Czekam sobie w pubie The Little Owl znajdującym się w Bickenhill z 20-30 minut piechotą od lotniska w Birmingham na margeritę, opaskę z Bloodstocku ciągle na sobie mam i niesamowicie oczekuję lotu do Łodzi, w której nawet bieganie psom szkodzi, który jest dopiero za 6,5 godziny, dlatego też to świetna okazja przynajmniej do rozpoczęcia relacji z mojego pobytu w środkowej Anglii, czy może bardziej zachodnio-środkowej.
Ale zanim do tego przejdę to na krótko napomnę jak było w Ostrawie, a nic właściwie przez ten czas nie pisałem, bo to co napisać mogłem zostało dobitnie podane przez innych kolegów. Na tym koncercie tym razem nieco bardziej się skupiłem na laserkach i oświetleniu i też zwróciłem uwagę, że Halford nie zrobił growlu pod koniec Metal Gods, a w Warszawie był i to dosyć wyrazisty. Widocznie raz go robi, a raz nie, w Mönchengladbach, Halle i wczoraj na Bloodstocku też go nie było o ile ta krótka pamięć mnie jeszcze nie zawodzi, a może być z nią tylko gorzej, o czym wspomnę w dalszej części tego wpisu. W każdym razie, pod tymi różnymi względami był to wybitny koncert i naprawdę głośny, co bez zatyczek bardzo odczuwałem. Ogarnijcie sobie, że do Czech zapomniałem tych zatyczek po prostu zabrać, a wczoraj natomiast jedną zgubiłem i znowu Judas Priest musiałem bez nich słuchać, a wolę już słuchać koncertu bez zatyczek niż z jedną w jednym uchu xD Wejście wraz z organizacją było wybitnie chujowe, jedno z najgorszych w moim życiu, ale mimo tej chujowizny Kraków 2,5 roku temu wspominam równie źle przez tę niemożliwą nie robiącą przez długi czas żadnego progresu kolejkę, ale mimo tego czeski koncert nadal uważam za najlepszy z tych co widziałem na tej trasie, albo najlepszy na równi z Halle, lecz najlepszej formy samego Halforda doświadczyłem zdecydowanie u naszych południowych sąsiadów. W tym miejscu dziękuję przede wszystkim Schizoidowi, który już w Warszawie mi powiedział, że spokojnie mogę się dołączyć do jego ekipy te kilka dni później, więc czułem się naprawdę mile widziany tam dzięki niemu. Sorry tylko, że byłem trochę przygaszony i nic się prawie nie odzywałem, ale Sardiego, manicheana, Blackcockera i nieforumowych kolegów również pozdrawiam
Od tamtego wydarzenia 6 dni czekałem na wylot z Krakowa do Birmingham, miałem oczywiście lekkiego stresa, bo nigdy wcześniej nie byłem w UK i z jakiegoś powodu tej kontroli paszportowej bardzo się obawiałem, ale ostatecznie wszystko poszło elegancko. Chciałem zrezygnować z tego wypadu i już nawet przeboleć te 800 czy 900 zł za lot, których i tak by mi pewnie nie zwrócili, bilet na Bloodstock przynajmniej ubezpieczyłem i nocleg też mogłem odwołać bez problemu, ale to nadal na tyle dużo pieniędzy, że jak już tyle w to zainwestowałem i nerwów sobie zjadłem to już zdecydowałem się tam polecieć i chuj, w najgorszym wypadku będzie źle, ale przynajmniej będę sie trzymał tego co sobie zaplanowałem. Jak kupowałem bilet na ten Bloodstock to Judas Priest ciagle poza tym festiwalem mieli ogłoszony jedynie występ na Reload w Niemczech i mijały miesiące bez żadnych nowych ogłoszeń, więc pomyślałem, że to może być jedna z zaledwie dwóch okazji do zobaczenia ich w tym roku, więc bodajże we wszystkich świętych kupiłem wejściówkę na niedzielę i na opłacenie przelotu zdecydowałem się jakieś 10 dni później. Tak, dlatego właśnie zdecydowałem się tam polecieć, bo zespół tylko dwa występy na ten rok miał ogłoszone, a jakiś miesiąc później jak na złość ogłosili "resztę dat" na 2026 rok. Napisałem to w cudzysłowie, bo w marcu dogłosili jeszcze inne daty do 21 września i przez to kolejne ogłoszenie zdecydowałem siebie jeszcze Rzymem dobić, więc póki co mam miesięczną przerwę od Bogów Metalu na żywo, chociaż równie dobrze mógłbym mieć dożywotnią, bo czuję, że w tym roku i tak wystarczająco sobie użyłem ich gigów. Tak, 3-4 koncerty z tą samą setlistę są jak najbardziej wystarczające, więcej to już nikomu niepotrzebna dobitka, no ale jak już się zaplanowało tyle wypadów to trzeba je sfinalizować. Pojebało mnie. Tyle słowem podsumowania mógłbym napisać, ale do niego trochę jeszcze zostało.
