Bruce Lamont- Feral Songs for the Epic Decline
Mam taki okres, że niezbyt chce mi się słuchać nowości, (zresztą nie mam za bardzo czasu żeby śledzić i węszyć) toteż sięgam po rzeczy które niby już sprawdziłem ale włożyłem do szuflady z napisem "rokujące, na później", nie poświęcając im początkowo należytej uwagi

Ma to ten plus, że można się natknąć na perełki, których ślad pozostał w głowie, a które jednocześnie zaskakują po czasie i odkrywają zupełnie nowe horyzonty.
Tak mam właśnie z tą płytą, wydaną w zeszłym roku a więc wciąż jeszcze świeżą. Nie przebiła się ona chyba zbyt wyraźnie do zbiorowej świadomości, co zdaje się być bardzo niefortunne, bo materiał jest to znakomity. Nazwisko, którym jest sygnowany, być może niektórym jest już znane, a jeśli nie, to odsyłam do twórczości zespołu Yakuza, gdzie gra zainteresowany. No ale to tak tytułem wstępu, bo ja nie o tym.
Muzyka jaką Lamont serwuje na swoim solo debiucie jest, cóż, pewnie nie zaskoczę, ale trudna do zaszufladkowania. Jest to coś na skrzyżowaniu folku/ambientu/bluesa urzekająca czasem orientalno/egzotyczną ornamentyką by za chwilę zaskoczyć noise'ową ścianą, która wyrwana z kontekstu mogłaby uchodzić za awangardowy black metal

Ale bez obaw- metaluchowania tutaj w zasadzie brak. Nie poprzestając na tym, należy wspomnieć, że pobrzmiewają tu też echa Leonarda Cohena (ostatni utwór szczególnie), niebagatelną rolę odgrywa tutaj również doskonale wkomponowany saksofon- no każdy chyba przyzna, poza fanami Sabaton, że to musi intrygować

.
Kończąc rozważania natury formalnej, należy powiedzieć słowo o samej zawartości. Tutaj jednak wyręcza mnie sam Lamont, ponieważ tytuł albumu, choć z lekka pretensjonalny, zdaje się najpełniej oddawać to, co twórca chciał swoim słuchaczom przekazać. Ten materiał jest soundtrackiem do nocnej, samotnej wędrówki po bagnach, która niestety musi skończyć się tak jak nocne, samotne wędrówki po bagnach zazwyczaj się kończą. Atmosfera przytłaczająca i duszna, a jednocześnie bardzo żywa, wręcz namacalna choć bez grama pozytywnych emocji. Halucynogenne opary mokradeł powodują, że kształty zdają się być dziwnie rozmazane. Wszystko tutaj jest jakieś niedopowiedziane, działające jednocześnie mocno na wyobraźnię co jest niewątpliwie zaletą, bo ta płyta jest wręcz stworzona do odkrywania w niej coraz to nowych rzeczy. Tło przenika się z tym co na pierwszym planie, zaskakując bogactwem i wielowątkowością. Jednym słowem, polecam

Na mnie rzecz zrobiła duże wrażenie.
EDIT: Jeszcze na zachętę jeden utwór, choć muszę zaznaczyć, że mógłbym wkleić każdy z osobna, bo każdy jest inny, każdy zaskakuje czym innym.
http://www.youtube.com/watch?v=_snS83bRQlI