tego słucham to mam wrażenie, jakbym po raz kolejny przeżywał paraliż senny, lecz ostatni album Diamandy "Broken Gargoyles" być może jeszcze bardziej daje mi to uczucie.
Awatar użytkownika
Caracalized
-#Clairvoyant
-#Clairvoyant
Posty: 1283
Rejestracja: śr maja 21, 2025 4:53 pm
Skąd: Catland

Re: Top 50 płyt - wyzwanie - Caracalized

Post autor: Caracalized »

6. Pharoah Sanders - "Karma" (1969)

Obrazek

Dzieło wypełnione bardzo optymistycznym przekazem, oddające cześć najwyższemu. Całe to uczucie wzniesienia i pogody, które daje ta płyta osiągnięte jest poprzez sukcesywne powtarzalne inkantacje Leona Thomasa i medytacyjny skupiony charakter tej muzyki, aranżacyjnie jest bogato i melodie wygrywane przez Sandersa są przepiękne, te dźwięki wydają się naprawdę wypływać z jego duszy, ale i pozostali muzycy są nie mniej uduchowieni, nie bez powodu to jest zresztą jeden z najważniejszych przedstawicieli tzw. spiritual jazzu. Faraon z powodzeniem rozwijał i kontynuował idee i koncepcje Johna Coltrane'a, z którym zresztą dzielił scenę w ostatnich latach jego życia i łatwo sobie wyobrazić jak dumny i wniebowzięty by był tym jak motyw z Acknowledgement został tutaj przekształcony; dwa kontrabasy naprawdę robią świetne harmonie tutaj! The Creator Has A Master Plan to jeden z najbardziej monumentalnych utworów w historii jazzu, trwa niespełna 33 minuty i te wschodnie, afrykańskie czy free jazzowe wpływy naprawdę dobrze się ze sobą tutaj łączą i genialne są te kontrasty; spokój i szczęście, których stwórca sobie życzył, okazują się być czczym życzeniem kiedy przerwane i poszlachtowane zostają przez przeszywający mrok, niepewność i cierpienie - być może ludzkość czy człowiek musi przejść przez różne turbulencje i zagłębić się w ciemności, aby osiągnąć nirwanę i dostrzec barwy i piękno jakie ten świat oferuje.

5. The John Coltrane Quartet - "Africa/Brass" (1961)

Obrazek

Tak jak i wielu muzyków jazzowych, albo przynajmniej kilkunastu lub kilkudziesięciu z nich, Coltrane ma naprawdę szeroki katalog i wybranie jednej jego płyty graniczy z niemożliwością, ale jednak jestem przekonany, że "Africa/Brass" to moja ulubiona propozycja od niego z czasów, w których jeszcze nie myślał o obraniu bardziej awangardowej i chaotycznej ścieżki w swojej podróży. Nietrudno zgadnąć, że ten free-jazzowy i bardziej hałaśliwy okres cenię sobie szalenie wysoko, ale zdecydowałem się dać do swojej topki Coltrane'a zupełnie innego, wypełnionego afrykańskimi wpływami i zorkiestrowanego, wręcz wyrazistego i przyjemnego w słuchaniu. Lider improwizuje i trafia w te dźwięki z niesamowitą precyzją, ale talent kompozycyjny ma nie mniejszy od swojego technicznego frazowania i Eric Dolphy naprawdę wspaniale te jego pomysły zaaranżował.
Awatar użytkownika
Caracalized
-#Clairvoyant
-#Clairvoyant
Posty: 1283
Rejestracja: śr maja 21, 2025 4:53 pm
Skąd: Catland

Re: Top 50 płyt - wyzwanie - Caracalized

Post autor: Caracalized »