Paszport wyrobiłem sobie dopiero w drugiej połowie czerwca, ale nawet tydzień nie minął i już go mogłem odebrać. Świetnie. Jak już go odebrałem to zarejestrowałem się do ETA w domu i do któregoś czerwca 2028 roku mogę podróżować do Wielkiej Brytanii, więc jak nadarzy się okazja jeszcze to zajebiście, a jak nie to pieniądze trochę wyjebane w błoto, no ale przynajmniej paszport jest na 10 lat i z nim mogę do Japonii i w inne obce miejsca polecieć. I ja z tą Japonią, a szczególnie z Osaką, odbiegałem myślami w przyszły rok parę miesięcy temu, bo jest tam jeden festiwal noise'owo metalowy, na którym są C.C.C.C., Whitehouse czy Intestine Baalism, ale jak zobaczyłem ceny tych lotów i jak długo trzeba tam lecieć, i to z przesiadką, a nie tak bezpośrednio, to zrezygnowałem. Nie na moją kieszeń podróż do krainy kwitnącej wiśni jeszcze jest, a w samej Polsce jest tyle Azjatek, że kiedyś może mi się uda jakąś wyrwać
Caracal in delusion, here we fuckin' go!
No ale trzymając się tematu, jak miałem wszystko co do wylotu miało być potrzebne to byłem trochę spokojniejszy i nawet zaczynałem się nim jarać, lecz wciąż jednak z oczywistą myślą, że gdybym miesiąc jeszcze się wstrzymał to nawet by mnie tam nie było, ale nie wycofuję się już za nic w świecie. A jedną z atrakcji poza Judas Priest było też bardzo powierzchowne zwiedzenie samego Birmingham. Tak więc, pochodziłem i coś tam zobaczyłem. O sabbathowski most zahaczyłem. Ogromnego na 33 stopy byczusia również zobaczyłem, ma na sobie oksy Ozzy'ego nawet teraz i na cześć Ozzy'ego właśnie nazwali go Ozzy. Fajnie zobaczyć z bliska taką konstrukcję. I jeszcze parę metrów od dworca na New Street jest otwarta dla każdego o bylejakiej dowolnej godzinie miejska minigaleria, w której znajdują się murale z płytami Rio, Vol. 4 i Labour of Love oraz parę jakichś dzieł sztuki. Spodobało mi się to miejsce, ale zabrakło mi w nim Judas Priest, bo oni też przecież są z tego miasta. Co tam jeszcze widziałem? Baskerville House, pozłacany pomnik Boultona, Murdocha i Watta, Library of Birmingham, te wszystkie miejsca co wymieniłem są praktycznie obok siebie, no i ogólnie to co w mieście można zobaczyć, ale też bardzo lubię ceglaną architekturę i te niektóre okołogotyckie zabudowania były miodem dla moich oczu. Czułem się bezpiecznie, nikt nawet krzywo na mnie nie spojrzał, jeden gość spytał mnie tylko o papierosa, ale w grzeczny sposób, inny osobnik chciał parę pensówek do biletu, ale nic nie miałem, bo jakieś pół godziny wcześniej jakiemuś czarnemu grajkowi perkusiście dałem ostatni brytyjski bilon jaki miałem wtedy, i niech się cieszy z tych dwóch funtów

A dla tego biedaka na dworcu nic nie mogłem znaleźć. Karma nie wraca, więc nie nastawiam się na to, że ktoś mi nagle da zapomogę za to gówno, które sam robię, chciałem to wrzuciłem do futerału i nie żałuję. Tak czy siak, nie czułem się mniej bezpiecznie niż w Polsce, być może nawet i bardziej niż w niej. Chuj, że trochę muzułmanów i czarnuchów jest, nic nikomu nie robią, a przynajmniej nie byłem świadkiem jakiejś chociażby jednej przykrej sytuacji; zajmują się sobą i mają gdzieś ludzi, którzy nie mają z nimi nic wspólnego, no ale może za krótko tutaj byłem, by tak