Czwartek:
The Sixpounder - nasi przedstawiciele w Wacken Metal Battle. Generalnie nie moja muza, ale chłopaki dali energetyczny show i sporo ludzi bawiło się pod sceną.
Skyline - w rozpisce napisane było, ze gościnnie wystąpią Doro i Udo, więc oczywiście poszedłem. Doro zaśpiewała "We Are The Metalheads", czyli hymn Wacken i "All We Are", a Udo: "Balls to the Wall" i jakiś nieznany mi kawałek.
Alice Cooper - Teatr pierwsza klasa. Czego tam nie było... ścięcie głowy poprzez gilotynę, powieszenie na szafocie, wielka strzykawka z trucizna, trup słał się gęsto. Muzycznie czekałem na "Poison", "School's Out", "No More Mr. Nice Guy" i oczywiście poleciało.
Motley Crue - nudy, nudy i jeszcze raz nudy. Zupełnie nie zainteresował mnie ten występ, a jeszcze wokalista ma irytującą barwę głosu i śpiewa jak... no Raulik polubiłby tego gościa
Iron Maiden - na ten koncert czekałem niecierpliwie. Maiden wreszcie wywalili z setlisty "żelazne klasyki" (nie wszystkie jednak

) i pograli trochę nowości. Mi to pasowało w 100% i koncert na wielki plus. "These Colors Don't Run", "Fear of the Dark", "Dance of Death", "Halloweed By Thy Name", "Brave New World", "Blood Brothers" (nie lubię tego kawałka, a na żywo zmasakrował

) to najlepsze punkty tego show. "El Dorado" zagrany szybciej i drapieżniej, ale dalej przeciętny kawałek. I zupełnie nie do grania na żywo.
Piątek:
Amorphis - bardzo dobry koncert, a szczególnie "Against Widows" "Black Winter Day" i "My Kantele".
Orphaned Land - zagrali na dużej scenie i całkiem nieźle im to wyszło. Chociaż wielkiego wrażenia na mnie nie zrobili. Ta muza bardziej sprawdza się chyba w małym klubie. Rozwalił mnie wokalista Kobi Farhi, z długimi włosami, brodą i ubrany w białą szatę i mówiący do publiki: "nie jestem Jezusem"
Arch Enemy - wbijam pod barierkę i tutaj się działo się. Moc, zniszczenie i piekło totalne. Arch Enemy rozwaliło mnie i doprowadziło to sporego zmęczenia. "Ravenous" to był mój magiczny moment. Koncert
szybciutko przeleciał i zdziwiony byłem, że 1h przeleciało. Jeden z lepszych koncertów na tym Wacken.
Grave Digger - miało być świątecznie i tak było. Orkiestra kobziarsko-bębniarska, gościnne występy Doro, Kurscha i Van Canto. Zgodnie z zapowiedzią zagrali całą "Tunes of War". "Ballad of a Hangman" - zarypisty na żywo.
Slayer - tradycyjnie na wysokim poziomie, setlista "hiciarska", ale mnie jakoś nie porwało. Może dlatego, że w Czechach byłem przy barierce, a tutaj w sporym oddaleniu?
Anvil - zarypiście luzacki koncert... Steve "Lips" to po prostu "kuzyn" Hansena z Gamma Ray. Cały czas uśmiech od ucha do ucha i sporo radocha z grania na scenie. Wygłupy z mówienie do gitarowych
przetworników, czy kilkominutowe solo na gitarze przy pomocy... wibratora. Na duży plus.
Atrocity - dzięki Paweł, że zmarnowałeś mi 20 minut życia

;);) a serio to poszedłem zobaczyć co to jest i szybko o tym zapomniałem
Piątek:
Unleashed - jazda na całego. Fanem nie jestem, ale posłuchać poszedłem. Panowie potrafią konkretnie przylutować. Ale na Metalmanii w Spodku bardziej mi podeszli.
Overkill - tutaj to wiadomo było, że będzie konkretna luta i tak było. Overkill nie ma słabych utworów na żywo i zamiatają za każdym razem. Jeden z lepszych koncertów na tym Wacken.
W.A.S.P. - z twórczością tego zespołu mam spore zaległości, bo kilka ostatnich płyt sobie zalega, a i tak znałem wszystkie kawałki

No ale zagrali mega klasyki i tytułowy z najnowszej. Rozwaliło mnie
przepiękne solo w "The Idol" - palce lizać. Ponadto "On Your Kness", "L.O.V.E. Machine", "I Wanna Be Somebody", "Wild Child", "Chainsaw Charlie (Murders in the New Morgue)" (uwielbiam ten kawałek) i niezbyt zgrany medley a w nim "Hellion/I Don't Need No Doctor/Scream Until You Like It". Pierwszy raz widziałem i wielki plus.
Edguy - ze dwa/trzy dobre numery i kilka totalnych porażek. Największą oczywiście "Shave Me"... to znaczy "Save Me"

Gościnie Grosskopf w jednym kawałku.
Candlemass - obejrzałem i nic wielkiego nie zobaczyłem. Jednak bez Messiaha to nie to samo jak dla mnie. Walcowate kawałki to też niezbyt dobry pomysł na koncert. Troszkę się znudziłem.
Soulfly - zupełnie nie potrafiłem tego przetrawić. 3 kawałki i podziękowałem. Nuda.
Tiamat/Fear Factory - dziwna sprawa jak dla mnie, bo w tej sytuacji nie powinienem mieć wątpliwości co wybrać. Ale sytuacja była wyjątkowa... Szwedów jeszcze na żywo nie widziałem, a dodatkowo mieli zagrać całą płytę "Wildhoney". I wybrałem Tiamat. Koncert jednak bez rewelacji, jakby odegrany na odwal i pod koniec uciekłem na Fear Factory. A tam miazga i totalny ogień z dupy.
U.D.O. - jak zwykle w przypadku tego zespołu ja mam ucztę. Tym razem było dokładnie tak samo. Wybawiłem się na maksa, pomimo tego, że pora późna, człowiek zmęczony całym festiwalem i w czerwcu widziałem taki sam koncert w Warszawie. Dla mnie jeden z lepszych koncertów na WOA.
Moje 6 Wacken zaliczone i mogę spokojnie powiedzieć, że to był dobry festiwal, no ale bywały lepsze

Wiadomo ciężko o jakiś wielki szał widząc po raz enty Grave Digger, U.D.O., czy Iron Maiden. Co nie zmienia faktu, że na tych koncertach bawiłem się doskonale. Po raz pierwszy widziałem Alice Cooper, Tiamat, W.A.S.P. i to mnie cieszy

W tym roku tylko jedna pamiątkowa fotka, no ale z Udo

Ogólnie jakoś mało muzyków się kręciło w ogródku piwnym. Może z 5 dałoby radę naliczyć?
Pozdrowienie: Paweł, Maciek, Daniel, Eyesore, Witek, Butelka, The Sixpounder, Mictantecutli81, oraz cała autokarowa wycieczka
