! Recenzje !

Dyskusje o innych zespołach i albumach

Moderator: Administracja i Moderacja SanktuariuM

Fear
-#Assassin
-#Assassin
Posty: 2221
Rejestracja: pn lip 04, 2005 10:28 pm
Skąd: Czeladź Główna

Re: ! Recenzje !

Post autor: Fear »

Obrazek

Wielki kombak :!:

Po pewnym odwyku od NM , znów przyszedł czas na to, aby móc się spotkać z muzyką tego zespołu. Dosyć długo się zastanawiałem, którą płytę sobie wziąć dziś na tapetę, aż w końcu los szczęścia padła na „Dreaming Neon Black”..Bardzo jestem ciekaw, jaki materiał znajduje się na tej płycie. Może teraz mnie coś podkręci i wpadnę w gorączkę NM :mrgreen: Także zaczynamy :
Płyta zaczyna się klimatycznym nitro „Ophidian”, które w nieco schoziwaty sposób wprowadza w płytę. Ucinający się sygnał akcji serca gładko przechodzi w szaleńczy riff „Beyond Within”. Początkowo piosenka porywa, nastepnie ściana dźwięku spada na słuchacza. Śpiew i gitary bardzo ładnie współgrają w zwrotkach. Lecz gdy nadchodzi refren wszystko się burzy. Jakoś nie za bardzo do mnie to tafia. Natomiast bardzo podobaja mi się zejścia z refrenu , które za 2 razem przeradzają się w uspokojenie klimatu. Wchodzi ładna gitarka i robi świetne tło dla całego zespołu. Solo natomiast bardzo mnie zdziwiło :shock: Jest utrzymane w takiej świetnej harmonii. Nie jakieś „byle szybciej” tylko gra z głową.W zasadzie utwór już do końca jakoś mało zachwyca. Jedynie sama końcówka jest super :P
W kolejnym „The Death Of Passion”, daje się słyszeć jaka moc drzemie w tej płycie. Zaczyna się świetnie. Perkusja taka progresywna na początku świetnie współgra z gitarami i daje to genialny efekt. Następnie było parę chwil, w których muzyka nudziła. Taki przebudzenie następuje podczas tego, kiedy to wokalista śpiewa „I feel so hollow”. Świetny, jęczący głos wokalisty daje czadu. Cieszy mnie fakt, iż później znalazło się miejsce dla części progresywnej :mrgreen: Tak mi się kojarzy z jakimś ciepłym….hm… miastem arabskim ;] Po solówce może zauważyć kunszt sekcji rytmicznej. Bardzo mi się podoba wokal w całym tym utworze, ponieważ jest taki inny niż w innych utworach NM ( przynajmniej tych, które słyszałem ) i niekonwencjonalny. Mocny koniec w zasadzie był bardziej wyrazisty niż cała piosenka. Nie była ona wybitnie dobra.
„I Am The Dog” zaczyna się świetną partią gitarową. Takie klimatyczne wejścia uwielbiam. Następnie mamy krótką pauzę, która niespodziewanie przeradza się w szaleńcze riffy, które miażdżą :] I znów chciałbym zwrócić uwagę na świetny wokal, który oddaje w pełni emocje. Podoba mnie się to, że te pauzy są stosowane jeszcze w trakcie utworu. Riff jest świetny. Wywołuje u mnie takie skojarzenia panicznej ucieczki przez miasto w XXI wieku, pełne policji, blokersów, hulignaów,ćpunów, prostytutek.
Następnie znów mamy zagrywki gitarowe z początku utworu, które są świetne ! Można je słuchać cały czas ;] Solo tylko utwierdza mnie w przekonaniu o mych skojarzeniach. To brzmi tak jak rozpaczliwe krzyki niemocy tych uciekających, którzy nie mogą już wytrzymać szaleńczej gonitwy. Piosenka naprawdę rozpala ogień w sercu i póki co jest najlepszym utworem na płycie. Po takim świetnym graniu spodziewam się, że pomiędzy tym utworem a następnym nie będzie dużej przepaści. A oto i kawałek tytułowy „Dreaming Neon Black”. Zaczyna się niepozornie. Tak kontrastowo do „I Am The Dog”. I tutaj mam znów przed oczyma jakieś miasto arabskie. Kiedy wchodzi już przester, wokal momentalnie się podbija na tle innych instrumentów. Świetny balans głosem. Chyba dopiero na tej płycie zauważam warunki, świetne warunki wokalisty NM. Śpiew przy wtórze gitary brzmi zdumiewająco. Ta gra emocjami w głosie jest zachwycająca. I znów ten świetny refren. Świetny jest moment od 3:15. Taki hm… melancholijny, wprowadzający słuchacza w zamyślenie. A do tego genialna harmonia, która się tworzy przy współpracy gitar, jest powalająca :!: Podoba mi się w tym utworze to, że na przemian jest używana gitara z przesterem a następnie clean’em. Daje to efekt gitary akustycznej. O już wiem ! Jakoś jeden motyw mi się wydawał znajomy . Od 5:05 ( to brzmi trochę jak Luqid Tension Experiment – „ Paradigm Shift” - ten riff ) .
Piosenka kończy się i pozostaje na długo w podświadomości słuchacza.
Kolejną pozycją jest „Deconstruction”. Początek rodem z filmów grozy. Taki świetny klimat, który powoduje , że przed oczyma staje cmentarz, grupa nekrofilii, satanistów. Mgła unosząca się lekko ponad ziemią wygląda przy świetle księżyca złowieszczo. Gdzieś na grób pada cień krzyża, którzy jest porośnięty bluszczem. Z tych, nieco dziwnych wizji, budzi nas mocne uderzenie i zespół NM wraca nasz umysł do rzeczywistości. Zwrotka jest równie klimatyczna. Przypomina mnie się gra Painkiller. Nie wiem dlaczego. Może dlatego własnie, że tam się łaziło po cmentarzach i walczyło z trupami, ect. Następnie, gdy wchodzi gitara akustyczna, tworzy się taki „sielankowy” klimat. Rodem, jak z jakiegoś popowego hiciora ( tylko tytułu nie pamiętam ). Ten akustyk przeradza się w elektryka i idzie cięta solówka. Wielkim atutem tych solówek, które były do tej pory, jest to, że nie ma tych nieszczęsnych sweepów, tak często nadużywanych przez gitarzystów NM :wink:
Końcówka, kiedy to śpiewa się „Deconstructiooooooooooooooooooooooooooooooon” emanuje ciemnością i znów powracamy na tzw. Cmentarz. Klimat, niczym w horrorach utrzymuje się do samiutkiego końca co daje wysoką ocenę dla tego utworu.

P.S. Wybaczycie, ale głody pisać nie będę :P Idę na obiad ;] z/w

Mhmm… Pierogi ruskie – mistrzostwo świata ;)

Także wracamy do płytki :

Czas na “The Fault Of The Flesz”. Mocna uderzenie od samego początku I o mało się nie zachłysnąłem napojem :wink: Tu tak mnie nawet trochę przeszkadza fakt, iż jest to tak ciężkie. ( a może mam takie dziwne mp3 :lol: ), ale pod względem muzycznym nie mam nic do zarzucenia, prócz wcześniej wspomnianej ciężkości. Pierdzi to trochę :? Riff natomiast bardzo wpada w ucho. Takie zjazdy i potem świetny refren. Wokal jakby z daleka dociera do uszu słuchacza i ładnie się układa w klarowną całość z gitarami. Nie rozumiem później trochę tej solówki na samym początku. Przeradza się ona później w coś,co zalatuje mi niemiłosiernie stylem Death. A może to nawet dobrze :mrgreen: Końcówka znów taka trochę schizowata.

Po niezbyt udanym utworze rozbrzmiewa „The Lotus Eaters”. Gitary przypominają mi Testament. Bardzo podobne brzmienie tych czystych gitar, bez przesteruj. Utwór widzę ( słyszę ) nieco daje nam odetchnąć. Taki spokojny, melancholijny, kolejna zwrotki śpiewane ze swoistym patosem. Mięsiste brzmienie gitar wciąga słuchacza w pewna czasoprzestrzeń, z której nie chce się wracać. To tak jakby oglądać początek odcinka „X Files” i wpatrywac się w te różne, różniste, okrągłe , kuliste formacje zniekształconego obrazu.
Utwór niestety się jakoś tak szybko urywa. Zaraz po tym zaczyna się „Poison Godmachine”, który już od początku emanuje mocą, niespożytą energią. Taki w sam raz na koncert. Gra gitar bardzo ciekawa , i chyba jakiej jeszcze nie było na tym krążku, wnosi powiew świeżości w całą tę płytę. „Poison Godmachine” kojarzy się natomiast z filmem Armagedon. Szaleńcza walka z czasem, z siłą wyższą, która może zniszczyć ziemię. Słuchając tego utworu stają mi przed oczyma właśnie sceny z tego filmu „Armagedon”. Heh, nie wiem co jest dzisiaj ze mną, ale mam chyba jakieś dziwne skojarzenia :lol:
„All Play Dead” ma znów te mieszankę klimatów, która mnie imponuje na tej płycie i wielce się podoba. Kurcze, znów słyszę Testament. Instrumentalnie miejscami naprawdę tak słychać.
Utwór tra już ponad 2 minuty, a nie powalił mnie na kolana. Baa, nie zaciekawił poza ta lekką mieszanką klimatów. Solo teraz jedynie zasługuje na wspomnienie. Znów jest to poukładane solo a nie pitolenie, „aby szybciej”. Utwór nie porywa. Nie podszedł kompletnie.
„Cenotaph” zaczyna się ciekawym klimatem, który tworzą gitary. Ciche szepty uruchamiają wyobraźnię. Tak jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki pojawia się obraz przed oczyma : Noc. Tajemniczość oraz pewna lekkość można odczuć kiedy wchodzi wokal, który swobodnie balansuje po takiej harmonii, która bardzo lubię :wink:
Gruby basowy głos przeradza się wlanie w taki lekki wokal z głębią i pogłosem, co niewątpliwie świetnie się prezentuje. Póki co, śledzę z zapartym tchem to co się dzieje w tym utworze. Naprawdę klimat jest tu przedni, a od tych szeptów dostaje się gęsiej skórki :mrgreen: Dla mnie mogła by się ta piosenka na tym zakończyć. I tak się stało. Cudo ! Chyba to 2 pozycja, która mnie „wzięła” :wink:
Teraz „No More Will”. Wstep :!: Aaaaaaaaaaaaa, co się dzieje! Toż to ja słyszę inne NM. Dlaczego?
Po 1. – Te gitary na początku są genialnie, i tak musi być :!:
Po 2. – Melodia, która wchodzi wraz z ciężkim riffem jest równie genialna jak początek.
Jeśli ten utwór będzie taki świetny jak jego początek, to będzie super !
Aż musze sobie puścić po raz 4 ten wstęp, bo mną zawładną na chwile obecną :mrgreen:
Wokal wchodzi! Aaa, orgazm! Od razu pojawiło się skojarzenie z grą Gothic. Taki baśniowy wręcz wokal w zwrotce przyczynił się do tego niewątpliwie. Późniejsze riffy jak żylety, tną wszystko co popadnie. Takie szybkie. To co się dzieje, to po prostu miazga :!: Jedynie przyczepił bym się do tego, że w niektórych momentach słyszę warstwę muzyczną, która jest powielana na tej płycie już po raz wtóry :?
Miejscami wokal brzmi jak Ozzy :lol: Oczywiście na plus.
Przed solówka mamy świetne, progresywne zagrywki. Późniejsze momenty jakoś mi umknęły z pamięci. Ale końcówka postawiła kropkę nad „i”. Utwór zdecydowanie w czołówce, jeśli chodzi o jedne z najlepszych na płycie :]

I tak nadszedł czas na ostatnią pozycję na tej płycie. „Forever” zaczyna się nader spokojnie. Takie bardzo łagodne wyprowadzenie z tematu płyty. Cóż mogę napisać o tym utworze. Świetne wyczucie wokalisty znów daje znać o sobie. Genialna gra emocjami w głosie. Bardzo podoba mi się tekst w tym utworze :
„"What has been put asunder
shall again be whole"
In this neon black gloom I still see her face
She comes to me bringing darkest hour, I am forlorn
The pain is reborn
You are forever in my heart you never died
You are forever I still wonder where you are
I know you're dreaming, I know you're at peace
I'll meet you in the dreamtime
Whenever you call me I'll go under, I'll swim through you
You are forever in my heart you never died
You are forever I still wonder where you are
I know you're dreaming neon black
"As the curtain calls, and the cast recedes,
I am all that ever was and all that ever will be.
In wither and repose this frayed chapter
now does close, and fade into neon black"”.

Niektóre miejsca są świetne :!:
Ciekawiło mnie, dlaczego ten utwór ma aż ponad 9 minut. Specjalnie nie wyłączałem go, tylko pozwoliłem dobić do końca wskaźnikowi. Zaskoczyło mnie zakończenie ;] Coś podobnego zrobił Marillion na jednej z płytek.

Reasumując : Jeszcze niegdy nie spotkalem się z takim…specyficznym, żeby nie napisać dziwnym,albumem Nevermore I nie tylko. Płyta bardzo nierówna, kontrowersyjna lecz nieco intrygująca. Zwłaszcza dlatego, ze wywoływała u mnie NIECO dziwne skojarzenia :lol: Tak naprawdę, pomimo tego, że niektóre utwory były naprawdę dobre, i będą one niestety pokrzywdzone w pewien sposób, ponieważ zasługują na większą ocenę niż cała płytka. Więcej niż 6 nie mogę dać. Album jest zbyt nierówny. Ale bardzo mi się podobały te wizje, które miałem podczas jego przesłuchiwania :wink: Pozostało mi jeszcze zapoznać się z paroma pozycjami NM. Może wśród tamtych znajdzie się płyta, która wreszcie mnie do nich przekona w 100% :]

6/10
Awatar użytkownika
syzygy
-#Nomad
-#Nomad
Posty: 5049
Rejestracja: śr lip 13, 2005 9:56 pm

Re: ! Recenzje !