jednoznacznie to ocenić. Jak patrzyłem dzień przed wylotem jeszcze za jakimiś brytyjskimi knajpami z wegańskim lub wegetariańskim jedzeniem to zwróciła moją uwagę jedna w Soho, ale jak przeczytałem, że to najniebezpieczniejsza dzielnica Birmingham, w której pełno ćpunów i różnej maści bandytów jest to zrezygnowałem z odwiedzenia tego miejsca. Zresztą, zaraz przy hotelu była knajpa, w której też serwowali coś bezmięsnego, więc w niej zjadłem i mi wystarczyło, nie chciałem kombinować w ogóle z szukaniem nie wiadomo czego. Wspomniałem o tym miejscu zaraz na samym początku w pierwszym akapicie i od jakichś trzech i pół godziny w nim nie jestem, w tej chwili siedzę sobie na lotnisku już dawno będąc po kontroli bezpieczeństwa i cieszę się, że tak spokojnie tu teraz jest, żadnego hałasu, rozmów, wkurwiających bachorów - po prostu cisza. Luksus!
Sobota była stosunkowo udana, dzisiejszy poniedziałek też jest, ale czas na bardziej ponurą i rozczarowującą część tej relacji. Początek niedzielnego poranka nie był ani zły ani dobry, łazienkę mi zalało po prysznicu, bo coś tam przedziurawione pod tą kabiną jest, ale obsługa to posprząta prędzej czy później, więc to jeszcze nic. Gorzej, że musiałem z toalety na parterze potem korzystać, bo w swojej bym się utopił. Jajecznicę zjadłem i popiłem sokiem pomarańczowym, bo śniadanie miałem w cenie swojego pobytu to skorzystałem i nie musiałem potem przymierać głodem przez długie godziny. Była jeszcze fasolka w jakimś sosie, ale nie chciałem ryzykować przed koncertami. Nie znam się na brytyjskiej kuchni, ale jakiejs wykwintności to oni chyba nie mają, bo jak szukałem czegoś regionalnego w wariancie, który mnie interesuje, no to co było w ofercie niektórych barów? Fish and chips

Pewnie tak mnie to rozpierdala, bo kojarzy mi się to z Gracjanem Roztockim, który swego czasu chwalił się swoimi umiejętnościami kulinarnymi na swoim Youtube i nawet podśpiewywał do tego "Fish and chips, siabadabadaba, fish and chips, lalalalalala, fish and chips" czy jakoś tak i ciągle mi to siedzi w głowie jak o tym myślę. Iks de na potęgę i martwość xD
Zamówiłem bolta, bo Bloodstock jest na jakimś chujowym niekomunikatywnym zadupiu, na które żadne pociągi czy autobusy nie dojeżdżają, ale jeden minimalny plus jest taki, że wydałem na niego w obie strony mniej niż byłem na to nastawiony. Jak wyszedłem z terenu festiwalu to długo krążyłem i szedłem tak długo póki przestanie być ruchliwie i będę miał jakieś połączenie z netem, bo w takim miejscu oczywiście i z netem ciężko. I jak doszedłem tam gdzie mogłem tego bolta zamówić, nie wiem ile ten spacer mi zajął, z 15 o ile nie nawet 20 minut, to właściwie nadal byłem przy terenie festiwalu, a ściślej mówiąc przy jakimś polu namiotowym czy kamperowym. Połączenie z netem było, ale bałem się o swoją najbliższą przyszłość, bo jeden kierowca najpierw zaakceptował przejazd, a parę sekund później go anulował. Drugi tak samo. Za to kolejny, do trzech razy sztuka, podjął wyzwanie i po mnie przyjechał! Czekałem na niego dwadzieścia parę minut, a z jakimkolwiek boltem wcześniej próbowałem chyba przez dziesięć się połączyć, ale najważniejsze jest to, że się udało i bezproblemowo wróciłem do hotelu.
