Hehe, no nic innego, jak się tylko pod tym podpisać. Dodać można, że dziwna sytuacja z ustawianiem ludzi gęsiego wynikła z faktu, że zeszło tylko 6,5k tixów, więc orgowie uznali, że otworzą JEDNO wejście dla WSZYSTKICH uczestników koncertu. Jakby, kurwa mać, to był szczyt idiotyzmu, bo wbrew pokrętnej logice Helmutów czuwających nad tym koncertem, tego rodzaju rozwiązanie nie przyczynia się do sprawniejszego załatwienia sprawy - wręcz przeciwnie xD Żenadą było też to, że fani pod areną sami musieli latać do pracowników areny po nowe informacje (których treść była dynamiczna), nic nie zostało nam powiedziane oficjalnie aż do jakiejś godziny przed wpuszczaniem. Dodatkowo (oj, jakże ironicznie) Niemcy zakazali wywieszania flagi na barierce - no ale tam nawet bluzy nie można było mieć przewieszonej (??? xDDD), bo tak im się ujebało z jakiegoś powodu. Szkoda, ale niczego to nie zmieniło, bo zespół skojarzył nas tak czy siak, no ale nie atencja jest powodem wożenia tej flagi, tylko przekaz i złudna nadzieja, że kiedyś adresat ją zobaczy... No i nie ukrywam, że jest jakaś satysfakcja w wywieszaniu jej w tym kraju

Rok temu w Berlinie nie było z tym żadnych problemów. Aaaaa, no i liczyliśmy na kubki z wodą, wzorem Łodzi, no i... Przeliczyliśmy się, nic nie rozdawano xD Halford raz sam poszedł na backstage po butelkę wody i podał jakiejś osobie na publice z pomocą ochroniarza.
Co do oceny samego regionu - również zgoda. Jednym z ważniejszych fragmentów twórczości H.P. Lovecrafta jest opis podwodnego miasta, w którym śpi Cthulhu, czyli pradawne bóstwo z innego wymiaru. Tak jak i jego mieszkaniec, miasto to jest niemożliwe do opisania, wymyka się ludzkiemu pojmowaniu rzeczywistości i zaprojektowane jest za pomocą matematyki nieeuklidesowej. Do tej pory miałem pewne problemy z wizualizacją tego opisu, ale od teraz zawsze będę łączył go z Dortmund - krainą gówna i absurdu, miejscem zupełnie odpychającym, pozbawionym w swej architekturze jakiejkolwiek radości. Pierwsze, co nas przywitało: wieża z wielkim "U" na szczycie, na której wyświetlano ruszającą się flagę LGBT. A dookoła, jak @manichean już pisał, koneserzy helupy, kolorowi przybysze, miłośnicy swastyk i sekciarze. Wstrętne miejsce, nie polecam i do tej hali w Oberhausen też nie jeździjcie. Wcześniej byłem tylko w Berlinie, nie miałem pełniejszego obrazu tego kraju, ale obecnie cały ten mit praktycznego, zorganizowanego, solidnego Niemca pierdolnął u mnie z hukiem w piach.
A co do samego koncertu JP, to swoje lakoniczne przemyślenia zamieściłem w wątku zespołowym. Dodać mogę teraz tylko to, że po trasie Shield of Pain naprawdę czuję, że teraz mogą już się zwijać. Dali mi wszystko, nie oczekuję niczego więcej. Jeśli na tym koniec, to ja nie będę miał żalu. Wcześniej też bym go nie miał, bo przecież to dziadki i każdy koncert kapeli tego pokroju traktuję jako potencjalnie ostatni, ale obecnie wiadomość o emeryturze przyjąłbym nawet bez większego żalu, bo tutaj po prostu już nie da się lepiej. Oczywiście nie żebym ich zachęcał do odłożenia statywu mikrofonu do szafki z mopami, ale jak mówię - no było to zjawisko nieporównywalne do czegokolwiek, co wcześniej u nich widziałem.
Niemcy to też gówniana publika. Tak cicho śpiewanego War Pigs na intro nie słyszałem NIGDY

Ogólnie plusem była plaża, zero chamówy, ale zaangażowanie Niemców bardzo średnie (choć nie podważam tego, że bawili się dobrze - po prostu robili to na swój sposób). Nie pamiętam, bym widział wcześniej jakieś gadżety rzucane na scenę na Priest, ale tym razem były i Rob jednym prawie dostał. Była to chyba jakaś szmata, ale wciąż uważam to za masakryczną wiochę. A, no i Niemcy kochają rzucać w powietrze kubkami z piwem. Kurwa, co za chlew tam robili, to głowa mała.
Również pozdro dla @manichean i nieforumowego kolegi M. (może przeczyta) - cieszę się, że obecnie jesteśmy już w Polsce xD