Post autor: syzygy »

Obrazek

Opeth- Deliverance

Wydany w 2002 roku kolejny studyjny album Opeth- Delieverance stanął przed ciężkim zadaniem pokonania genialnego poprzednika Black Water Park. Szwedzi jednak po raz kolejny udowodnili, że zawsze są w stanie zaskoczyć swoich fanów, stworzyli kolejne wielkie dzieło, odważyłbym się powiedzieć, że najlepsze jak dotąd w ich karierze- BWP zdetronizowany.
To co pierwsze rzuca się w oczy, a może w tym wypadku w uszy, jest nieco odmienne brzmienie growlu niż to, do którego zdążyliśmy się przyzwyczaić. Mike Åkerfeldt wydaje się drzeć jeszcze bardziej brutalnie i agresywnie. Przyznam się, że na początku zbytnio nie podobało mi się to, lecz z czasem przekonałem się, że idealnie komponuje się z muzyką zawartą na albumie. Znajdziemy na nim 6 kawałków, nie licząc miniaturki ‘For Absent Friends’ wszystkie utwory przekraczają 10 minut.

Zaczynamy ostrym ‘Wreath’- kawałek dość ciężki, czysty wokal prawie się nie pojawia, tylko pojedyncze słowa są wyjątkiem od growlu. Utwór świetnie sprawdza się jako otwieracz, lecz nie potwierdza mojej teorii, że otwieracze u Opeth często są kawałkami najlepszymi na płycie (jak np. ‘The Moor’ z albumu ‘Still Life’ czy ‘In The Mist She Was Standing’ z ‘Orchid’).
Za to w drugim kawałku, już tytułowym, w pełni ukazuje nam się potęga Opeth. Początek bez łagodnego wprowadzenia, od razu ostra jazda z podwójną stopką na czele. Po ok 1,5 min ostre riffy ustępują miejsca delikatnemu motywowi raz po raz przeplatanemu przez ciężki riff który poznaliśmy na początku utworu, aż w końcu deathowe brzmienia zwyciężają. Charakterystyczna gra kontrastów- panowie z Opeth zdążyli nas już do tego przyzwyczaić. Momentem kulminacyjnym tego utworu są wyśpiewane z cudownym wyczuciem, wśród akustycznych brzmień, wersy:

Deliverance- thrown back at me
Deliverance- Laughing at me...


Po czym nasze uszy zostają zaatakowane zwalającym z nóg motywem końcowym. Jeden z moich ulubionych momentów na tym albumie, lecz chłopaki lekko przesadzili, gdyż trwa on ponad 3 minuty- co za dużo to nie zdrowo. Jednak nie ma to większego wpływu na moją ocenę utworu który jest jednym z najlepszych na Deliverance. Nawet lider zespołu Mikael Åkerfeldt w jakimś wywiadzie wypowiadał się, że zalicza go do trójki swoich ulubionych utworów Opeth.
W niepowtarzalny klimat ‘A Fair Judgement’ wprowadzą nas łagodne dźwięki fortepianu. Jest on dość nietypowym kawałkiem jak na Opeth, gdyż jak dotąd utwory oparte jedynie na czystym wokalu bywały dość krótkie i zdominowane przez akustyczne brzmienia, a ten trwa ponad dziesięć minut, cięższych brzmień także tu nie zabraknie.
Po delikatnej instrumentalnej miniaturce ‘For Absent Friends’, znów zostaniemy poczęstowani Opethowym ciężarem w postaci, wydającego się dumnie kroczyć, ‘Master's Apprentices’. Po odbytym „marszu” riffy zaczynają łagodnieć aż zostają same akustyki plus głos Mike’a. Z jakoby mini utworu, wyrywa nas brutalnie niespodziewany growl i znów muzyka przybiera na ciężkości.
Zamykający płytę kawałek ‘By The Pain I See In Others’ jest chyba moim faworytem. Innowacją jest przetworzony growl, który podkreśla schizofreniczny nastrój utworu. Piękny motyw pojawia się w okolicach 5 minuty gdy Akerfeldt śpiewa:

Outside in the park
The days move along
And nothing ever changes...


Ten kawałek potrafi przyprawić o dreszcze, podobnie zresztą jak każdy na tej wspaniałej płycie. Utwór kończy się dobrze przemyślanym zabiegiem- echo instrumentów trwa ponad minutę, w czasie jego trwania niemal nie zauważalnie przewija się motyw ze środka kawałka. To także jeszcze nie koniec gdyż po przerwie usłyszymy jeszcze Akerfeldta śpiewającego- jak się domyślam- w swoim ojczystym szwedzkim języku.


Całą płytę cechuje niepowtarzalny, mroczny klimat. Muzyka Opeth nigdy nie była wesoła, lecz słuchając ‘Deliverance’ mam wrażenie, że jest ona jeszcze bardziej ponura niż poprzednie płyty.
‘Deliverance’, jak każda płyta Opeth nie jest łatwa w odbiorze, lecz przekonać się do niej zdecydowanie warto, nawet nie spostrzeżemy kiedy płyta nas wciągnie i nie pozwoli o sobie nigdy zapomnieć, tak piękna muzyka się nie nudzi.

10/10
Awatar użytkownika
syzygy
-#Nomad
-#Nomad
Posty: 5049
Rejestracja: śr lip 13, 2005 9:56 pm

Re: ! Recenzje !

Post autor: syzygy »

Obrazek

Marilyn Manson- Holy Wood

Trudno pisze mi się o płytach, które wiele dla mnie znaczą, zawsze boję się, że nie uda mi się oddać tego co naprawdę do nich czuję. Między innymi dlatego nie napisałem jeszcze recenzji Chemical Wedding Bruce’a Dickinsona a także żadnego albumu Iron Maiden. Teraz spróbuję opisać płytę która w ostatnich dwóch tygodniach zawładnęła mną całkowicie i śmiało mogę już uznać ją za jedną ze swych ulubionych.

Pierwsze co się rzuca w oczy, to obrzydliwa okładka. Tak, tu nie ma co się oszukiwać, to jedna z gorszych okładek jakie widziałem- bezsensownie wyzywająca, bluźniercza. Pewnie taki miała cel, jednak dla mnie to żadna reklama, mnie takie prowokacje odstraszają a nie zachęcają do kupna.
Jednakże, gdy wrzucimy krążek do odtwarzacza, szybko okładka przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie, gdyż do muzyki zawartej na albumie nie mam żadnych zastrzeżeń. W klimat płyty doskonale wprowadza nas kawałek Godeatgod, pełniący tak jakby funkcję intra. Słuchając go, szybko można popaść w melancholijny nastrój. Głos Marilyn Mansona sączący się z głośników tylko potęguje uczucie beznadziei, smutku. Jednak to tylko zwiastun tego co nas czeka przez kolejne 18 utworów.
Po intrze następuje pasmo kawałków bardziej przystępnych, poniekąd chwytliwych, z refrenami łatwo wpadającymi w ucho. Love Song, Fight Song oraz Disposable Teens atakują nas swoim ciężarem, dają potężnego kopa, aż chce się wrzeszczeć refreny razem z wokalistą. Z tej trójki wyróżniłbym Fight Song, chociaż trudno powiedzieć, wszystkie są fantastyczne.
Przy Target Audience następuje zmiana klimatu, chwytliwe przeboje ustąpiły miejsca łagodnemu wstępowi i przytłaczającemu refrenowi o którym nie sposób zapomnieć. Riffy nadal potężne, tak jakby rwane, klimat zdecydowanie depresyjny. President Is Death zaskakuje łagodnym refrenem, dodatkowo zmiękczonym przez kobiece ”oł oł”. Po nim ballada In The Shadow Of The Valley Of Death z wykorzystaniem akustycznej gitary, smutnym akordom towarzyszą, różnego rodzaju sample- płacz dziecka, podmuchy wiatru. Cruci-fiction In Space wita nas transową zagrywką, także refren wielokrotnie powtarzany wprowadza nas w specyficzny nastrój. Jednak powtórzenia te w żadnym wypadku nie można uznać za wadę, ten kawałek ma po prostu tak brzmieć, wszystko na tej płycie jest dokładnie przemyślane. Wers „we are supouse” po raz kolejny uwidacznia ciekawą barwę głosu Mansona, właściwie na tej charakterystycznej, tak jakby dumnej, zarozumiałej barwie głosu wokalisty zbudowana jest cała potęga tego albumu- klimat.
Mijają kolejne kawałki- A Place In Dirt, The Nobodies, poziom płyty nadal cholernie równy, nie wywaliłbym z niej żadnego utworu. The Death Song powraca tak jakby do konwencji początku albumu, utwór raczej chwytliwy, lecz refren „We sing the death song kids because we've got no future” do optymistycznych raczej nie należy. Świetny kawałek. Początek Lamb Of God do złudzenia przypomina mi jakiś wstęp do hip-hopowego utworu. Lecz płaczliwy głos Mansona rozwiewa wszelkie wątpliwości. Genialna balladka, refren „nothing gonna change the world” znów nie wydaje się być przesadnie radosny, zmusza nas do krótkiego choćby zastanowienia się nad jego głębszym sensem. Born Again, podobnie jak otwieracz płyty Antichrist Superstar zaczyna się owacjami publiczności. Choć nie jest dla mnie wybitnym kawałkiem, nie odstaje od reszty, dobrze się go słucha....i już niespodziewanie przeskakujemy do kolejnego Burning Flag. Początkowo kanciasty rytm wygrywany przez perkusistę oraz westchnienia Mansona zamieniają się w ognisty riff, jeden z mocniejszych kawałków na płycie a także jeden z lepszych. Ciężar przeplata się z niespodziewanymi spowolnieniami, kawałek wydaje się być poszarpany. Kończy się tak samo niespodziewanie jak się zaczął.
Coma Black to znów gwałtowna zmiana klimatu, przepiękna ballada, za każdym razem gdy słucham na wpół szeptanego refrenu przechodzą mnie ciarki, czuję jak ta muzyka przepływa przeze mnie. Kończące wers „and can never repair” zaśpiewane z charakterystycznym zadziorem Mansona dodatkowo upiększa utwór.
Pod koniec płyty zaczyna się prawdziwa schizowata jazda. Kawałkiem rozpoczynającym tę passę jest Valentine’s Day. Głos Mansona dodatkowo zniekształcony, nadaje utworowi niepowtarzalny charakter a wers powtarzany pod koniec kawałka
„In the Shadow of the Valley of Death
In the Shadow of the Valley of Death...”

przytłacza słuchacza. Jeden z moich ulubionych kawałków. Niespodziany koniec i już odgłosami burzy zaczyna się The Fall Of Adam. Przez pierwszą minutę słyszymy jedynie akustyczną gitarę i łagodny, choć niepokojący i nastrojowy głos Mansona. Nagle pojawia się ciężki riff i bezładne krzyki przerywane rytmicznie przez aplauz niby widowni. Kawałek kończy odgłos bzyczenia much. King Kill 33 Degrees utrzymuje odjechany klimat i już słyszymy kawałek kończący dzieło- Count To 6 & Die. Doskonałe zakończenie albumu, zawiera esencje całego ponurego klimatu płyty. W tle po raz pierwszy na tym albumie słyszymy fortepian dopełniający nastrój.

Holy Wood nie jest płytą, łatwą, wymaga od słuchacza skupienia. Poznałem ją pół roku temu, lecz nie podbiła mojego serca. Uznałem, że owszem, jest to świetny album, ale o strasznie przygnębiającym nastroju, nie chciało mi się do niego wracać. Jednak album sam wrócił, teraz już nie przygnębia mnie za każdym przesłuchaniem, raczej wprowadza w nastrój zadumy, pozwala oderwać się od przyziemnych spraw. W tej chwili trudno wymienić mi płytę, która działałby na mnie podobnie.

Pomimo tego, że trafiają się chwytliwe przeboje, całość stanowi jedyną w swoim rodzaju opowieść, to nie jest album który nadaje się do słuchania podczas jazdy autobusem, wśród hałasu, bez skupienia. Osobiście słucha mi się go najlepiej wieczorami, tuż przed snem, najlepiej przy zgaszonym świetle- klimat nie z tej ziemi. Albumu koniecznie należy słuchać w całości, tylko wtedy docenimy go w pełni. Ponad 70 minut upływa bez najmniejszego choćby poczucia znudzenia.
Powala także precyzja dopracowania dzieła. Z pozoru bezsensowne sample, dziwaczne odgłosy po paru przesłuchaniach nabierają głębszego sensu, dostrzegamy, że tu nic nie dzieje się przypadkowo, wszystko przemyślane co do sekundy. Dodatkową zaletą jest potężne brzmienie dzięki któremu riffy kawałków takich jak „Burning Flag” czy „Fight Song” wylewają się wręcz z poza głośników.

Wszystkie te elementy składają się na genialną całość, dla mnie zdecydowany numer 1 w dyskografii Marilyn Mansona. Polecam każdemu, przeciwnikom Mansona, jego image’u, głupiej okładki. Sprawdźcie, o ile lubicie klimatyczne, wymagające granie nie zawiedziecie się.

Ocena: 10/10 (czy mogłaby być inna? :P )
Awatar użytkownika
syzygy
-#Nomad
-#Nomad
Posty: 5049
Rejestracja: śr lip 13, 2005 9:56 pm

Re: ! Recenzje !

