Na praskim koncercie przyszła mnie dziwna refleksja, że być może to jest ostatni raz, kiedy widzę the MIGHTY E STREET BAND dowodzone przez jedynego szefa, któremu rozsądny Amerykanin mógłby się kłaniać. Planowałem finał trasy w Mediolanie, ale biletów po prostu nie było...San Siro, ostatni koncert legu i trzyletniej trasy, wiadomo, że popyt był. Zwłaszcza, że tak samo jak Praga, został przełożony z zeszłego roku...no ale pomyślałem sobie - 2 lipca mam obronę, zamykam pewien etap w swoim życiu, no ładnie byłoby przypięczętować tę sytuację czymś specjalnym. Namówiłem ziomka, którego poznałem na praskim koncercie, że w sumie warto, Prezes BB też miał być w Milanie, sytuacja jest raczej korzystna. No więc obserwowaliśmy ticketswapa i udało się nam dorwać dolne trybuny. Na płytę, czy do PIT było to niemalże niewykonalne.
Myk, obroniony, lecimy na samolot. Docieram do Mediolanu i wita mnie skurwysyński zaduch, w te dni odczuwalna zbliżała się do 40 stopni. Trochę pozwiedzaliśmy, ziomek trochę skorzystał z europejskiej stolicy konsumpcjonizmu, ja raczej skupiłem się na pizzy, caffe i gelato. Dobrze, że w apartmencie, który mieliśmy była klima, bo warunki były mordercze.
Koło 19 dotarliśmy pod legendarne San Siro, które jest przepotężne, ale jednak nieprzystosowane do aktualnych czasów. Dziwne klatki schodowe jak w bloku z wielkiej płyty, brak wind, na najwyższe trybuny wejście jakimiś zakosami jak na Śnieżkę XD Doszliśmy do naszych miejsc...i okazało się, że jakaś laska siedzi na moim miejscu, porównujemy nasze bilety, no i okazało się, że mieliśmy bilety na to samo krzesełko, tylko że ja miałem na starą datę, ona na nową, więc Ticketmaster musiał coś spierdolić przy przekładaniu dat i dystrybucji. Trudno, rząd wyżej były wolne miejsca, opowiedziałem o sytuacji sąsiadowi Włochowi, co skwitował tylko krótkim "eee, welcome to Italia". Na start My Love Will Not Let You Down i od razu poczułem, to co słyszałem od dawna o włoskich koncertach Bossa. Stadion był kolejnym członkiem ESB. Tak głośnej i zaangażowanej (i czysto śpiewającej, choć klaszczącej na 1 i 3, a nie 2 i 4, widać przypadłość nie tylko polska) publiki nie słyszałem NIGDY, a przecież "parę" koncertów widziałem. Od początku na trybunach rozkręciła się dobra impreza, dzięki czemu na drugim tego wieczoru Prove It All Night podeszliśmy bliżej, na barierki trybuniaste, a dzięki temu, że na San Siro scena jest ustawiana na dłuższym boku byliśmy najbliżej sceny jak się dało z trybun. Ochroniarz poświecił, kazał się cofnąć, ale Włoch który miał drugi rząd krzesełek zaprosił nas do siebie, więc dzięki jego uprzejmości spędziliśmy pozostałe 2h 40 min właśnie tam. Z jednej strony patrzyłem na to co się odpierdala w picie i żal mi było, że nie jestem tam z nimi, z drugiej strony jakbym miał rollcallować, albo nawet stać już na stadionie w tym jebanym upale...ta trybka to był dobry wybór. Highlightem wieczoru było niesłyszane przeze mnie wcześniej My Hometown, które San Siro odśpiewało należycie. Zresztą, wszystko śpiewali, tak, że Bruce większość pierwszej zwrotki Thunder Road oddał nam, co się raczej rzadko zdarza.
Bonusowo, na sam koniec koncertu zagrali cover Fogerty'ego Rockin' All Over the World (tak, ten sam co Gloryhole puszczało na outro w wersji Status Quo

). I to tyle. W sumie żadnego specjalnego pożegnania, puszczone tylko zostały napisy końcowe wymieniające wszystkie nazwiska pracujące przy trasie. W zasadzie ostatni wywiad w Rolling Stone rozwiał wszelkie wątpliwości. Bruce w żadnym wypadku nie planuje pożegnania ze sceną, nie tylko solowego, także dla E Street Band. Trasy wciąż będą, tylko nie takie trzyletnie na 130 koncertów.
Może i to nie był koncert godny grand finale (a on raczej potrafi odwalić srogie rzeczy setlistowe), ale zdecydowanie warty uczestnictwa, ze względu na naprawdę wybitną atmosferę i formę zespołu. Z drugiej strony, w tym roku Bruce miał pewną historię do opowiedzenia i pewnie dlatego set był dość statyczny. Ale to nic. Wciąż jest największy i w wieku 76 lat daje niemal 3h koncerty napakowane energią.
W przyszłym roku ponoć Australia...

cóż zrobić, czas wbić w swoje górskie plany Górę Kościuszki
PS. nic nie złapałem, a włoski fc Pink Cadillac jak to mają w zwyczaju zrobili zajebistą oprawę:
https://www.youtube.com/watch?v=38iU--_g-74