Bardzo dobra recenzja, Schizoid. Gratulacje.
Schizoid pisze: ↑pt mar 08, 2024 12:28 pm
nugz pisze: ↑pt mar 08, 2024 10:51 am
Ale ten album żre

Jak sie nazywa ten zespół, o którym jest te forum i dlaczego nie jest nim Priest?
Istniało jeszcze do relatywnie niedawna polskie forum JP, ale było wymarłe i już go nie ma.
Szkoda, bo były na nim ciekawe informacje, zresztą, tutejsi też byli tam aktywni.
Czy ja wiem czy niedawno? Końcówki tego forum to był jakoś 2015 rok. Fajne forum było, ale paść musiało. Raz, że wyczerpała się pewna formuła, a dwa, tam pisali ortodoksyjni heavymetalowcy. Nie mogli się pogodzić z odejściem KK, denerwowały ich jakieś newsy medialne jak Halford wypowiada się dobrze o grunge czy numetalu. Tam jak jakiś użytkownik coś dobrego napisał o numetalu to od razu była wojna. Nawet nie mógł się dział nazywać muzyka o innych zespołach, tylko heavymetal i też to zostało nienaruszone. Dzięki temu forum poznałem bardzo dużo zespołów. Jest kultowe bo nawet nie da się go poczytać. Jest całkowicie zamknięte.
Co do IS. Przesłuchałem jakoś między 3 a 5 razy. Wiadome utwory oczywiście więcej.
Panic Attack 8/10
Bardzo udany otwieracz, świetne intro, a wejście Halforda lekko przypomina Tyrant. Dużo klimatów Painkillera, ale bez kopiowania. Końcówki wersów zaśpiewanego przez Halforda bardzo dobrze. Warto pochwalić mądry tekst. Jeśli się tu do czegoś można przyczepić to do detali.
Serpent and the King 6/10
Świetny riff otwierający i fajne zwrotki, ale niestety sztampowy refren psuje mocno efekt końcowy. Gitarowo też bez rewelacji. Utwór mocno w klimacie płyty Crucible.
Invincible Shield 6/10
Riff praktycznie kopia z utworu wcześniejszego. Niektóre melodie fajne, ale jest za długi przez co nie ma jednorodnego klimatu. Dużo niepotrzebnych dźwięków. Momentami bardziej pod Helloween niż pod Judas Priest
Devil in Disguise 4/10
Niestety słabizna, nic z niego się nie zapamiętuje i jest nagrany po nic. Jedyny plus to bardzo udana solówka
Gates of Hell 7/10
Rewelacyjny riff, następnie świetne melodie by w słabym refrenie zepsuć ten utwór. Szkoda bo przed refrenem, znakomite melodie Halforda, rodem z najlepszych momentów płyty Turbo. Mimo pewnych wad zaliczam do Top 3 albumu. Jeszcze warto zauważyć, co do tego utworu, ale też do innych. Bardzo dużą inspiracją dla Faulknera są solowe płyty Ozzego. To czasem aż za bardzo słychać.
Crown of Horns 6/10
Nie przeszkadza, ale też niewiele wnosi. Takie do posłuchania. Fajny riff otwierający
As God is My Witness 4/10
Plagiat na plagiacie. Słyszę tu Hard as Iron, Leather Rebel, Metal Meltdown. Bardzo odtwórczy utwór. Sam w sobie przeciętny, do tego słaby refren.
Trial By Fire 5/10
Nudny, w klimacie Reedemer of Souls. Do tamtej płyty by to bardziej pasowało
Escape from Reality 3/10
Wręcz tragiczny. Ma jakieś momenciki, ale refren to jeden z najsłabszych momentów w historii Judas Priest. Jeśli miało to odwzorować Black Sabbath to wyszło bardzo słabo
Sons of Thunder 7/10
Fajny, taki klasyczny heavy bez udziwnień. Szkoda, że takich prostych kawałków na płycie nie jest więcej. Chórki lekko pod AC/DC, lekko pod Accept. Bardzo kiczowate, dlatego mi się podobają.
Giants in the Sky 6/10
Mam problem z tym utworem. Nie jest zły, ale nie jest też dobry. Jest przeciętny. Mi się podobają bluesowe wstawki, ale czy to pasuje do całości? Halford bardzo dobrze. Kilka momentów bez sensu np. to zwolnienie. Tekstowo aż by się przydało jakoś zaznaczyc, ze to o Dio i Lemmy. Z tekstu nic a nic to wynika. Mimo to lekki plus bo lubię sentymentalizm. Jeśli to będzie utwór zamykający ostatni album, no to ten sentymentalizm jest zrozumiały.
Bonusy nie tak dobre jak np. na Reedemer of Souls. Pierwszy, w klimacie Killing Machine jest w porządku. Drugi do zapomnienia. Trzeci durnowaty.
Podsumowując. Album jest według mnie troszkę lepszy niż Reedemer of Souls. Za to troszkę słabszy niż Firepower. Bardzo w klimacie tych dwóch płyt. Wzbogacony lekko klimatem lat 80 za co plusy. Duże minusy za sporo powtórzeń, autoplagiatów i braku większej ilości czadu. Oczekiwałem czegoś więcej.
Jak ocenić (zakładając, że to ostatni album) przygodę Faulknera z Judas Priest. Sam nie wiem. Facet jest oblatany we wszystkim podgatunkach metalu, ma to w małym palcu. Jest zafascynowany Judas Priest, ale i Iron Maiden, Helloween, solowym Ozzym, czasem melodyjniejszym thrashem. To się wychwytuje z miejsca. Pytanie tylko czy znajdzie odpowiednich muzyków do robienia własnej muzyki? Tutaj może być problem. Wolę troszkę inny heavymetal dlatego moja ocena nie będzie obiektywna.
Fajna klamra z 2005 rokiem. Wtedy też Dickinson i Judas Priest w jednym miesiącu wydali albumy. Jakie to były inne czasy w każdym aspekcie.