Post autor: syzygy »

Obrazek

Iced Earth- Something Wicked This Way Comes

Wydana w 1998, piąta płyta studyjna Iced Earth „Something Wicked This Ways Comes” według mnie jest produkcją niemal idealną, choć minimalnie gorszą od cudownego Burnt Offerings uważanego przeze mnie za najlepsze osiągnięcie grupy.

Na płycie znajduje się zaskakująco dużo ballad- aż cztery. Każda z nich jest wspaniała, ani trochę nie czuć przesytu wolniejszymi kawałkami. Pochwalić też należy układ utworów na płycie. Po przebojowym otwieraczu Burning Times, chwila refleksji w postaci przepięknego ‘Melancholy’. Mimo że kawałek jest oparty na raczej prostym schemacie, nigdy nie czuję znużenia gdy go słucham, piękny w swojej prostocie. Po nim następuje bezkompromisowy ‘Disciples Of The Lies’- chyba najcięższy kawałek na płycie, Barlow z wściekłością wyrzuca z siebie kolejne wersy przy akompaniamencie ciętych riffów stworzonych przez mistrza US powermetalu- Jona Schaffera. Po nim znów urocza ballada, tym razem ‘Watching Over Me’ skomponowana przez Schaffera po śmierci swego przyjaciela, tekst potrafi chwycić za serce.
W Stand Alone raczej nic odkrywczego nie odnajdziemy, lecz kawałek utrzymany jest w dobrym Iced Earthowym stylu. Za to ‘Consequences’ jest, moim zdaniem, jedną z lepszych ballad na płycie. Śliczne akustyczne gitary, oraz łagodny refren wprowadzają słuchacza w pozytywny nastrój. Głowy bym nie dał, ale wydaje mi się, że kawałek ten słyszałem parę lat temu w jakimś komercyjnym radiu- jakiś znajomy mi się wydaje :P
Przeplatanka kończy się po ‘My Own Saviour’-po raz kolejny świetne riffy, a dodatkowo w tekście możemy odnaleźć wiele mądrych sentencji:

„Life's a bitch, life's a whore
nothing less, nothing more”.

Bardzo lubię kolejny utwór Reaping Stone. Jest nieco odmienny od tego co do tej pory usłyszeliśmy na płycie, powolne ciężkie riffy przekształcają się w galopadę z wysokimi partiami wokalnymi. Pod koniec znów powrót do głównego motywu.
Na płycie znajdziemy także jeden kawałek instrumentalny ‘1776’. W żadnym wypadku nie jest zapychaczem, co więcej, jest jednym z lepszych kawałków na płycie. W utwór ciekawie wpleciono partie fletu.
‘Blessed Are You’ to, ostatnia już, ballada zadedykowany wszystkim fanom Iced Earth. Choć tekst chwilami wydaje się nieco tandetny- nie wydaje mi się, żeby wokalista naprawdę chciał za nas umrzeć-lecz zaśpiewany odpowiednio, z wyczuciem przez Barlowa nabiera jedynego w swoim rodzaju charakter, publiczność ciągle domaga się go na koncertach.
Płyta kończy się (podobnie jak ‘Dark Sagę’) trylogią, składającą się na utwór prawie tytułowy- ‘Something Wicked’. spośród tych trzech utworów wyróżniają się ostatni ‘Coming Course’ a także pierwszy Prophercy. Łagodny początek, delikatne wokalizy przerywane raz po raz przez atomowe uderzenia gitar. Środek cudownie dynamiczny, zabójcze tępo, wokalu nie trzeba zachwalać i znów spowolnienie, kawałek kończy odgłos tykania zegara i już zaczyna się Bith Of The Wicked. Jest tak jakby pomostem między pozostałymi dwoma utworami, najsłabszy z tej trójki, co nie znaczy, że słaby.
W Coming Course po delikatnym wstępnie granym na fortepianie do akcji wkracza wspaniały riff- jeden z lepszych jakie słyszałem. Porywające refreny w wykonaniu Barlowa dodatkowo wspomagane podwójną stopą na długo nie dają o sobie zapomnieć. Po dwóch zwrotkach i refrenach zaczyna się ciekawe kombinowanie, pojawia się odmienny od głównego, fajny kroczący riff, po nim spowolnienie, delikatne partie wokalne i powrót do głównego motywu w towarzystwie...operowych wokali! Jednak ustępują one miejsca wokaliście lecz powracają na sam koniec, gdy instrumenty powoli cichną a głosy nadal trwają, właśnie nimi kończy się jeden z moich ulubionych albumów.

Wspaniała płyta. Oprócz kopiących tyłek kompozycji, zespół funduje nam częste chwile refleksji w postaci cudownych ballad. Całość okraszona świetnym, mięsistym brzmieniem(chyba najlepszym spośród płyt studyjnych IE ) oraz niepowtarzalnym wokalem Barlowa tworzy niesamowity album, który mimo że dość łatwy w odbiorze- podoba się już praktycznie od razu, jak dotąd nie znudził mi się ani trochę i zawsze chętnie do niego wracam.

Siląc się na resztki obiektywizmu...
9,5/10 :wink:
herki
-#Clansman
-#Clansman
Posty: 4929
Rejestracja: pn maja 23, 2005 6:05 pm
Skąd: wawa

Re: ! Recenzje !

Post autor: herki »

Obrazek
Collage - Moonshine (1994)

Legendarna płyta legendarnego zespołu. Tak w skrócie można opisać tą płytę. Zapewne ludzie mający obycie z klimatami prog/art rocka znają ten album [jak i inne Collage] na blachę, dlatego też recenzję tą kieruję do osób, które o Collage nigdy nie słyszały, albo słyszały lecz nie słuchały. Na albumie znalazło się 8 kompozycji utrzymanych w stylistyce symfonicznego art/prog rocka. Muzyka jest cudowna - klimatyczna, pełna smaczków, przemyślana i na swój sposób magiczna. Dopełniając do tego ciepłym wokalem Robert Amiriana otrzymujemy fantastyczną mieszankę, przenoszącą nas do innego świata.

Mógłbym się rozpływać i rozpływać nad tym albumem, ale żeby nie zanudzać pora przejść do konkretów. Album zaczyna się mocnymi dźwiękami orkiestry, które otwierają kawałek po tytułem "Heroes Cry". Niby nostalgiczny, powolny i mało agresywny kawałek, a tak naprawdę jest przepełniony emocjami i wiele się w nim dzieje. Od razu słychać z czym mamy doczynienia - piękne tło stworzone przez klawisze, fantastyczne solówki Mirka Gila na gitarze i spokojnie i melodyjnie grająca perkusja. I oczywiście wokal, o którym wcześniej już wspomniałem. Taki jest cały album - spokojny, ale tak przeładowany emocjami, ciepłem i magią [ta powtarzam się], że po prostu pożera na miejscu.

Co do innych kompozycji - mamy tu dalej "In Your Eyes" - 14 minutowy utwór, w którym tematy i motywy zmieniają się naprawdę szybko, przy tym trzymając się kupy i założonej koncepcji. Tu można zauważyć kolejny plus albumu - utwory niby mają wiele motywów, pozornie ze sobą nie powiązanych i różnych, a jednak każdy moment każdego kawałka jest charakterystyczny i bez problemu można rozpoznać który to utwór akurat leci. W skrócie - płyta nie jest nudna.

Dalej spokojniutkie "Lovely Day" z gitarą akustyczną w tle, która nagle przechodzi w klawisze, dołącza się perkusja, a wokal staje się agresywniejszy. Jeden z piękniejszych fragmentów na całej płycie. Dalej "Living In The Moonlight", które jest głównie popisem Mirka Gila - świetne partie gitarowe, przeplatane spokojnym, wręcz szepcącym wokalem. Oczywiście są i mocniejsze momenty, ale ogólnie kawałek bardzo spokojny i jeden z lepszych na płycie. Później kolejny killer - "The Blue" ze świetnym riffem od samego początku. Piękny utwór. Jestem zbyt prostacki żeby móc go lepiej opisać. Tego trzeba posłuchać. Dalej mamy 2 12-miutowe kompozycje - "Wings In The Night" i tytułowy "Moonshine", by na końcu usłyszeć PRZEFANTASTYCZNY utwór "The War Is Over". Dla takich utworów warto słuchać muzyki - ten utwór jest jakby wyładowaniem wszystkich emocji nagromadzonych w trakcie poprzednich utworów. Coś niesamowitego.

Kończę, bo 2 w nocy jest i nieciekawie piszę. Płyta jest abolutnym musem dla wszystkich którzy posiadają słuch.

Ocena: 91/100
Beltrametix
-#Invader
-#Invader
Posty: 196
Rejestracja: pn sie 28, 2006 9:44 pm

Re: ! Recenzje !

Post autor: Beltrametix »

Obrazek
Deep Purple "Burn" (1974)

Moja przygoda z Deep Purple zaczęła się dość przypadkowo. Po prostu z okazji zakończenia matur rodzice chcieli mi kupić prezent i wybrałem płytę. A ,że MM w Krakowie świecił wtedy pustkami, postanowiłem sięgnąć po polecaną przez wielu fanów płytę prawdziwych dinozaurów. Jako, że "In Rock" był niedostępny, padło na "Burn". Był to świetny wybór :)

Na pewno jest to muzyka dość prosta (w porównaniu do np. DT), nie ma takiego powera jak solowe albumy Bruce'a, ale jeśli uwzględnimy że od jej wydania minęło 32 lata, zdamy sobie sprawę, że to prawdziwe arcydzieło :solo

Nie jest to LP, które wgniata od początku do końca, jednak każdy utwór wart jest uwagi i stanowi przyjemny podkład muzyczny do różnych czynności, choćby gapienia się w monitor :lol: Nie ma mowy o sztucznym wydłużeniu płyty, która jest dosyć krótka i taka forma pasuje jej najlepiej. Chociaż część kawałków jest zdecydowanie bardziej rockowa niż metalowa, to słyszymy dlaczego właśnie ten zespół stał się jednym z wzorców heavy metalu.

Szerzej napiszę o 3 utworach, które są szczególnie interesujące.

1."Burn" -rewelacja! Dynamiczny opener, dosyć długi z pięknym solo i refrenem. Zwraca uwagę również elegancka partia klawiszy oraz mocny wokal nadający piosence swoistą agresję i siłę. 9/10
2."Mistreated" -bardzo długi utwór ze świetną solówką gitarową. Jego elementem charakterystycznym jest ciężki riff i pełen żalu i złości wokal. Brzmi to momentami jak zawodzenie, choć nie ma mowy o żadnym fałszowaniu. Tekst kawałka nie jest zbyt rozbudowany i dobrze, bo jego największą siłą są świetne instrumenty. 9,5/10
3."A-200" oryginalny i ciekawy utwór instrumentalny. Jego siłą jest odstępstwo od typowego rocka i metalu prezentowanego na "Burn". Ciekawe zamknięcie albumu, zupełne przeciwieństwo piekielnego "Burn"
Na pewno nie jest to wybitne dzieło, ale swoją nietypowością zasługuje na ocenę 8,5/10

Pozostałe kawałki oceniam na 6-8/10, co sprawia że ogólnie wystawiam płycie bardzo wysoką ocenę 8/10 :rocx

Zaznaczam, że to ocena na tle wszystkich płyt (a szczególnie na tle najlepszego albumu w historii-"Chemical Wedding" ) jakie znam i oczywistym faktem jest, że po 32 latach album nie może wyprzedzać całej twórczości , która powstała (często jako naśladownictwo i rozwinięcie DP) przez ten czas. Oceniając płytę 20 czy 25 lat temu dałbym na pewno 10!
Ostatnio zmieniony czw wrz 28, 2006 5:11 pm przez Beltrametix, łącznie zmieniany 2 razy.
Artur
-#Nomad
-#Nomad
Posty: 5547
Rejestracja: wt wrz 06, 2005 4:37 pm
Skąd: Siem-ce Śl./Kraków

Re: ! Recenzje !

Post autor: Artur »

Obrazek

Dream Theater "Images And Words" (1992)

Drugi album Dream Theater do dziś przez wielu fanów jest uważany za najwybitniejsze dzieło tej nowojorskiej formacji... Czy słusznie ?? Cóż, postaram się na to pytanie odpowiedzieć, ale to może na końcu;)

Na pewno trzeba tutaj wspomnieć o pierwszej podstawowej zmianie jaka zaszła od czasu debiutu, czyli "When Dream And Day Unite" - zmienił się mianowicie wokalista zespołu. Niezbyt pasującego do stylistyki uprawianej przez Teatr Marzeń Charliego Dominici zastąpił Kanadyjczyk James LaBrie. Jak się okaże jakiś czas później, nie wszyscy słuchacze zaakceptowali umiejętności wokalne tego pana, ale to temat na osobną historię. Tym bardziej, że akurat na tym albumie trudno mu według mnie cokolwiek zarzucić.
W porównaniu z debiutem na pewno ulepszono również brzmienie, choć to akurat jest zazwyczaj normą na drugim albumie;)
No i przede wszystkim tym razem muzycy zaprezentowali już w pełni dojrzały, przemyślany materiał i co tu dużo mówić - zdefiniowali swój styl, choć oczywiście na kolejnych płytach, z lepszym lub gorszym skutkiem, wprowadzali pewne modyfikacje.

Jeśli idzie o samo brzmienie to ciśnie mi się na usta jedno słowo - kryształ. Jak dla mnie jest po prostu fantastyczne, wszystko jest klarowne, poszczególne instrumenty doskonale słyszalne. Bardzo trafne słowa padły kiedyś o perkusji Portnoy'a na tej płycie - "słychać chyba KAŻDE uderzenie z karkołomnych popisów Portnoy'a". Doprawdy, trudno o lepszą rekomendację. Choć trzeba tutaj też zaznaczyć, że ten znakomity szlif czyni to brzmienie wybitnie studyjnym. Ale to tak na marginesie.