4. Tim Buckley - "Happy Sad" (1969)

Obrazek

Gdzieś tam bardziej eksperymentalne i psychodeliczne albumy, czyli "Lorca" czy "Starsailor", cieszą się większym uznaniem i sam byłem zgięty kiedy usłyszałem to drugie wydawnictwo, bo znając wcześniejsze dokonania Buckley'a nie spodziewałem się, że dostanę coś tak szalonego, ale mimo, że kocham te płyty to jednak wolę "normalniejszy" okres jego twórczości. Oczywiście, krążek który wstawiłem potrafi mieć nieco dziwną i senną atmosferę, dzięki tym wibrafonom i marimbom zostało zajebiście to osiągnięte i właśnie lubię tę czystość w tym brzmieniu, do tego jeszcze te utwory, które mają bardziej rozjamowiony charakter i wspaniałe pasaże Lee Underwooda, gitarzysty o którym zawsze warto wspominać, gdy temat schodzi na Buckley'a, bo te improwizacje i brzmienie jego instrumentu są wspaniałe. Jak mówi sam tytuł, potrafią być bardziej pogodne momenty i smutniejsze, ale powiedziałbym, że to bardziej wysubtelnione jest i ta posępność nie uderza aż tak mocno jak przy jakimś The Cure, powiedzmy. Pojawia się to uczucie czegoś utraconego jak słucha się tej muzyki, ale i jest ogień w postaci najdłuższego na płycie Gypsy Woman, groove i moc są najbliższe rockowi, jeżeli mamy uwzględniać cokolwiek rockowego na "Happy Sad", ale to jest, jakbym mógł to określić, rytualno folkowy jam z dzikimi wokalami, świetne jest to tempo. Ciężko nie wspomnieć jak wspaniałym wokalistą jest Tim Buckley i co potrafi robić ze swoim głosem, nie zdziwiłbym się, gdyby improwizował przy tych nagraniach i wyśpiewywał po prostu to co przychodzi mu do głowy; jego głos ma różne barwy, potrafi być bardziej wysubtelniony i mieć taką głębię, innym razem bardziej szorstki i wejść w rejestry, których Halford by się nie powstydził. Przez jakiś czas jak zastanawiałem się nad tym jaka jest najlepsza i najbardziej perfekcyjna płyta jaką mogłem usłyszeć w swoim życiu to wskazywałem właśnie na "Happy Sad", teraz nie byłbym w stanie definitywnie podjąć takiej decyzji, ale urzeka mnie tu po prostu wszystko i balladowy finał, który pojawia się zaraz po tym dzikim jamie nadal sprawia mi ciarki jak tylko się zaczyna, to naprawdę jest jedno z najlepszych zakończeń płyt jakie można sobie wyobrazić.

Ulubione utwory: Gypsy Woman, Love From Room 109 At The Islander (On Pacific Coast Highway)
Awatar użytkownika
Caracalized
-#Clairvoyant
-#Clairvoyant
Posty: 1283
Rejestracja: śr maja 21, 2025 4:53 pm
Skąd: Catland

Re: Top 50 płyt - wyzwanie - Caracalized

Post autor: Caracalized »