Nie dałem rady wcześniej tam dojechać i nastawiałem się na to, że barierki miał nie będę, ale po Bootyard Bandits, pierwszej niedzielnej kapeli, trochę ludzi sobie poszło i udało mi się zająć miejsce w drugim rzędzie. Scena dosyć daleko, niektórzy muzycy, w tym i Wylde, nie potrafili kostek w ogóle wyrzucić w publikę. Riley potrafiła swoją jedyną kostkę bardzo fajnie dorzucić do trzeciego rzędu (nawet przeleciała obok mnie

), a chłopy pokazali w porównaniu z nią amatorszczyznę. Chuck Billy rzucał czymś zawiniętym w jakąś taśmę, wyglądało to na koszulki i w niemalże atletyczny sposób sprostał zadaniu, ale czymś takim chyba łatwiej rzucić niż kawałeczkiem plastiku. Ale fanty fantami, od razu wspomnę, że nic nie złapałem i nie był to absolutnie mój dzień i to nie tylko pod tym względem. Zacznijmy od czegoś przyjemniejszego, czyli od muzyki i samych występów. Bootyard Bandits to jakiś redneckowy kowbojski... country metal? Nie podoba mi się taka muzyka, więc nieciężko tu zgadnąć, że nie dostarczyli mi żadnych duchowych wrażeń. Po nich, jak pisałem, udało mi się przystanąć w drugim rzędzie i kilkanaście minut po tym swój koncert zaczęło Graphic Nature. Nie mam pojęcia czy to nu metal czy nie, ale było to strasznie generyczne i byle jakie, po prostu nic godnego uwagi. O Castle Rat dużo pisać nie muszę, ale te świeczki i lampy były im absolutnie niepotrzebne na scenie, bo w tym słońcu kompletnie żadnego klimatu nie było. Muzycznie dobrze, ale wokal szczurzej królowej mógłby być nieco głośniejszy i mogło być przynajmmiej trochę selektywniej instrumentalnie, bo niektóre momenty na dynamice traciły, ale źle nie było. I te elementy teatralne zajeżdżają jednak tandetą, lecz ogólnie i tak oceniam ten występ na plus. Kittie mi się podobało chyba nawet bardziej, kobity widziałem z drugiego rzędu i mogę ze swojej perspektywy powiedzieć, że są niezłe. Podobało, ale skręcało mnie jak te dziewczynkowate wokale słyszałem, lecz jak refreny drugi raz wchodziły to bardziej potrafiły siąść. Ogólnie to jest jakiś metal z elementami thrashu czy czymś innym, ale nie potrafię tego teraz określić, były niezłe riffy, potrafił być i rozkurw i te cukierkowate wokale, które mnie drażniły, ale aż tak experience'u mi nie popsuły całościowo, było dobrze. Ale to też koncert, od którego na większą skalę pływacy zaczęli się uaktywniać. Jestem debilem, że okularów w hotelu nie zostawiłem, bo myślałem, że nie będzie źle, ale one o dziwo jeszcze są całe i mam je na sobie. Zatyczka wypadła mi pod koniec koncertu Body Count, więc cud, że aż do nich udało mi się wytrzymać z tyloma pływakami nad sobą. Nie wiem czy w całym UK to u nich jakiś sport narodowy jest czy na Bloodstocku tylko, ale w całej swojej karierze koncertowej tyle ich nie widziałem. Kurwa, na jednym Kittie było ich więcej niż na wszystkich koncertach jakich byłem razem wziętych wcześniej i oczywiście, parę razy mnie skopali (między innymi po głowie, dlatego o tej pamięci na początku wspomniałem, że może być z nią gorzej tylko teraz), jakieś zadrapanie mam na szyi, jedna laska z łokcia w jedno szkło mi przyjebała (cud, że jest całe). W takich warunkach nie da się zupełnie na muzyce skupić, więc z tych koncertów od Kittie do Body Count ile wyniosłem to wyniosłem, więc ten festiwal nie jest dobrym miejscem na spokojną zabawę i obczajenie sobie koncertów, jest wręcz fatalny. No, chyba że gdzieś z tyłu się pójdzie, gdzie jest się wolnym od pływaków. Bardziej bałem się mosh pitów różnych, ale były dosyć daleko od mojego miejsca i mi nie przeszkadzały. Za to tych pływaków zapierdoliłbym każdego po jednym tak jak Odyseusz zrobił to z zalotnikami. No kuurrrrrrwa, to