Co do samych kompozycji - szukanie słabych na tym albumie jest jak szukanie igły w stogu siana. Naprawdę. tutaj nie ma mowy o czymś takim. I tutaj też jest widoczny postęp w stosunku do debiutu - tutaj KAŻDY utwór jest wart uwagi, każdy jest naprawdę ważną częścią płyty. Nieważne czy będzie to chyba największy hit zespołu, mocny "Pull Me Under" z zapadającym w pamięć refrenem i tym już niemal legendarnym wśród fanów DT zakończeniem w postaci nagłego urwania dźwięku, czy też może przepiękna ballada "Another Day" z przepiękna partią saksofonu , najbardziej techniczny "Metropolis Pt. 1: The Miracle And The Sleeper" czy też może cudowny, bazujący na kontrastach "Learning To Live" (strasznie mi brakowało tego utworu w Poznaniu:( ). Doprawdy niesamowite to kompozycje.

Płyta jest też znakomicie skontruowana. Po wykopie (chyba największym na albumie, te riffy) w postaci niemalże thrashowego "Pull Me Under", otrzymujemy niejako na uspokojenie cudowną balladę "Another Day", która jest chyba moją ulubioną spośród wszystkich nagranych przez Dreamów. Później otrzymujemy kombinowany "Take The Time", ze świetną grą Muynga i dość zadziornym chwilami wokalem LaBrie'go, a zaraz po nim znowu cos nieco prostszego, czyli "Sorrounded" zaczynający się od pięknych dźwięków generowanych przez Moore'a. Choć trzeba przyznać, że w tym utworze Petrucci gra wprost niesamowicie, więc taki prosty utwór to znowu nie jest;) Kolejne 2 utwory to prawdziwy wykop. "Metropolis Pt.1" i "Under A Glass Moon" to chyba najbardziej techniczne i progresywne utwory na płycie. Mnogość motywów, pojedynki gitarowo-klawiszowe mogą przyprawić o zawrót głowy, hehe. W dodatku obydwa utwory są "uposażone" w świetne, prawdziwie metalowe riffy, co tylko świadczy o tym, że muzyka Dream Theater, pomimo całej subtelności, którą czasem można w niej odnaleźć, nie traci prawdziwie metalowego pazura. Przepiekną miniaturkę "Wait For Sleep" można zatem potraktować jako kolejną chwilę odpoczynku po tak złożonych i pokombinowanych utworach. Tylko głos LaBrie i cudowna partia Kevina Moore'a, ileż w tym uczucia, niech mi ktoś jeszcze powie, że muzyka DT to bezudszna techniczna napieprzanka. Można ten śliczny utworek traktować również jako preludioum do absolutnie fantastycznego "Learning To Live". Utwór majstersztyk. Tutaj możemy mówić o progresji na całego. Kontrasty, zmiany tempa i to absolutnie fantastyczne zwolnienie w środku z tą hiszpańsko brzmiącą gitarą, po którym następuje chyba najpiękniejsze solo Johna. Żadna tam szybka popisówka, tylko po prostu pełna uczucia, przewspaniala solówka, wedlug mnie jedna z najwspanialszych, jakie możemy odnaleźć na płytach Dream Theater.

Kilka słów o wykonawcach. O muzykach Dream Theater napisany już baaaaardzo dużo, wiadomo - niesamowita precyzja wykonawcza, bajeczna technika, słowem - absolutnie doskonałe opanowanie instrumentów. Petrucci gra doprawdy znakomite riffy, poparte sugestywnymi solówkami, Myung jest doprawdy znakomicie słyszalny, jego basowe podchody są naprawdę interesujące, że wspomnę tylko o jego świetnej mini-solówce w "Learning To Live", która daje niejako sygnał pozostałym muzykom do zakończenia tego utworu i płyty, które jest doprawdy wsapniałe. On sam jako jedną ze swoich inspiracji wymieniał Harrisa, jednak ja tu czuję przede wszystkim wpływ Eddiego Jacksona z Queensryche. Kevin Moore również jest tutaj znakomicie dysponowany, wspomniana piękna partia w "Wait For Sleep", kapitalny wstęp do "Metropolis" czy też cudowna gra w "Another Day" to tylko kropla w morzu, bo oczywiście bardzo często toczy iście niesamowite "pojedynki" z gitarą Petrucciego, czego przykładem choćby "Metropolis". O Portnoy'u już wspomniałem na początku, ale powtórzę - słychać w zasadzie każde jego uderzenie, a jest czego słuchać. Miażdżąca gra stopami w "Take The Time", niezliczone potężne uderzenia, które jakby dociążają jeszcze muzykę, która przecież do lekkich nie należy. No i oczywiście doskonale spajający to wszystko James LaBrie, którego wspaniały czysty głos jest na pewno kolejnym atutem tego wydawnictwa. Trzeba też przyznać, że ma doskonałe linie wokalne, czasem dość zadziorne jak na niego, ale chyba jeszcze częściej pełne uczucia, co można zauważyć w pojawiający hsię w zasadzie w każdym z dłuższych utworów zwolnieniach, że o "Another Day" i "Wait For Sleep" nie wspomnę.

Czy z tego co tutaj naskrobałem rysuje się obraz albumu wybitnego ? Moim zdaniem tak, bo za taki też uważam "Images And Words". A czy najwybitniejszy to album w karierze DT ? Cóż, sprawa gustu, ale moim zdabiem chyba tak. Może jakieś znaczenie ma tutaj sentyment, bo to pierwsza poznana przeze mnie płyta Dream Theater, ale przecież jakość muzyki nagranej na tym albumie powinna mówić sama za siebie. Toteż polecam to wspaniałe granie każdemu kto lubi piękną muzykę.

Dodam jeszcze, że okładka pięknie wspólgra z tytułem płyty i muzyką - to prawdziwie niesamowite obrazy, tworzone za pomocą muzyki i tytułowych słów. To chyba ostateczny dowód na to, że mamy do czynienia z dziełem kompletnym, skońcoznym. Album wybitny, więc:

10/10

Recenzja pewnie za długa, ale i tak nie oddaje w pełni siły tego albumu.
Fear
-#Assassin
-#Assassin
Posty: 2221
Rejestracja: pn lip 04, 2005 10:28 pm
Skąd: Czeladź Główna

Re: ! Recenzje !

Post autor: Fear »

Obrazek

Jakoże jest wieczór, a płyta ta w tym czasie zyskuje na swej mocy, wzmaga się jej niesamowity, nietuzinkowy klimat, postanowiłem zmierzyć się z tą dawką muzyki serwowaną przez panów z Dream Theater. Mowa o płycie „Dream Theater (1999) - Metropolis (Part 2) - Scenes From A Menory”. Jest to swoiste arcydzieło, aksjomat, świadczacy o tym, że mamy do czynienia z niecodziennym zjawiskiem muzycznym.

Płytkę rozpoczyna „Regression”, który genialnie wprowadza w klimat płyty, który jest nieco tajemniczy. Słowa hipnotyzują nas „Hypnotherapist:
"Close your eyes and begin to relax. Take a
deep breath, andlet
it out slowly. Concentrate on your
breathing. With each breath
you become more relaxed.
Imagine a brilliant white light above
you, focusing on this
light as it flows through your body.Allow
yourself to drift
off as you fall deeper and deeper into a more
relaxed state
of mind. Now as I count backward from ten to one,
you will
feel more peaceful, and calm. Ten. Nine. Eight. Seven.
Six.
You will enter a safe place where nothing can harm you.
Five. Four. Three. Two. If at any time you need to come
back,all
you must do is open your eyes. One."

Nicholas:
Safe in the light that surrounds me
Free
of the fear and the pain
My subconscious mind
Starts
spinning through time
To rejoin the past once again

Nothing seems real
I'm starting to feel
Lost in the haze of a dream

And as I draw near
The scene becomes clear
Like watching my life on a
screen

Hello Victoria so glad to see you
My
friend.
„,
sprawiając, że oddajemy swe uszy pod władanie muzyki DT. Po chwili wchodzi gitarka, która stanowi pewna płynnośc z częścią poprzedzającą ja jak i zarówno z następnym utworem. „Overture 1928” jakby streszcza nam zawartość płytki w pigułce pigułce zapowiada to co ma nadejść wraz z kolejnymi utworami. Utwór pełen żywego, niezwykle harmonicznego grania otrzymujemy już na samym początku płyty. „Overture 1928” płynnie przechodzi w „Strange Deja Vu”, które tworzy rozwija jakby klimat zapoczątkowany w Overturze. Od słów :
” Nicholas:
Back on my feet again”

zmienia się nieco charakter utworu. Staje się taki bardziej żywiołowy. Utwór kończy się melancholijnym fortepianem, który wytwarza taki specyficzny pierwiastek pomiędzy płytą a słuchaczem. „Through My Words” jest wlaśnie utworem, który dzięki parti fortepianu zyskuje „to coś”. Płynnie przechodzi on w „Fatal Tragedy” , który rozpoczyna mowa Nicolasa. Muzyka pięknie komponuje się z tekstem. Tworzy taki specyficzny klimat, gra Pietruchy imituje jakby wszech obecny strach, kalwisze przywołują mistyczne głosy.
Szczególnie świetny jest fragment
„Without love

Without truth

There can be nothing back
Without faith

Without hope

There can be no peace of mind


,
po którym mamy szcenerię ( tworzoną przez muzykę ) rodem jak z jakiegoś filmu grozy…
Ciarki nie schodza z pleców, utwór trzyma w napięciu do końca. Na uwagę zasługuje instrumentalna cześć, która w niektórych momentach przypominą totalną schizę. Coś pięknego…
Tylko końcówka tak mi się kojarzy po trosze z wąwozem pełnym uciekających cyganów.
Piekna końcówka przy wtórze fortepianiu ;
[H:]

"Now it`s time to see how you died. Remember that death is not
the end but

only a transition."

przerywa trochę poprzednią spójność utworów, przechodząc od razu w szaleńczy riff „Beyond This Life”. Taka tajemniczośc tego utworu niezwykle łączy się z tekstem w piękną całość. Znów brawa dla klawiszy oraz gitary, które współtworzą takie mistyczne tło utworu.
Od momentu
„She wanted love forever
But he had another plan”

Znów się zmienia nieco charakter utworu na bardziej energiczny.
Szczególnie na uwagę zasługuje niemal wykrzyczany fragment przez LaBrie „Had a violent struggle taken place?
There was every sign that lead there
Witness found a switchblade on the ground
Was the victim unaware?
They continued to investigate
They found a note in the killers pocket
It could have been a suicide letter
Maybe he had lost her love”

Fragment :
“All that we learn this time
(what we have been is what we are)
Is carried beyond this life”

wraz z muyzką tworzy taki optymistyczny akcent. Następnie mamy znów część instrumentalną, i jedną z najlepszych solówek JP na całej płycie. Pod koniec znów takie schizowate granie. Niektórych może to nudzić, ale naprawdę jest co podziwiać ! Utwór, kończąc się, robi się taki przyjemny, niemal przenosi nas w :” Through Her Eyes”, który rozpoczyna się pięknymi partiami wokalnymi oraz klawiszowymi, w które wpleciono gitarę. Ten utwór, pomimo, iż jest bardzo spokojny, melancholijny, wprowadza w zadumę. Piekne harmonie wspomagane przez wokal LaBriego, wychodza naprawde imponująco. Jak dla mnie jest to utwór idealny. Można przy nim uronić łezkę, oj można…
Zaraz po tych pieknych chwilkach, orientalne dźwięki wprowadzają nas w „Home” . Utwór, co tu dużo mówić, już od początku ukazujący swój geniusz. Moment :
„Home, It's what I long for
Back home, Where I belong

The city- It calls to me
Decadent scenes from my memory
Sorrow- Eternity
My demons are coming to drown me

Help- I'm falling, I'm crawling
I can't keep away from its clutch
Can't have it, this habit
It's calling me back to my home”
jest wprost cudowny. Po tym możemy usłyszeć nawiązanie do “Metropolis - Part I The Miracle And The Sleeper” z I&W. Poza tym właśnie występują tutaj ( oprócz Nicolasa ) Miracle i The Sleeper.
I Część instrumentalna przenosi nas na gorące wręcz piaski pustyni, na zatłoczone ulice słonecznego Egiptu. Znów JP pokazuje wielką klasę podczas grania solówek. Zakończenie i mamy znów powrót po początkowych riffów i tego niezwykłego orientu. Całośc tworzy niezwykle klarowną kompozycję. „Home” gładko przechodzi w „The Dance Of Eternity”. Czy ja pisałem o schizmie obecnej w piosenkach na tej płycie? Tutaj mamy zagmatwanie z poplątaniem. Jest to gratka dla miłośnika instrumentalnego grania. Utwór jest niewątpliwie w czołówce instrumentalnych stworzonych przez DT. Kunszt techniczny, klimat, zawirowania tempa, metrum oraz wszelkie fragmenty utworu, które mogą nawet wywołac uśmiech na naszej twarzy są niewątpliwie atutami tego utworu. „The Dance Of Eternity” płynnie przechodzi w „One Last Time”. Znow od pierwszych sekund wyraźne tło zakreslone grubą kreską przez fortepian wprowadza nas w taki troszeczkę „nocny” klimat tego utworu. PIsenka krótka, ale pomimo tego dzieje się wniej dużo i jest naprawdę czego posłuchać. Jest tutaj nawiązanie do Overtury, a koniec w wykonaniu fortepianiu przypomina nieco jakiś baśniowo-bajkowy klimat. „The Spirit Carries On” jest następnym utworem na płycie. Brawa dla klawiszy. Utwór powoli się rozpędza. Znów mamy do czynienia z taki lekko „pościelowym” charakterem utworu. Piękne solo Petrucciego oraz krzyczący wokal LaBriego przy wtórze kobiecego wokalu tworzy niesamowitą, wzniosłą otoczkę wokoło. Następnie, bardzo subtelnie daje o sobie znać „narrator” :”
"You are once again surrounded by a brilliant white light. Allow the light to lead you away from your past and into this lifetime. As the light dissipates you will slowly fade back into consciousness remembering all you have learned. When I tell you to open your eyes you will return to the present, feeling peaceful and refreshed. Open your eyes, Nicholas."”
I rozpoczyna się ostatni utwór na płycie,"Finally Free" na początku którego można usłyszeć ogłosy burzy, które usuwają się w dal zaraz po pojawieniu się wokalu. W utworze powiewa tajemniczością, padają strzały, słychać dźwięki świerszczy , no coś niesamowitego. Znów mamy nawiązanie do Overtury. Następnie zaczyna się zakończenie utworu, które znów wywołuje ten znany z wcześniejszych utworów, pierwiastek, który przyciąga do ostatniej sekundy.Gdy muzyka cichnie, brzmi jakby z za ściany, zaczyna się seria czynności, które pozwalają poruszyć nasza wyobraźnię i dac nam wolne pole interpretacji o tym, co się dzieje. Płytę kończy „Hypnotherapist:
"Open your eyes, Nicholas."