3. Current 93 - "The Light is Leaving Us All" (2018)

Obrazek

Myślałem o zrobieniu małego oszustwa i wstawieniu "The Inmost Light", czyli pełnej trylogii do której należą "All the Pretty Little Horses" i sąsiadujące z nim epki, ale stwierdziłem, że jednak normalnie wstawię pojedyncze wydawnictwo i samo to było dużym wyzwaniem, bo twórczość Davida Tibeta jest tak jakościowa i ma tyle złota, że ciężko wybrać zaledwie jeden ulubiony album, mógłbym wstawić byle jaki długograj z najbardziej sztandarowego okresu Current 93 poczynając od "Thunder Perfect Mind" po "Sleep Has His House" i byłoby dobrze, ale ten projekt to nie tylko lata 90', a również są "Imperium", "Nature Unveiled" i naprawdę parę innych rzeczy, plus do tego okres "post-stapletonowski", czyli ten od 2010 roku do obecnego momentu i właśnie zdecydowałem się wybrać album z ostatniego 15-letniego przedziału czasowego. Słyszałem głosy, że C93 bez Cashmore'a i Stapletona, naprawdę bardzo długoletnich współtwórców tego kolektywu (tak to określmy), to nie to samo, ale "The Light is Leaving Us All" udowadnia, że Tibet w grupie innych artystów odnajduje się równie świetnie, Andrew Liles za konsoletą mikserską nie radzi sobie gorzej od Stapletona, produkcja jest naprawdę czytelna i przestrzeń między poszczególnymi ścieżkami jest naprawdę dobrze wykorzystana i to wszystko ma świetną dynamikę, są nawet momenty, przy których można dostać jumpscare'a i taki The Postman is Singing nie jest mniej przeraźliwy w swojej koszmarnej atmosferze od nagrań z "Dogs Blood Rising", to jest najstraszniejszy utwór na płycie i jak parę innych utworów jest bardziej sennych, zwiewnych i delikatnych w swoim brzmieniu to tak właśnie ten kawałek został wyjęty z jakiegoś najgorszego koszmaru i gdybym przy nim zasnął to pewnie myślałbym, że jakiegoś przesilenia sennego doznaję. Nieraz zasypiałem przy muzyce Current 93, ale nie wiem czy chciałbym na pewno zasnąć przy tym utworze. Ponura atmosfera i przy okazji też wchodzą tu jakieś avant-folkowe tony, The Kettle's On też ma w sobie trochę avant-folku. Cała płyta ma taką nieco eteryczną i dziwną atmosferę, bardzo fajnie są wplatane sample z jakichś oper czy odgłosy ptaków i to ostatnie nie powinno dziwić, gdyż THE BIRDS ARE SWEETLY SINGING razem z tytułem tego albumu to jest najczęściej powtarzana fraza tutaj, co może niektórych wkurwiać, że to jest tak powtarzane w obrębie całego tego dzieła, ale no jest w tym jakiś urok. To nie pierwszy raz zresztą, gdy Tibet powtarza często jakąś frazę w obrębie całej płyty czy kilku utworów, czego "All the Pretty Little Horses" może być świetnym przykładem ze swoim THE INMOST LIGHT. I abstrahując lekko od muzycznych aspektów, to jest prawdziwy okaz geniuszu, aby wziąć stare fotografie i domalować na nich wyłaniające się z oczu linie białym markerem, aby zobaczyć, że światło naprawdę te postaci opuszcza i to samo w sobie jest prawdziwie apokaliptycznym konceptem. Światło nie tylko przy śmierci może nas opuścić, ale i pewne momenty w życiu sprawiają, że przestajemy widzieć jasność, więc prawdą jest to, że światło nas wszystkich opuszcza, nie tylko w dosłownym znaczeniu, ale i metaforycznym.

Ulubione utwory: The Postman is Singing, The Kettle's On, Bright Dead Star
Awatar użytkownika
Caracalized
-#Clairvoyant
-#Clairvoyant
Posty: 1283
Rejestracja: śr maja 21, 2025 4:53 pm
Skąd: Catland

Re: Top 50 płyt - wyzwanie - Caracalized

Post autor: Caracalized »