było tak wkurwiające, bo zamiast na koncercie to się trzeba skupiać na tych jebanych bestiach, aby Ci z buta nie zajebały albo Ciebie nie przygniotły. Wiem, że diverzy mają wspaniałą zabawę jak to robią, ale gwałciciele też mają wspaniałą zabawę jak kogoś wykorzystują, dręczyciele mają wspaniałą zabawę jak kogoś dręczą, złodzieje jak kogoś okradają, itd. Nie wiem co tu mogę napisać. Może to wstyd, że akurat przed Judas Priest zaraz odpuściłem swoje miejsce, i akurat w niemalże 15-rocznicę mojego ich pierwszego gigu (dzisiaj jest), bo już po prostu miałem dość i chociaż ich chciałem w spokoju posłuchać bez przejmowania się tymi zjebami i kurwami. Nic, tylko to zgładzić w cholerę. Nigdy w tym roku nie miałem tak spierdolonego humoru na jakimkolwiek muzycznym wydarzeniu i odechciało mi się wszystkiego, nawet właśnie Judas Priest, ale jednak obejrzałem już z czystego obowiązku. Na dwóch koncertach tej trasy byłem na barierce i dwóch innych w drugim rzędzie, to na tym miałem jednak widok na tyle i lepiej te lasery i światła się oglądało. Cóż, to zawsze niby coś innego, playlista przed gigiem też była nieco inna, ale za to setlista (no czegóżby innego oczekiwać...) kropka w kropkę taka sama, jeden do pierdolonego jeden. The Ripper na innych koncertach bardziej mi się podobał, Halford nie odleciał tak jak w Ostrawie, ale ten fragment Painkillera przy "PAIN! PAIN! KILLER! KILLER!" chyba najlepiej mu wyszedł na tej trasie póki co i Panic Attack było wspaniale odśpiewane, przy "wild neurotic memes!" był absolutny rozkurw, ale tak jak i na innych koncertach, ten falset przy "digitally criminally INSAAAAAANE" był krótszy niż w studyjnym oryginale. Ale fajnie usłyszeć ten progres jaki Rob zrobił w tym kawałku od pierwszego koncertu! Poza tym Ripperem jakoś, wokalnie było wybornie, i instrumentalnie bez wielkich zmian, na każdym gigu oni wszyscy dopieprzają do pieca tak jak trzeba. I można się zgadzać lub nie, ale Delivering the Goods to chyba największy banger w tym secie. Morda zawsze mi się cieszy jak to grają. Perfekcyjny otwieracz na Killing Machine i kawał porządnego rockowego wpierdolu koncertowo, ciężko znaleźć słowa do tego jak porządne jest riffowanie w tym kawałku. Głośno też było, ale dlatego, że dalej stanąłem to może nic drastycznego mi się nie przytrafi po tym gigu - jeszcze słyszę na oba uszy, więc źle nie jest. Nie wiem tylko co zrobić przed Savatage i Nevermore jutro, czy znaleźć jakiś sklep z porządnymi zatyczkami czy może wypchać sobie chusteczkami oba uszy (fuck yeah, kuleczki z chusteczek!) czy może iść na ryzyko i słuchać tych koncertów "na goło"? Heavy metalowa maszyna z Birmingham jest wspaniała, ale nawet i nią można się lekko przejeść i zupełnie niewarto wybierać się na tak okropny festiwal po to, by po raz piąty ten sam set usłyszeć. Dla Halforda ten festiwal jest wyjątkowy z jakiegoś powodu, że razem z judaszową ekipą pojawił się na nim aż trzy razy w ciągu ostatniej dekady. Pewnie im sporo płacą za występ na nim, to pewnie nie mogą mu odmówić wyjątkowości pod tym względem. Natomiast moim zdaniem to jest gówno obsrane ojszczane i nie róbcie sobie tego i nie lećcie tam nigdy! Tak, niby odhaczyłem kolejny renomowany festiwal metalowy na swojej mapie koncertowej, ale nigdy więcej tej katastrofy nie chcę powtarzać, i o ile przyszły rok przechodził mi lekko przez głowę przez Mercyful Fate tak teraz nie przejdzie mi nigdy. Przez cały obecny dwa tysiące dwudziesty szósty póki co nie byłem tak wkurwiony na ludzkość jak wczoraj. Nic, tylko rozszarpanie przez lwy się im należy. No, albo stratowanie przez byki. Skurwysyny, kurwy jebane i czarownice. JEBAĆ BLOODSTOCK!