Nicholas:
"AAAH!"”
oraz charakterystyczny szum jakby gramofonu, który pozostawia nas w chwilowej refleksji.

Jednym słowem : płyta geniusz. Od pierwszej nutki do ostatniej. Wszystko jest poukładane, ma swoje określone miejsce w bycie tego krążka. Smaczku dodaje fakt, że płyta w całości tworzy kompozycję zamkniętą,mająca bardzo ciekawą budowę ( wypowiedzi osób występujących”), która przede wszystkim nie nudzi! Brzmienie płyty jest niezwykle subtelne a zarazem z pazurem. Wszystkie instrumenty są wyeksponowane kiedy trzeba i przede wszystkim jak trzeba. Technicznie płyta na wysokim poziome, do czego zresztą DT zdążyło nas już niewątpliwie przyzwyczaić. Atutem płyty jest również niepowtarzalny klimat, który wzmaga się z każdym utworem by osiągnąc swe apogeum podczas "Finally Free".

BTW : Na uwagę zasługuje również świetna okładka płyty, z której wieje taką tajemniczością.Okładka w pewien sposób intryguje. Jest to naprawdę bardzo ładna kompozycja barw.

Ocena 10/10
Awatar użytkownika
syzygy
-#Nomad
-#Nomad
Posty: 5049
Rejestracja: śr lip 13, 2005 9:56 pm

Re: ! Recenzje !

Post autor: syzygy »

Obrazek
Samael- Eternal


Po 3 latach od ukazania się przełomowej dla szwajcarskiego zespołu Samael płyty Passage, światło dzienne ujrzało nowe dzieło grupy- Eternal.
Nowy album, także stanowi pewien przełom, może nie tak gwałtowny, jakim było przejście od black metalu do metalu elektornicznego na albumie Passage, lecz jednak na Eternal także stanowi większy, lub mniejszy przełom w historii zespołu, odbiega mocno od stylu jaki Samael prezentował na ostatnim albumie oraz Epce Exodus.
Przy pierwszym przesłuchaniu nie da się nie zauważyć zmiany w brzmieniu- zniknęła chropowatość, ostrość, postawiono na łagodniejsze brzmienie, bardziej przestrzenne co nadaje albumowi niesamowitego „kosmicznego” charakteru. Efektów elektronicznych jest jeszcze więcej, niż na poprzedniczce, lecz wszystkie sample oraz partie klawiszy Xytrasa doskonale się komponują z „miękkim” brzmieniem gitar.
Przyznam się, że nie od razu zaakceptowałem nowe oblicze Samaela. Brakowało mi tej przebojowości, którą posiada Passage, a także najnowsze wydawnictwo Szwajcarów „Reign Of Light”. Wiele fanów grupy nie przepada za tym albumem, pojawiają się głosy, że panowie przegięli z elektroniką, że album jest zbyt przekombinowany. Faktycznie, taka „Supra Carma” może razić wybijającą się na pierwszy plan elektroniką, lecz mi to zupełnie nie przeszkadza.
Na wielkie uznanie zasługuje wokal Vorpha. Jak zwykle stanął na wysokości zadania i jego praca nie budzi żadnych zastrzeżeń. Wokal jest bardziej urozmaicony w stosunko do Passage, w wielu kawałkach został dodatkowo przetworzony, co również ma niebagatelne znaczenie w budowaniu klimatu płyty. Głos Vorpha przybiera różne oblicza, raz złagodzony, wydaje się być odległy tak jak np. w Ways, z lekkimi zabarwieniami orientu (Us) innym razem chropowaty- Nautilus & Zeppelin, Together. Ten ostatni zasługuje na szczególne słowa uznania. Podniosły wstęp, słuchać chórki, nie mniej fantastyczne zwrotki- znów przetworzony wokal z chrypką sączy kolejne wersy przy akompaniamencie klawiszy- te również są mistrzowskie. Refren nie odstaje od całości, Vorph tym razem porzucił melorecytacje na rzecz śpiewu- ten również świetnie mu wychodzi. Kawałek ma dość smutną wymowę, można by go uznać za balladę. Nie pozwala o sobie zapomnieć.
Drugim geniuszem jest utwór The Cross. Ilekroć słyszę te zaczynające kawałek klawisze mam ciarki na plecach. Dalej jest już tylko lepiej, monumentalne wejście gitar, klawisze nadal pojawiają się w tle, no i mistrzowski wokal. Wersy takie jak: fraction of monopoly/ tension of opposite's pole wyplute ze złością przez wokalistę po raz kolejny robi piorunujące wrażenie. Refren także wyśmienity, choć osobiście wolę zwrotki.. więcej- uznaję je nawet za najlepszy moment na płycie. Kawałek jak można się domyśleć po tytule traktuje o krzyżu, a także o jego oddziaływaniu na ludzkość, czyny człowieka. Zdecydowany nr jeden na tej płycie.
Samael być może i wydał lepsze płyty od tej, lecz z całą pewnością żadna nie posiada takiego klimatu jak ta, co czyni ją wyjątkową w dyskografii tego zespołu. Jest albumem dość refleksyjnym, smutnym- tego o jego rywalach nie można raczej powiedzieć... Eternal zawsze lubiłem, lecz dopiero teraz, mniej więcej po pół roku od jej poznania potrafię go w pełni docenić, aktualnie jest zdecydowanie najczęściej słuchaną przeze mnie płytą Samaela.
Piękny, niepowtarzalny album.

9,5/10
Awatar użytkownika
slayer
-#Rainmaker
-#Rainmaker
Posty: 6853
Rejestracja: pt kwie 04, 2003 9:03 pm

Re: ! Recenzje !

Post autor: slayer »

Obrazek

Profanum-Musaeum Esotericum

Lubicie rozwiazywac zagadki? Lubicie ogladac filmy, ktore na koniec nic nie wyjasniaja?

Na takiej zasadzie mozna podejsc do tej plyty, panowie z Zielonej Gory juz poprzednim albumem (Profanum Aeternum ) zapowiedzieli cos wyjatkowego i nowego na naszej scenie.

Na plycie znajduja sie dwie suity, 20 minutowa 'Ecce deliquium lunae' i 18 minutowa 'Ecce axis mundi'. Jest to przedziwna mieszanka tajemniczego ambientu i black metalu. Ale nazwy te, to i tak wielkie uproszczenie tego co mozemy uslyszec. Aura jaka oslonieta jest ta plyta, moze przerazic nawet najodwazniejszego. 38 minut, ktore uplywa jak chwila. I czeka aby uruchomic funkcje 'repeat' i calkowicie poddac sie mocy albumu.

Nie da sie tego opisac, nie da sie o tym opowiedziec, bo kazdy na indywidualny sposob odbierze ten material. Na pewno nie jest to plyta, do ktorej mozna podejsc ot tak. Na pewno nie sa to wesole i pijackie opowiesci. Fragmenty jak z dobrego filmu grozy, szepty, odglosy lancuchow i potegujace napiecie elementy symfoniczne. Album jest bardzo nastrojowy , mistyczny wrecz.

Nie potrafie nawet porownac Musaeum Esotericum do tworczosci jakiegos innego zespolu... spotkalismy sie z ewenementem na skale swiatowa.
Na pewno plyta spodoba sie tym, ktorzy nie zamykaja glow na tego typu produkcje, ktorych nazwa 'black' nie przerazila na poczatku tej recenzji. Posluchajcie, bo to nie jest zwykly symfoniczny czarny metal. Jest to opowiesc, ktora zadaje pytanie i nie odpowiada na nie. Posluchajcie noca.

3 minutowy fragment

10/10

PS: A tym , ktorzy odnajda w tym cos dla siebie, polecam jeszcze krotkometrazowy film czlonkow Profanum , ozdobiony wlasnie muzyka z Musaeum... Po 'Intelekt Kollapse' jeszcze lepiej sie to wszystko odbiera.
Jazz is not dead, it just smells funny.
Matek
-#Nomad
-#Nomad
Posty: 5477
Rejestracja: pn maja 02, 2005 3:17 pm

Re: ! Recenzje !

Post autor: Matek »

mini recenzja to będzie ;)

Obrazek
Audioslave - Revelations

Kiedy zaczynali chyba nikt nie spodziewał się po nich że stworzą coś na miarę dokonań swoich macierzystych kapel. Tymczasem ich debiut okazał się niesamowitą dawką rock n' rolla czasmi porażającego energią, porywającego genialnymi melodiami, a czasami urzekającego pięknymi balladami jak choćby utworem zamykającym płytę. może nie stworzyli czegoś orygnialnego ale na epwno wszystko świetnie ze sobą współgrało- energia Rage Against The Machine z przebojowością Soundgarden. jakby grali ze sobą od zawsze ;) drugi krążek "Out Of Exile" nie przyniósł wielu zmian. nadal świetny kawał rocka. od tamtego czasu minął rok i ukazuje się trzeci (ponoć ostatni) album kapeli. i co mamy? zawód najkrócej mówiąc....

pierwsze wrażenie byłodość dla mnie szokujące.. jakbym nigdy nie słyszal żadnej ich płyty, nie znał historii i teraz dostal ten album to pomyślałbym że to właśnie ich debiut.
wszystko jakieś niespójne się wydaje. Cornell śpiewa swoje, chłopaki grają swoje. Jakby żywcem wyciąć wokale z soundgarden i muzę z Rage'ów... ni w dupe ni w oko to wszystko ;) Brak tu właśnie tej energii która charakteryzowała poprzednie albumy. nie ma już riffów będących idealnym przykładem tego że prostą zagrywką można porywać ludzi o wiele skuteczniej niż technicznymi popisami, nie ma tej odjechanej sekcji rytmicznej, nawet Criss śpiewa jakoś słabiej... długo można by wymieniać czego tu nie ma a czego się spodziewaliśmy. a co jest? jest 12 średnich kompozycji (przynajmniej wszystkie jednakowy poziom trzymają :lol: ) przez które ciężko przebrnąć bo gdzieś w połowie albumu przychodzi takie znużenie że nie ma się ochoty brnąć dalej. jedynie dwa ostatnie kawałki nieco wyróżniają sie z tłumu. no ale trzeba zaznaczyć że należą raczej do wolniejszych. do wyrózniających (choć niekoniecznie poziomem) można zaliczyć jeszcze szybko wpadający w ucho (jednak jeszcze szybciej się nudzi...) kawałek tytułowy który imo pasowałby na Superunknow Soundgarden oraz w miarę ciekawy One And The Same. reszta to naprawdę upierdliwe wypełniacze nagrane bez pomysłu, które wstyd wymieniać obok nawet najsłabszych utworów z dwóch poprzednich albumów. niestety...
Awatar użytkownika
syzygy
-#Nomad
-#Nomad
Posty: 5049
Rejestracja: śr lip 13, 2005 9:56 pm

Re: ! Recenzje !