2. Judas Priest - "Stained Class" (1978)

Obrazek

Jeden album na wykonawcę i w przypadku Judas Priest to może być jakkolwiek proste? Ehh, wcale nie, bo to mój ulubiony zespół i kocham większość ich longplayów, ale wiedziałem, że nie dam "Painkillera", nie wiem czy dlatego, że wszyscy lub prawie wszyscy go dają do swoich list czy może dlatego, że brakuje mi na tej płycie tego pierwiastka lat 70'? Właśnie, piszę że nie wiem, ale tak naprawdę to wiem :lol: I z podobnego powodu odrzuciłem płyty z lat 80', bo nie ma na nich tego co było w pierwszych latach ich działalności. Napiszę od razu, że walka toczyła się między "Sad Wings of Destiny", a "Stained Class" i ostatecznie wygrał krążek, którego front graficzny zdobi dzieło wykonane przez naszego rodowitego artystę Rosława Szaybo, zawsze warto uwzględniać wkład naszych polskich twórców tam gdzie powinno być to konieczne. Parę lat temu pojechałem sobie na spontaniczną parudniową wycieczkę do Poznania, czy była to rzeczywista wycieczka można polemizować, ale po prostu chciałem gdzieś wyjechać i się rozerwać z dala od domu i w konwersacjach ze znajomymi pisałem, że "Sad Wings of Destiny" to prawdopodobnie moja ulubiona płyta, bo czułem się tak, jakby coś nade mną ciążyło i być może to właśnie te smutne skrzydła przeznaczenia były i sam nastrój tego albumu po prostu mi się potrafił wtedy udzielić. Tak, zdecydowanie jest tam trochę posępnych tematów, od alkoholizmu po seryjnych morderców po koszmar wojny i przemijania i niezłą ironią lub nie ironią jest to, nie jestem przekonany czy w dobrym kontekście używam tutaj tego słowa, że akurat ten wyjazd spędziłem na piciu alkoholu i jak byłem w paru barach to mimowolnie myślałem o Victim of Changes. Tak, w rzeczy samej to jest genialna płyta, ale nie wybrałem jej przez odstające od reszty Genocide, a co ciekawe na "Unleashed in the East" ten kawałek to jest największy lub przynajmniej jeden z największych highlightów i na tej koncertówce zdecydowanie lepiej wybrzmiewa + do tego jeszcze jest ta dopierdolona końcówka, której nie ma w wersji studyjnej i Island of Domination jednak nie jest aż tak imponującym finałem jak Heroes End, w ogóle wydaje mi się, że druga strona nie jest tak wybitna jak pierwsza, a na "Stained Class" nic mi zupełnie nie odstaje, każdy utwór jest co najmniej świetny i pełno jest tu wspaniałego riffowania, Halford też zarejestrował jedne z najlepszych wokali w swojej karierze, abym przynajmniej wspomniał o drugiej zwrotce tytułowego kawałka, która zawsze mi rozpieprza głowę, bo ta ekspresja i te wysokie jęczące tony są po prostu boskie. I wybór "Stained Class" być może wynika z tego też, że na wspomnianej wcześniej słynnej koncertówce poza otwieraczem zaniechano jego reprezentacji stawiając na utwory z dwóch wcześniejszych płyt, które zyskały nowe życie, więc moja decyzja jest podyktowana tym, że warto pamiętać o tych innych utworach poza Exciter, bo nie brakuje tu perełek. Gdybym w tym zestawieniu mógł uwzględniać płyty live to "Unleashed in the East" znalazłoby się tu bez problemu, bo to jest właściwie krążek, który może pogodzić wybór dowolnego albumu studyjnego i jak ktoś mnie pyta jakie jest moje ulubione wydawnictwo od Judas Priest to bez wahania odpowiadam, że właśnie "Unleashed in the East", gdyby to było doprecyzowane o albumy studyjne to miałbym niemały dylemat i cały czas mam, bo te płyty są ze sobą nieporównywalne i jednego dnia będę wolał coś innego, a innego jeszcze coś innego, ale na "Painkillerze" czy "Screaming for Vengeance" brakuje mi właśnie czegoś w rodzaju tak mistycznej ballady jak Beyond the Realms of Death, lecz na dobrą sprawę "Stained Class" nie ma czegoś bardziej pianinowego i nie świeci takim eklektyzmem, ale przy tym te kompozycje są na tyle ciekawe, że niestosownym byłoby posądzenie ich o banał i jak już ktokolwiek zwraca uwagę na teksty to te też mają ten poetycki sznyt i jakąś refleksję nad światem czy ludzkością ogólnie. W tym miejscu chciałbym pozdrowić Zajzajera, bo to dzięki niemu postanowiłem się podjąć tego wyzwania i te pozdrowienia są spowodowane tym, że na tym albumie znajduje się kawałek z mocarnym podniosłym mostkiem o jakże wymownym tytule Invader. I więcej dodawać nie trzeba :D

Ulubione utwory: Beyond the Realms of Death, Stained Class, Saints in Hell

I nie, nie pomyliłem cyferek, bo w rzeczy samej od sfinalizowania tej topki dzieli mnie jeszcze jedna płyta. Co to będzie, nie powiem, być może będzie to zaskoczenie, być może żadne zaskoczenie to nie będzie ;)
Awatar użytkownika
Zajzajer
-#Clansman
-#Clansman
Posty: 4932
Rejestracja: ndz cze 22, 2025 1:25 am
Skąd: Bat Country

Re: Top 50 płyt - wyzwanie - Caracalized

Post autor: Zajzajer »

Dzięki Caracalized

Sporo ostatnich płyt było na tej liście takich co nie znam, ale Stained Class to absolutna klasyka, chyba moje top 2 Priest. Miałem z 12-13 oryginalnych Judasów w tym i ten album, ale sprzedałem.
Still Reigning...
Awatar użytkownika
Caracalized
-#Clairvoyant
-#Clairvoyant
Posty: 1283
Rejestracja: śr maja 21, 2025 4:53 pm
Skąd: Catland

Re: Top 50 płyt - wyzwanie - Caracalized

Post autor: Caracalized »

A co stoi obok Stained Class w tym top2?