Ah, tak się rozpędziłem, że zapomniałbym wspomnieć o innych zespołach, które tam wystąpiły jeszcze przed głównym gwoździem programu. Orbit Culture takie se. Black Label Society takie se, Zakk za bardzo siebie kocha i naprawdę myśli, że jest najzajebistszym gitarzystą na świecie, a jest nudny w cholerę tak naprawdę. Nikt mu nie wytłumaczył chyba jeszcze, że pewne manualne czynności się uprawia w domu, przed publiką wygląda to jednak trochę niesmacznie. Testament bardzo zajebisty i szkoda, że nie dam rady w Krakowie ich zobaczyć. Zagrali naprawdę krótkiego seta i mam niedosyt! Body Count mi się podobało, lubię taki rozpierdol, trochę hardcore'owych czy punkowych klimatów, trochę thrashu. Ale wiadomi osobnicy, a raczej wilki w baranich skórach [aby trochę do Steelera nawiązać

] popsuły mi doświadczenie z obcowania nie tylko z Body Count, no ale ogólnie z tymi wszystkimi grupami od Kittie wzwyż. A trzeba przyznać, że Ice-T ze swoją ekipą miał najlepszy kontakt z publiką, tylko lekko niesmaczne było dla mnie wywoływanie dzieci na scenę i mówienie do nich słów w rodzaju motherfucker - "put these headphones off of your head, motherfucker" czy jakoś tak mnie lekko zażenowało w środku, chociaż ludzie wiadomo, że się z tego śmiali. I te dzieci albo będą mieć traumę do końca życia przez to albo uznają, że to był evening of their lifetime. To co ja przeżywałem pod sceną to był nightmare of a lifetime, ale wiadomo, że tak to jest w życiu, że jedni świetnie się bawią, a inni w tym samym czasie gdzieś przeżywają najgorsze udręki. Myślałem, że w Ostrawie było źle, przyznam tutaj, że nie miałem wtedy za bardzo dobrego humoru i ta poprzednia niedziela od początku słabo ze mną pogrywała jeszcze przed dotarciem do hali, i nie chcę tutaj wchodzić w żadne szczegóły co do tamtego dnia, ale Bloodstock to jednak był koszmar przy tym. Tak więc, warto pamiętać, że jak wydaje się Wam, że jest źle, to jednak nie doceniacie tego jak źle naprawdę może być, bo zawsze może być jeszcze gorzej
Nie wiem, jad chyba wylałem, co nieco wysyczałem, to nie mam pojęcia czy mam coś jeszcze do dodania. Jak we Włoszech niby też jest tak strasznie na koncertach to już się boję kolejnego Priest, ale przynajmniej nie jest to festiwal i tylko Nevermore przed nimi gra - jutro się przekonam czy to najlepszy support jaki JP mogli mieć w tym roku, chociaż Dirkschneider też mi pięknie dostarczył w Halle i wczoraj Testament, chociaż technicznie ci ostatni chyba nie byli supportem.