Post autor: syzygy »

Obrazek

Samael- Exodus

Rok 1998 był bardzo owocny dla Samaela. Fani jednocześnie dostali w swe spragnione nowych wydawnictw ukochanego zespołu łapska aż dwa albumy: Xytras Passage- płyta Passage w całości odegrana na fortepianie przez perkusistę i klawiszowca zespołu, oraz EPkę Exodus.
O ile to pierwsze wydawnictwo nie musi wszystkim fanom metalu podobać (ja je lubię dość), tak Exodus powinien trafić w gusta fanów, o ile polubili oni Passage.
Ten mini-album zapewne był ciosem dla wszystkich fanów black metalu- zespół obdarł ich z ostatnich złudzeń, postanowił konsekwentnie kontynuować styl zapoczątkowany na poprzednim albumie.
Zaczynamy kawałkiem tytułowym, który jest taki jaki być powinien- w odpowiednim samaelowskim klimacie, Vorph charczy jak na niego przystało, Xytras wciska gdzie się da swoje elektroniczne efekty. I taka jest cała Epka- tak jakby kontynuacja Passage, choć z paroma innowacjami.
Zespół zdecydował się zamieścić dwa covery starszych kawałków, z płyty Ceremony Of Opposites: Son Of Earth oraz tytułowy. Bardzo się cieszę z takiego rozwiązania, gdyż początkowe płyty Samaela wciąż jeszcze do końca mi nie podchodzą, a te kawałki w tym wydaniu wprost uwielbiam. Fantastycznie wypadło Ceremony Of Opposites, z rozbudowanym wstępem brzmi naprawdę dumnie, podniośle. Panom z Samaela tak się spodobał szybki fragment z covera Son Of Earth, że postanowili zrobić z niego osobny kawałek- From Malkuth To Kether. Niektórym może wydawać się za bardzo zelektronizowany, mi pasuje, choć czuję nutkę żalu.. zamiast rozwijać jeden motyw z poprzedniego kawałka mogliby dać całkiem nowy utwór.
Na pochwałę zasługuje najspokojniejszy na tym wydawnictwie Winter Solstice ze świetnymi partiami klawiszy, jednymi z lepszych jakie zespół w ogóle stworzył.
Płyta nie kończy się po From Malkuth To Kether, jest jeszcze jeden ukryty, całkowicie elektroniczny kawałek.
Zdecydowanie warto zainteresować się tym wydawnictwem. Mimo że, tak naprawdę dostajemy nie 6 a tylko 3 nowe kawałki, covery są rzeczą bardzo udaną i epkę śmiało można postawić na równi z największymi sukcesami grupy, Samael utrzymuje swój wysoki poziom nawet na EPkach, co już zresztą wcześniej udowodnił nagrywając Rebbelion.
Myśle, że Exodus może być dobrym początkiem dla osób które chcą dopiero poznać szwajcarski zespół- zawiera on wszystkie najlepsze elementy nowego oblicza Samaela, a przez to, że trwa jedynie niespełna pół godziny, łatwiej przyszłym fanom będzie przyswoić styl zespołu.
Trudno mi ocenić tą epkę, gdyż trudno jej cokolwiek zarzucić... niech będzie
9/10 :P
Matek
-#Nomad
-#Nomad
Posty: 5477
Rejestracja: pn maja 02, 2005 3:17 pm

Re: ! Recenzje !

Post autor: Matek »

Obrazek
Raibow Rising

Co potrafi Blackmore do spółki z Dio to już pokazali na pierwszej płycie. jeszcze tylko zmienili nieco sklad kapeli i mamy Rising. płytę rozpoczyna świetny, tajemniczy Tarot Women. w zasadzie lepiej chyba byc nie może. Dio w życiowej formie, świetne klawisze Careya. kompozycja wręcz idealna, nie ma co sie rozpisywać ;) dalej mamy trzy rasowe rock 'n' rollowe kawałki. właściwie nic im zarzucić nie można. świetne energiczne granie. nie pamiętam jak to byłokiedy płytę słuchałem po raz pierwszy ale teraz nie potrafię się w nie wsłuchać. nie żeby były słabe. poporstu kiedy tylko kończy się Tarot Women zaczynam odczuwać podekscytowanie.. poporstu wiem co bedzie potem i czekam na to ;) Run With The Wolves, Starstruck i Do You Close Your Eyes owszem umilają to czekanie ale są "tylko" (albo "aż") tłem do tego co znajduje się na sam koniec płyty (bo ma tylko 6 kawałków jakby ktoś nie wiedział ;) ).
Stargazer to chyba największe dzieło w jakim brał udział zarówno Ronnie jak i Ritchie (o reszcie muzyków nie wspominając). ośmiominutowy majstersztyk. porażająca muzyka. niesamowite klawisze Careya i perkusja największego pałkera w historii - Cozy'iego Powella tworzą niesamowity klimat. gdzieś jakby z tyłu gitara mistrza blackmore'a, idealnie wpleciona w całą resztę. dopiero pod koniec się rozkręca. a nad tym wszystkim króluje głos wielkiego Dio. to co wyczynia w końcówce numeru poprostu zapiera dech. tego się nie da opisać. można by prawić godzinami nad geniuszem tego numeru ale w końcu i tak zabraknie słów ;) ale to nie koniec emocji. panowie nie odpuszczają anio na sekundę. A Light In The Black które stanowi jakby dokończenie Stargazera wcale mu nie ustępuje ;) tyle że jeżeli głownym bohaterm w poprzednim byl Ronnie tak tutaj mamy jeden wielki popis reszty muzyków. oczywiście pięknych wokali nie brakuje, w końcu to Rainbow :)
Rising to esencja hard rocka lat 70-tych. Bez wątpienia najlepszy Album na którym możemy posłuchac największego z największych czyli malego człowieczka - Ronniego James Dio ;) wstyd nie znać poporstu. a ostatnie dwa kawałki to dla mnie najpiękniejsze 15 minut jakie kiedykolwiek słyszałem. amen
Awatar użytkownika
syzygy
-#Nomad
-#Nomad
Posty: 5049
Rejestracja: śr lip 13, 2005 9:56 pm

Re: ! Recenzje !

Post autor: syzygy »

Obrazek
Halford- Resurrection
Po paru latach tułaczki po odejściu z Judas Priest, założeniu 2 zespołów, nagraniu 4 płyt, wszystkim doskonale znany Rob Halford zdecydował się powrócić do tego co kocha robić najbardziej- grania metalu. Wokalista zrozumiał, że jednak eksperymentalne płyty Fight „Small Deadly Space”, czy „Voyeurs” z Two to jednak nie jest droga, którą by pragnął podążać dalej. Razem z Royem Z, gitarzystą, kompozytorem zespołu Tribe Of Gypsies a także z solowej działalności Bruca Dickinona zasiadł do pracy nad nowym materiałem. Efektem ich pracy jest triumfalny powrót boga metalu, tytułowe „zmartwychwstanie”.

Zaczynamy tytułowym Resurrection. Już intro zwiastuje, jak zaśpiewany jest ten kawałek- bardzo wysoko, nieraz może aż za bardzo... Rozumiem, że taki wokal może przeszkadzać, tak samo jak można nie lubić growlu. Dla mnie może być, tym bardziej, że to jedyny „kwiczany” kawałek, w dalszej części płyty Halford przechodzi w niższe rejestry. I wypada to znacznie lepiej, co uwidacznia się choćby w drugim na płycie „Made In Hell”. Szaleńcze zwrotki sprawiają wrażenie zaśpiewanych z wielką swobodą, polotem. W refrenie lekka zabawa z głosem wokalisty przy słowie „hell” dla podkreślenia jego „szatańskości” :P Kawałek robi piorunujące wrażenie, pamiętam, że na początku słuchania tego albumu, był jednym z moich ulubionych, teraz wprawdzie do czołówki już nie należy, co nie znaczy, że jest kawałkiem złym. Wprost przeciwnie, jest świetny, lecz „problem” tkwi w tym, że na tej płycie jedynie takie znajdziemy. „Locked And Loaded”- krótki, niezwykle przebojowy numer. Od samego początku, agresywny wokal, równie cięte refreny, kawałek może się kojarzyć lekko z odscholowym graniem lat 80. Nightfall nie zbiera zbyt pozytywnych recenzji wśród fanów, lecz posiada on dla mnie niepowtarzalny klimat, już na wstępie słyszymy świetne gitary, fantastyczny refren dodatkowo podsyca to uczucie.
Dochodzimy do serca płyty czyli „Silent Scream” Cokolwiek o nim zaraz napiszę i tak to nigdy w pełni nie odda piękna tego utworu. Łagodny wstęp, Halford śpiewa delkatnie, z wyczuciem jak nigdy. Już pierwsze nuty oddają charakter tego utworu- będzie nostalgicznie, smutno, lecz tak jak już wspomniałem pięknie. Przy wersach „With a needle in my heart Needle in my heart...” naprawdę można się wzruszyć, a to dopiero początek emocji, gdyż oto Halford zaczyna śpiewać:
“You'll never know
My life means everything
Still I scream because
There's nothing left to do until the end...”
Przy tej części utworu dosłownie się rozpływam. Rzadko który kawałek wywołuje u mnie takie emocje. Utwór brzmi podniośle, lecz moim zdaniem nie ma w tym cienia kiczu. Gdy już myślimy, że kawałek to „tylko” genialna ballada, kolejne minuty pokazują, jak bardzo się myliliśmy. Gitary nagle przyspieszają, Halford przechodzi sam siebie złowieszczo śpiewając w oszałamiającym tempie kolejne linijki utworu: „I am life, I am death, I will steal your final breath, yeah - hate.” Nagle tempo z powrotem zwalnia, słyszymy wysokie wokalizy w tle. Koniec tego utworu rusza mnie jeszcze bardziej, niż wszystko co w nim było dotychczas. Gdzieniegdzie wysokie, podwajające się wokale, lecz tutaj wprost idealnie pasują, podkreślając nastrój utworu. Kawałek zdecydowanie wybija się ponad poziom skądinąd przecież genialnej płyty. Jeden z lepszych kawałków jakie było mi dane usłyszeć, mój ulubiony z łysym panem na wokalu, w Judas Priest nie znajdziemy kawałków tego typu, a szkoda...
Kolejnym utworem jest „The One You Love To Hate” z gościnnym udziałem znanego wszystkim forumowiczom Bruca Dickinsona. Kawałek zaczyna się szarpanym riffem a w ślad za nim rusza cała reszta ferajny, podwójna stopa dodaje utworowi wiele agresywności, czyniąc go jednym z cięższych utworów na płycie. Wokaliści śpiewają w dwóch zwrotkach na zmianę, 3 wersy Bruce, trzy Halford, miażdżący refren razem. Duet świetnie się sprawdził, oba głosy świetnie się komponują. Aż żal, że Bruce wystąpił tylko w jednym kawałku, bo jego wokal jest fantastyczny, agresywny, taki jak u starszego Bruca własnie uwielbiam- zjada większość wokaliz z najnowszej płyty Iron Maiden. No ale to w końcu płyta Roba a nie Bruca. Cyberworld lekko sprowadza nas na ziemię, niewątpliwie niezły kawałek... no właśnie- tylko niezły. Jednak kolejny Slow Down trzyma najwyższy poziom. Ciężki, powolny riff, potężne partie perkusji i jeszcze to śliczne zwolnienie w środku, po którym znów bombardują nas uderzenia perkusisty, głowny motyw powraca ze zdwojoną siłą. Zdecydowanie pierwsza trójka tej płyty. Następujący po nim Twist wywołuje u słuchaczy różne emocje, od uwielbienia do nienawiści, ja jestem gdzieś po środku, uznaję, go za kolejny udany utwór. Z kolei Temptation to chyba najsłabszy utwór na płycie, wszystko co na nim się znajduje, słyszeliśmy już wcześniej, niczym nie zaskakuje.... Drive nieco odświeża formułę płyty, niezły kawałek. I tak oto dobrnęliśmy do końca, gdyż Saviour jest ostatnim utworem na tym albumie. Nie ukrywam, że końcowe 3, no może 4 utwory lekko obniżają równy poziom płyty, moim zdaniem, można było wywalić wspomniane Temptation i już inaczej by się koniec odbierało...
Gdy posiadamy wersję płyty z dodatkami, znajdziemy jeszcze dwa utwory. Jednakże Hell’s Last Souvivor i Sad Wings niczego nowego nie wnoszą, choć nie schodzą poniżej pewnego poziomu, czuć, że ta formuła lekko się wyczerpała, niekiedy w połączeniu z końcem płyty zaczynają mnie nużyć.
Płycie można jeszcze zarzucić to, że brak na niej jakiegoś głębszego zamysłu, każdy kawałek wydaje się być idealnym singlem, przebojem- jedynie Silent Scream zdecydowanie wyróżnia się budową.

Trudno mi obiektywnie ocenić ten album. W moich oczach, pomimo tego, co napisałem o końcówce jest to album niemal idealny. Dodatkowo jest to dla mnie płyta szczególna w jakimś sensie przełomowa.. wiążą się z nią pewne wspomnienia, którymi nie będę Was zanudzał. Ilekroć ją włączę, cofam się w czasie, chyba żadna płyta nie utrwaliła tak moich wspomnień jak ta... być może dlatego, że wtedy słuchałem mniej, a dokładniej, ostatnimi miesiącami ze słuchania muzyki się zrobiła trochę taka „masówka”... ale to już inna historia :P

Moja ocena 10,5/10
Ocena w miarę obiektywna (dla Matka i reszty )
9/10 :wink:
Matek
-#Nomad
-#Nomad
Posty: 5477
Rejestracja: pn maja 02, 2005 3:17 pm

Re: ! Recenzje !

