Re: Najlepsze mówione intro
: śr maja 20, 2026 12:43 am
Temat może nie jest najlepszym wyborem na tego posta, ale nie chce mi się otwierać nowego, który poniekąd by się pokrywał z tym tutaj...
Jak teraz się raczę dyskografią IM w przygotowaniach koncertowych, to zauważyłem rzecz, która mi dotychczas umykała. To jest drobiazg i nie ma związku z samą muzyką, ale... Na płytach wydanych po klasycznej erze brakuje mi właśnie ciekawych introdukcji.
"My son...", "Woe to you...", :We want information...", śmiech faraona (?) w Powerslave, nawet takie pierdołowate rzeczy pokroju "japońskiego" na początku Still Life. To są zależnie od kompozycji albo drobiazgi albo fragmenty budujące nastrój całości.
Na żywo to czasami wyglądało inaczej, bo zajebiste intro z recytacją wiersza dostało Paschendale, Dance of Death też zyskało wprowadzenie wzięte z Shakespeare'a, ale całościowo im dalej w las, tym bardziej odczuwam tego brak. IMO tego typu rzeczy sprawiały, że dany numer stawał się bardziej charakterystyczny.
Nie wiem, w życiu w sumie o tym nie myślałem, ale jak tak się zastanowię, to w sumie szkoda, że z tego zrezygnowali. Dobrze, że Sign of the Cross załapało się jeszcze na chór gregoriański, bo gdyby powstało 10 lat później, to pewnie byłoby inaczej.
Jak teraz się raczę dyskografią IM w przygotowaniach koncertowych, to zauważyłem rzecz, która mi dotychczas umykała. To jest drobiazg i nie ma związku z samą muzyką, ale... Na płytach wydanych po klasycznej erze brakuje mi właśnie ciekawych introdukcji.
"My son...", "Woe to you...", :We want information...", śmiech faraona (?) w Powerslave, nawet takie pierdołowate rzeczy pokroju "japońskiego" na początku Still Life. To są zależnie od kompozycji albo drobiazgi albo fragmenty budujące nastrój całości.
Na żywo to czasami wyglądało inaczej, bo zajebiste intro z recytacją wiersza dostało Paschendale, Dance of Death też zyskało wprowadzenie wzięte z Shakespeare'a, ale całościowo im dalej w las, tym bardziej odczuwam tego brak. IMO tego typu rzeczy sprawiały, że dany numer stawał się bardziej charakterystyczny.
Nie wiem, w życiu w sumie o tym nie myślałem, ale jak tak się zastanowię, to w sumie szkoda, że z tego zrezygnowali. Dobrze, że Sign of the Cross załapało się jeszcze na chór gregoriański, bo gdyby powstało 10 lat później, to pewnie byłoby inaczej.