Ja oczywiście mam wszystkie płyty studyjne na CD, parę na winylu, chyba wszystkie koncertówki w różnych formatach (Epitaph, Rising in the East, Live Vengeance, Battle Cry i Live in London mam na DVD, Unleashed na CD i winylu (japończyk z bonusową epką) i pozostałe Priest...Live!, 98' Live Meltdown i A Touch of Evil na CD, nawet mam bootlega z Nowego Yorku z 1979 roku), kompilację koncertowych nagrań, które pojawiły się na singlach, aż dwa różne wykonania Breaking the Law tam są i chyba tyle, zastanawiam się też czy kiedyś nie kupić jakichś kompilacji i na pewno sprawię sobie tę zremiksowaną Rocka Rollę za jakiś czas.
Ostatnio zmieniony sob paź 04, 2025 3:02 pm przez Caracalized, łącznie zmieniany 1 raz.
Awatar użytkownika
Kevin18
-#Moonchild
-#Moonchild
Posty: 1585
Rejestracja: sob mar 27, 2010 4:17 pm

Re: Top 50 płyt - wyzwanie - Caracalized

Post autor: Kevin18 »

Przy twoim Top 50 mój gust czuje się prymitywny. Przyjemnie się czytało. Dziękuję.
www.last.fm/user/darkfuneral18
Awatar użytkownika
Caracalized
-#Clairvoyant
-#Clairvoyant
Posty: 1283
Rejestracja: śr maja 21, 2025 4:53 pm
Skąd: Catland

Re: Top 50 płyt - wyzwanie - Caracalized

Post autor: Caracalized »

Kevin18 pisze: sob paź 04, 2025 3:01 pm Przy twoim Top 50 mój gust czuje się prymitywny. Przyjemnie się czytało. Dziękuję.
Ale to jeszcze nie jest koniec :mrgreen:
Lecz bardzo się cieszę, że to czytałeś i się podobało, więc również dziękuję :D
Awatar użytkownika
Zajzajer
-#Clansman
-#Clansman
Posty: 4932
Rejestracja: ndz cze 22, 2025 1:25 am
Skąd: Bat Country

Re: Top 50 płyt - wyzwanie - Caracalized

Post autor: Zajzajer »

Painkiller to ten drugi
Still Reigning...
Awatar użytkownika
Schizoid
-#The Alchemist
-#The Alchemist
Posty: 12230
Rejestracja: śr cze 25, 2014 3:01 pm

Re: Top 50 płyt - wyzwanie - Caracalized

Post autor: Schizoid »

Kevin18 pisze: sob paź 04, 2025 3:01 pm Przy twoim Top 50 mój gust czuje się prymitywny. Przyjemnie się czytało. Dziękuję.
Tak, to na pewno najciekawszy top i najbardziej zróżnicowany gatunkowo. Na pewno nie jestem zainteresowany wieloma z tych płyt, ale to odświeżające poczytać czyjeś opinie na temat muzyki, z którą styczność mam niewielką, czy wręcz zerową.

Co do Stained Class, jest to na pewno najbardziej kompletny album Judas Priest z tamtej dekady. Nim w zasadzie mogło być już Sin After Sin, ale słychać, że wtedy panowie jeszcze nie czuli się zbyt związani tworzoną przez siebie konwencją i tego przejawem jest obecność - w mojej opinii ewidentnie najsłabszego - Last Rose of Summer. Stained Class to już materiał bez takich momentów, bez stylistycznych podróży w inne rejony, na swoje czasy w zasadzie album totalny. Uważam, że cała trylogia S jest kluczowa dla rozwoju gatunku, ale Stained Class to w sumie ukoronowanie tego rozdziału w historii kapeli. Choć prywatnie odrobinę wolę Sin After Sin :)

I też uważam Gypsy za najsłabszy element Don't Break the Oath :wink:

As mankind hurled itself forever downwards into the bottomless pit of eternal chaos, the remnants of civilization screamed out for salvation - redemption roared across the burning sky... The Painkiller
nugz
SMERF MARUDA
Posty: 9538
Rejestracja: ndz lip 15, 2018 10:08 pm

Re: Top 50 płyt - wyzwanie - Caracalized

Post autor: nugz »

Również jestem Team Stained Class. Sam Beyond zmywa większość znanej mi muzy rock-metal.
ODPOWIEDZ