Post autor: Matek »

Obrazek
Creed - My Own Prison

historia Creeda trochę jak bajka się dziś wydaje. Dóch kumpli zakłada kapele odkrywając przy okazji że muzyka jest tym co chcą naprawdę robić. szybko wypracowują swój styl, niezbyt oryginalny swoją drogą, ale szybko stają się rozpoznawalni w okolicy. podpisują kontrakt z jakąś malutką wytwórnią, wydają album, ich pierwszy singiel robi furorę w lokalnych rozgłośniach radiowych. oczywiście zostają przejęci przez dużą wytwórnię, album zremasterowano i wydano w ponownie. i co? pierwsze miejsce na liście bilbordu, album pokrył się czterokrotnie platyną (ponad 4 mln sprzedanych egzemplarzy w usa), wszystkie 4 single na szczycie listy przebojów. nagrody dla najlepszego rockowego zespołu roku itd. bajka... ale nic nie bierze się z przypadku.
mamy rok 1997. mania na grunge dawno już minęła. próżno szukać w mediach gigantów tamtej ery. i nagle pojawia się Creed. niby grunge ale trochę ciężej i z nieco innym przekazem. ambitne teksty Scotta Stappa który chciał również przekazać coś oprócz samej muzyki nie mają w sobie nic z grunge'owego buntu. jest za to trochę boga, trochę uczuć, trochę "normalnego" życia. dziś nie ma co nad tym dyskutować bo wiadomo że wszystko odbyło się w idealnym dla chłopaków czasie.
sam album to dziesięć ciężkich i zarazem melodyjnych kawałków. i nie ma co pisać że jest to muzyka trudna w odbiorze, ambitna, wymagająca bo tak nie jest. nagrali 10 wpadających w ucho utworów, które swobodnie mogłyby być puszczane w radiu (oczywiście nie mówie o naszych stacjach radiowych :lol: ). słowem - komercha. no ale nie zmienia to faktu że to nadal kawał solidnego rocka. mi osobiście ich "przystępność" w żadnym wypadku nie przeszkadza, a wręcz przeciwnie.
nie mogę też powiedzieć że album od poczatku do końca trzyma jeden, mistrzowski poziom. zdecydowanie wyróżnia się kawałek tytułowy. niesamowita opowieść o ostatnich chwilach skazanego na śmierć (coś jak Hallowed Be Thy Name ;) muzyki nie ma co porównywać ale liryki... zresztą nie ważne :) ). kawałek utrzymany jest w dość "leniwym" tempie z mocniej zaakcentowanymi. choć muszę przyznać że największe wrażenie robi tutaj postać Stappa. mowa zarówno o tekscie jak i wokalach. zresztą przynajmniej połowa uroku Creeda to unikalny głos Scotta. tego trzeba posłuchać.. na mnie robi ogromne wrażenie, a w momencie kiedy śpiewa
Should have been dead
On a Sunday morning
Banging my head
No time for mourning
Ain't got no time

zapominam o całym bożym świecie. żadko komu udaje się tak idealnie połączyć przekaz utworu z muzyką (wokalami). tego kawałka mógłbym słuchać bez przerwy (co zresztą czynię :mrgreen: )
a tak przy okazji... wielkie kiedyś wrażenie wywarł na mnie ten utwór w wersji koncertowe z.. alcatraz. nie chodzi o wykonanie tylko.. no wiecie ;]
ma szczególną uwagę zasługuje również piękna ballada What is Life For. znowu piękny śpiew Scotta, znowu dobry tekst, znowu świetna melodia. tutaj możemy także usłyszeć tak charakterystyczne dla ich późniejszej twórczośći zagrywki Mike'a Tremontiego na nieprzesterowanej gitarze.
świetnie też kończy się ten album - kawałkiem One. taki typowy Creedowy hit można by powiedzieć, ale też naprawde świetny utwór. zresztą jeszcze jest trochę ich na płycie - otwierający Torn, (prawie) ballada Pity For A Dime czy naprawdę ciekawy In America. nie zabrakło też, niestety, wypełniaczy takich jak Illusion czy Sister ale ich poziom nie odstaje jakoś rażąco od reszty i absolutnie nie uprzykszają słuchania albumu, który sprawia wrażenie bardzo spójnego. nawet kolejnośc piosenek świetnie przemyślana, nie ma czegoś takiego jak w przypadku wielu albumów że jakiś moment (początek, srodek, koniec etc) przeskakujemy bo następują po sobie słabsze kompozycje. tutaj od samego początku do końca coś jeszcze ma [album] do zaoferowania :)

Kiedyś byłem dość sceptycznie nastawiony do Creeda. wiadomo - komercja, mtv i te sprawy. jednak tym albumem przekonali mnie że mają coś wartościowego do zaoferowania.
Beltrametix
-#Invader
-#Invader
Posty: 196
Rejestracja: pn sie 28, 2006 9:44 pm

Re: ! Recenzje !

Post autor: Beltrametix »

Obrazek

Ostatnio pojawiły się recenzje DT , więc i ja dorzucę swoją cegiełkę :wink:

"Awake" wiele osób uważa za najlepsze dzieło DT. Jest to uzasadnione podejście, choć wg mnie "I&W" jest lepszą płytą. Z pewnością jednak "Awake" to bardzo istotny album, gdyż stanowi spory postęp w porównaniu do wspomnianej płyty i niejako zapowiedź przyszłych dzieł nowojorskich muzyków. Przejdźmy jednak do płyty.

Osobiście, "Awake" dzielę na 5 częśći. Robię tak ze względu na pewne podobieństwa w brzmieniu i klimacie jakie łączą niektóre utwory. Zatem po kolei opiszę kolejne elementy LP:

I
1.6:00
2.Caught in a Web
3.Innocence faded
Ocena: 8/10. Utwory całkiem fajne , ale czegoś im brakuje. Przede wszystkim wydają się monotonne i grane schematycznie. Niby jest to DT i nie ma powielania pomysłów, jednak te niemal 17 minut nie przykuwa mocno mojej uwagi. Za to wiem co czeka mnie od następnego utworu, a to powoduje, że traktuję powyżsżą trójkę jako rozgrzewkę przed WIELKĄ Muzyką...

II: A Mind Beside Itself
4. Erotomania
5. Voices
6. The Silent Man

Ta trzyczęściowa suita to prawdziwe arcydzieło. Zaczyna się od prawie 7-miominutowego instrumentala, który jest niezwykle ciekawy i nie nudzi nawet przez chwilę. Brak wokalu to spore utrudnienie, gdyż śpiew potrafi ożywić nawet beznadziejny utwór, a w "ciszy" trudniej przemycić wypełnienia i dłużyzny. Brawa. Zwłaszcza dla Petrucciego i Portnoya.
Voices to z kolei popis LaBrie'ego , uważam że to najlepszy wokalnie utwór DT. Te emocje i zapał , który James włożył w wyśpiewanie prawie 10 minutowego utworu są nie do przebicia. Ostatni element suity , to "The Silent Man" . To dobry kawałek, grany na akustykach, nie zawiera fajerwerków, ale nadaje ciekawy klimat w centralnej części płyty.

III
7.Mirror
8.Lie

Kolejne utwory niemal scalone ze sobą. Końcówka Mirror i początkowe takty Lie w zasadzie są razem zespawane :) To ponad 13 minut bardzo ciężkiego grania, z cudownym przesterem gitary i bardziej intensywną perkusją niż w pozostałych utworach. Do tego wyjątkowo "zły" i gniewny głos Jamesa nadaje wspaniały klimat. Nie należy również zapominać o klawiszach, które w kluczowych momentach pomagają budować nastrój. Z obu piosenek lepszy jest Lie, ma wg mnie więcej energii i nie traci świeżości pod sam koniec. Tu zaczyna się robić smutno, bo przechodzimy do czwartej już części "Awake czyli

IV
9.Lifting Shadows off a Dream
10. Scarred

To jest dla mnie szok. Oba utwory to IMO 100% wypełniacze, które znalazły się na albumie chyba z pazerności zespołu , chcącego zapełnić koniecznie album po najdalsze okręgi kompaktu. Zwłaszcza "Scarred" jest tu przerażający,bo ma 11 minut! Niestety pomysłów jest tu jedynie na 5... Gdyby ściśnięto te 2 utwory w jeden 6-7 ,minutowy byłoby świetnie, a tak jest bardzo przeciętnie, co po prostu nie wypada tak dobrej kapeli.

V
11. Space-dye vest.

Może powinienem ten utwór podciągnąć pod czwórkę, ale nie miałoby to sensu. No i stanowiłoby niezasłużony zaszczyt dla powyższej miernoty. Ciężko bowiem opisać utwór tak wybitny jak zamykający album S-dV. Oryginalność, brzmienie i nastrój sprawiają ,że kompozycja zachwyca od pierwszych do ostatnich sekund. Przede wszystkim rewelacyjny fortepian, ale także wokal i gitara, robią nieopisywalne wrażenie. Trzeba usłyszeć to samemu.


Jest to album na pewno bardzo dobry, ale zmarnowano jego potencjał. Po co trwa 75 minut :?: :!: Jest tu co najmniej 15 minut zbędnej muzyki. Gdyby wyciąć najgorsze momenty z pierwszej trójki i "Scarred" otrzymalibyśmy wspaniały longplay, trwający i tak godzinę, który zasługiwałby na miano jednej z najlepszych płyt w historii metalu i to nie tylko progresywnego. Tak przegrywa nawet ze swoim poprzednikiem, który jest bardziej spontaniczny, krótszy, a przede wszystkim nagrany z pomysłem od A do Z. Nie ma zbędnych dłużyzn, a utwory są rozciągnięte ze względu na świetne, popisowe partie instrumentalne. Dlatego, w cieniu "dziesiątkowego" "Images &Words" stawiam "Przebudzonemu" tylko
9/10
Dani Filth
-#Long distance runner
-#Long distance runner
Posty: 863
Rejestracja: pn sie 28, 2006 7:34 pm

Re: ! Recenzje !

Post autor: Dani Filth »

Cradle Of Filth - Thornography





Skład zespołu:

Dani Davey - wokal
Paul Allender - gitara
Charles Hedger - gitara
Adrian Erlandsson - perkusja
Dave Pybus - bas
Zespoł nie zaangażował jeszcze nowego klawiszowca, na razie w tej roli występuje Rosie Smith.

Najnowszy album Cradle Of Filth, to kolejny logiczny krok w ewolucji zespołu. Wampiry z Sufflok, nie chcą być zaszufladkowane i uproszczone pod względem gatunku. Na nowym krążku, przewija się wiele eksperymentalnych tonacji muzycznych. Nie jest już tak ciężko i brutalnie jak na wcześniejszych dziełach. Ani wokalista nie stara się przebić swych wyczynów, na choćby ,,Midian”, ani gitary, czy perkusja nie gonią za dawną kondycją. Po za tym ,,Thornography”, została prawie całkowicie wykastrowana z aranżacji orkiestrowych. Ale w tym szaleństwie Kredek, jest sposób. Dani i spółka rezygnując z charakterystycznych dla tej kapeli cech, dają nam coś w zamian. I naprawdę nie wiem, co to takiego, ale nowe dzieło Cradle Of Filth, to naprawdę dobra rzecz.

Zaczyna się ciekawą instrumentalną kompozycją (,,Under Pregnant Skies She Comes Alive Like Miss Leviathan.”), która za chwilę przeradza się w mocne uderzenie, w postaci ,,Dirge Inferno”. Prawie pięciominutowy utwór to znakomity opener, przypominający trochę ,,Gilded Cunt” (,,Nymphetamine”), ale znacznie od tego kawałka wolniejszy. Na dalszy ogień idą: ,,Tonight In Flames”, ze świetnym refrenem i fajnie brzmiącą perkusją, potężny ,,Libertina Grimm”, oraz złowieszczy ,,Byronic – Man” z gościnnym udziałem wokalisty HIM – Ville Valo. Nastepny jest ,,I Am The Thorn” (z oryginalnie sklejoną przerwą w środku utworu), oraz ,,Cemetery and Sundown”. Ten drugi utwór zawiera, przynajmniej na początku, futurystycznie przerobiony głos wokalisty. Dalej też jest bardzo melodyjnie i spójnie. ,,Lovesick for mina”, unosi się i opada, w falującej tonacji. Świetny ,,The Foetus Of a New Day Kicking”, to esencja ,,Thornography”. Jest melodyjnie, przebojowo i chwilami progresywnie. Na uwagę zasługuje znakomity, wpadający w ucho refren. Autorski ,,Rise Of The Pentagram” to ciekawa (chociaż w twórczości ,,CoF”, bywały lepsze), instrumentalna kompozycja z gościnnym udziałem Douga Bradleya (znanego z filmu ,,Hellraiser”). Na ,,Under Huntress Moon” , nareszcie pojawiają się chórki, i orkiestra, które towarzyszyły Cradle Of Filth, bardzo często. Najbardziej ze wszystkich nowych utworów wyróżnia się ,,Temptation”- Kower starej grupy techno-popowej Heaven 17’s. Połączenie dyskotekowego pulsowania z ciężką muzyką, wypada dość dziwnie, chociaż ,,Temptation”, może spodobać się po kilku przesłuchaniach.

Podsumowując, ,,Thornography”, to album, który dał możliwość Cradle Of Filth, na pójście w inną stronę, zachowując przy tym ducha dawnych płyt, i świeżość, która zawsze towarzyszyła muzyce grupy. Nowy krążek, raczej nie spodoba się tym, którzy znienawidzili ostatni album Kredek - ,,Nymphetamine”, ponieważ można z czystym sumieniem, powiedzieć, że ,,Thornography”, to bardzo udana kontynuacja swojej (moim zdaniem bardzo dobrej) poprzedniczki.
Ostatnio zmieniony pn maja 19, 2008 1:57 pm przez Dani Filth, łącznie zmieniany 3 razy.
Nemesis...as one we stand!!
Awatar użytkownika
slayer
-#Rainmaker
-#Rainmaker
Posty: 6853
Rejestracja: pt kwie 04, 2003 9:03 pm

Re: ! Recenzje !

Post autor: slayer »

Obrazek


Krisiun - Works Of Carnage

Brazylijczycy już długo przed tym albumem znaleźli się na ustach wielu metalowych maniax. Byli powodem radości i złości . Ale generalnie zrobili wokół siebie szum nie mały i cały świat chociaż minimalne pojęcie o rodakach Ronaldo miał.
W 2003 wydali kolejny album, tytułowa ‘masakrę’. No i udało się, Krisiun było na buźkach jeszcze większej ilości osób i w większości były to ucieszone mordy ;)
Works of Carnage to faktycznie masakra. 34 minuty, po których zapierdzielać będziecie 34 razy szybciej. Trzej amigos drą się, grają i tłuką w sposób dopracowany do perfekcji. Za zwolnienia służą tu przerwy między utworami. Jest piekielnie i bardzo charakterystycznie. Zaprezentowany materiał jest świetnie zagrany, idealnie brzmiący. Zrobili to tak, że słuchacz o nudzie zapomni, zapomni o tym co robi. Skupi się na tym albumie i będzie do końca dnia rytm blastów stópką wybijał.

Znakomita robota! 9/10
Jazz is not dead, it just smells funny.
Matek
-#Nomad
-#Nomad
Posty: 5477
Rejestracja: pn maja 02, 2005 3:17 pm

Re: ! Recenzje !

Post autor: Matek »

Obrazek
Coma – Pierwsze Wyjście z Mroku

Coma jest w naszym kraju zjawiskiem dość szczególnym. Osiągnęli, w pewnych kręgach, status zespołu kultowego zanim na półkach pojawiła się ich pierwsza płyta. Nic w tym jednak dziwnego jeżeli bliżej przyjrzymy się ich twórczości. Zaproponowali nam coś czego nie było. Nie podążyli drogą niemal wszystkich polskich młodych kapel które serwują słuchaczą, zazwyczaj marną kopię zachodnich zespołów, próbują zwojować coś w gatunku w którym już wszystko zostało dawno powiedziane. Oczywiście każdy ma swoją publikę ale o takim sukcesie jaki stał się udziałem Comy raczej mało kto może marzyć… Bo też mało kto mógł sobie wyobrazić że zespół mając na koncie ledwie jeden album będzie wypełniał największe kluby w kraju, co nie zawsze udaje się nawet uznanym w świecie markom. Siłę ich muzyki najlepiej oddaje spojrzenie na widownie która zbiera się na ich występach. Od wypindrzonych lasek w różowych spódniczkach po zakutych w skóry metalowców. Owszem pojawiają się głosy że świadczy to o tym że ich muzyka nie jest „prawdziwa” ( true :laugh ), że to pozerstwo itp. Mi pozostaje się tylko śmiać z tych biednych ludzi ;) Tak to właśnie wygląda, albo się ich kocha albo nienawidzi. Nie każdy akceptuje pseudo(albo i nie pseudo…) artystyczną treść twórczości, pełnej wzniosłych, czasami nadętych tekstów Roguckiego, z całą otoczką wokół tego. Osobiście daleki jestem do „ochów” i „achów” nad Piotra ale muszę przyznać że są dobre. Zarówno teksty same w sobie jak i to jak komponują się z muzyką. Nieraz spotkałem się z opiniami jakoby nazywanie poezją tekstów Roguca było przegięciem. OK., pytam tylko dlaczego? Bo ktoś nie lubi kapeli? Ja uważam że powinno nazywać się rzeczy po imieniu ;) Dla przykładu. To jest „wielka” poezja
od wczesnej wiosny
do późnej jesieni
rankiem
za oknem mojej sypialni
przelatuje
sroka
w annałach
kronikach
tablicach genealogicznych
zwana Pica Pica
z rodu kondotierów
krwawych i podstępnych

niech nas nie zwodzi
czystość kolorów
soczyste listowie nieba
niepokalana biel śniegu

tylko jej śpiew
śpiew grzechotnika
odsłania jej

prawdziwy charakter
morderczyni niemowląt

należałoby
powściągnąć zachwyt
przestrzegać
piętnować
rzucić klątwę
zedrzeć z niej
obłok zachwytu
którym osłania zbrodnię
wtrąca w wahanie
lekkomyślne dusze

co zatem czynić
co czynić wypada
-- ha
wiem co zrobię
wynajmę
księdza Jana Twardowkiego
piewcę rodzimego drobiu
jako Egzorcystę Natury
do specjalnych poruczeń
kiedy ksiądz
wyjdzie nagle z cienistego
konfesjonału zagajnika
ptaszysko może dostać
zawału serca ze strachu
i na miejscu skonać
zresztą księdzu przyda się także
trochę ruchu
na świeżym powietrzu
A to już nie jest poezja….
przedostała się w parszywy czas
przez ulice zakażone bezradnością dni
przez korytarz betonowych spraw
pewność że my
mimo wszystkich nieprzespanych nocy
mimo prawdy porzuconej na rozstajach dróg
potrafimy w rzeczywisty sposób
znaleźć się już

w domu będzie ogień
a do domu proste drogi
wiodą słusznie moje stopy
nie zabraknie mi sił
czas poplątał kroki
jest łagodny i beztroski
ma zielone kocie oczy
tak samo jak ty
No oczywiście że to w pierwszym cytacie to poezja bo wiersze tego pana czytamy w szkole a to drugie nie poezja bo to przecież tekst zespołu z gejowatym wokalistą :lol:
Doba, w sumie to mało teraz ważne więc zostawię ten temat ;)

Pierwsze Wyjście z Mroku miało pokazać wszystko to co najlepsze w Comie. No cóż… nie pokazało. Bynajmniej nie dlatego że jest słabą płytą. Po prostu mieli w dorobku kilka ciekawszych numerów niż na przykład Ocalenie czy Chaos Kontrolowany. A przede wszystkim nie oddała nawet w małym stopniu tego co Coma pokazywała na koncertach. Można by sobie zadawać pytanie skąd akurat te piosenki na albumie ale nie wnikam w to ;) bo płyta jest co najmniej bardzo dobra. Wszystko zaczyna się od hymnu – Leszek Żukowski. To jest jeden z tych utworów które za każdym razem wywołują ciarki na plecach. Rozkręca się bardzo długo. Napięcie rośnie i rośnie, a kiedy już jesteś pewny/pewna że to właśnie ten moment kiedy wszystko wybuchnie- chłopaki podkręcają je jeszcze bardziej… aż do finału gdzie każde powtórzenie „niczego nie będzie żal” wydaje się mieć jeszcze więcej mocy w sobie, jeszcze bardziej sponiewierać słuchacza ;) tego się nie zapomina do końca życia :)
Mimo że przy większości z utworów można odnieść wrażenie ze oparte są na jednym schemacie, czyli wolne zwrotki, mocniejsze refreny nie ma mowy o uczuciu znużenia. Atrakcji nie brakuje. Choćby utwór tytułowy, z kultowym wręcz tekstem ;) nie mogę sobie odmówić zacytowania :lol:
prorocy porzygali się i śpią
poeci umierają w grobach strof
anioły śmierdzą potem, żrą kiełbasę
mają w dupie żywych
Nieźle wypadają nieco przebojowy Spadam, porywający Czas Globalnej Niepogody czy Nie Wierze Skurwysynom, którego tekst chyba nigdy nie straci na aktualności w naszym kraju ;) trochę inne oblicze zespół odkrywa w takich kawałkach jak Pasażer czy Sto Tysięcy Jednakowych Miast, dzięki któremu wygrał Przegląd Piosenki Aktorskiej.
Album kończy typowy kopniak z półobrotu- Zbyszek. Nie ma co się rozwodzić nad tym kawałkiem. Trzeba posłuchać. Po prostu wgniata w ziemie.

Coma udowodniła że można coś osiągnąć w naszym kraju grając niekoniecznie to czego chcą stacje radiowe i TV i że można z tą muzyką trafić do każdego…

tym razem, wyjątkowo sobie ocenię
8+/10

PS
Ja wiem że ta recka jest pusta jak szamański bęben i nawet w jednym procencie nie oddaje fenomenu tego zjawiska jakim jest Coma.
Bloody Sabbath
-#Invader
-#Invader
Posty: 186
Rejestracja: wt lis 18, 2003 4:41 pm
Skąd: B-Stok

Re: ! Recenzje !

Post autor: Bloody Sabbath »

Ария- Армагеддон

Obrazek
Musze przyznac, ze mimo iz dobrze znam i wysoko cenie poprzednie dokonania zespolu, na ten krazek nie czekalem z zapartym
tchem. Rok 2006 mial mi uplunac pod znakiem Iron Maiden, Metal Church czy Queensryche- Arie (lub, jak kto woli Arije) traktowalem jako suplement do wydawnictw gigantow metalu. I co? I, podobnie jak w roku 2003, Rosjanie milo mnie zaskoczyli.
Plyte rozpoczyna szybki kawalek z bardzo charakterystycznym riffem i wpadajacym w ucho refrenem- Poslednij Zakat. Idealny otwieracz, zarowno plyty jak i, zapewne, koncertow- dosc szybki by rozladowac napiecie oczekiwania u fanow i zmusic ich do pogowania, dosc melodyjny by zaistnial w mediach i dosc ciezki zeby wywolac usmiech na twarzy wielbiciela heavy metalu. I wywołuje, a panowie z Arii doskonale zadbali zeby nie zniknal do konca trwania krazka. Na plycie otrzymujemy kilka swietnych rockerow, z moim faworytem- Wikingiem, na czele. Utwor rozpoczyna spokojna recytacja, ktora wprowadza nastroj tajemniczosci. Patent wykorzystywany w muzyce wielokrotnie, jednak nadal doskonale sie sprawdza. Jak to zwykle bywa, po nastorjowym wstepie czas na ciezki, miesisty riff, przy akompaniamencie ktorego Berkut rozpoczyna swoja historie o wojach z Północy. Jednak prawdziwa perelka tego kawalka jest refren- sluchajac go przed oczami mam tysieczny tlum krzyczacy w koncertowej ekstazie: Smierc i Slawa, pagibajet staryj Wolk/ rozrywajet krikom, rozriwajet krikom oblaka. Ech, chcialoby sie w czyms takim uczestniczyc, ale to wymaga wycieczki na wschod, bo Aria do tej pory omija nasz kraj szerokim lukiem. Na uwage znasluguje takze singlowy Czuzoj. Metalowy walec, ciezki utwor utrzymany w srednim tepie z bardzo melodyjnym refrenem. Sluchajac go przed premiera calej plyty mialem mieszane uczucia, dopiero teraz w pelni go docenilem.
Oczywiscie, jak na klasyczny, metalowy krazek przystalo nie moglo zabraknac ballady. Ta, jak zwykle w przypadku zespolu z kraju naszych wschodnich sasiadow, trzyma wysoki poziom. Swiet Byloj Lubwi, bo o nim mowa, to spokojna opowiesc o milosci, z mocniejszym gitarowym akcentem pod koniec utworu. Calosc okraszona 'wzniosla' solowka doskonale pasujaca do klimatu utworu. Nie wiem, moze to moje rusofilskie sklonnosci, ale gdy slysze Beruta w tym utworze serce sie rusza. Rosyjski, jak zaden inny jezyk na swiecie, pasuje do spiewania o milosci. Pewnie niejeden 'metal' o wygladzie Thorgala, po cichu ociera lezke z oka sluchajac tego utworu. Oczywiscie wylacznie wtedy, gdy w poblizu nie ma kolegow, przed ktorymi nalezy udawac twardzila.
Doskonalym zakonczeniem albumu jest Twoj Dzien. Tu dopiero Aria pokazala prawdziwe mistrzostwo w tworzeniu wpadajacych w ucho refrenow, od czasu pierwszego przesluchania nie moge (i nie chce) wybic go sobie z glowy. Utwor rozpoczyna sie basowym wstepem, zaryzykowalbym nawet stwierdzenie ze sciezka basowa, jest dla tego utworu kluczowa. Kawalek napisany chyba zostal na luzie, automatycznie poprawia humor i sprawia ze na swiat patrzymy przychylniejszym okiem. Polecam sluchanie go zawsze, gdy chcemy ustrzec sie handry.
Panowie zadbali zeby sluchacz nie mial zadnych watpliwosci ze slucha
Arii. Wlasnie- Arii a nie kopii Iron Maiden. To bardzo wazne- etykietka 'rosyjskiego Iron Maiden', ktora zostala przyczepiona zespolowi z ojczyzny carow w latach 80 i 90, powinna raz na zawsze odpasc. Na tym krazku Maidenowskich nalecialosci uswiadczymy jak na lekarstwo (najwiecej chyba na rewelacyjnym, rozbudowanym Krow Korolej) otrzymujemy po prostu heavy metalowy krazek wysokiej proby.
W odbiorze plyty niewatpliwie pomaga swietna, klarowna produkcja. Wszystko jest utrzymane na swoim miejscu, sekcja rytmiczna stanowi doskonaly podklad pod ostre gitary, a nad wszystkim goroje potezny glos Berkuta.
Wlasnie- wokalnej stronie tego krazka nalezy sie kilka oddzielnych slow, bo wykonano tu naprawde doskonala robote. Artur znacznie urozmaicil swoj sposob spiewania, pokazal ze umie spiewac bardzo czysto nawet w wysokich rejestrach- szczegolnie slychac to w kawalku Mjeczennyj Zwon, gdy spiewa Slyszysz mnienja ja idu za toboj. Roznica w porownaniu do ostatniej plyty naprawde duza.
Ktos moze powiedziec ze krazek jest oparty na utartych, sprawdzonych schematach, nic nowego nie wnosi do muzyki i z biegiem czasu utonie w morzu podobnych sobie produkcji, a pamiec o nim przetrwa w umyslach nielicznych maniakow. I pewnie ten ktos bedzie mial racje... tylko co z tego. Nowa produkcja Arii sprawia mi autentyczna radosc ze sluchania, a wiec wypelnia najwazniejsza role muzyki. Nie kazdy krazek musi wywolywac muzyczna rewolucje, wazne by podobal sie sluchaczom. I tak wlasnie jest w tym przypadku. Otrzymalismy godnego nastepce swojego swietnego poprzednika, Kreszczenie Ogniom. Otrzymalismy krazek mogacy smialo konkurowac z najlepszymi dokonaniami Arii z lat 80, i wreszczie (chociaz obiecywalem sobie ze unikne porownan do Iron Maiden) otrzymalismy plyte ktora zmiata ostatnie dokonania przyjaciol Eddiego z powierzchni ziemi. Nie pierwszy raz uczen przerosl mistrza.

8/10
ODPOWIEDZ