TOP 50 płyt lata 80 - Vorgel
Moderator: Administracja i Moderacja SanktuariuM
Re: TOP 50 płyt lata 80 - Vorgel
Last Look at Eden ma modern rockowe brzmienie i zero polotu dawnych wydawnictw. Brzmienie tak beznadziejne, że się tego nie da słuchać.
Re: TOP 50 płyt lata 80 - Vorgel
28. Judas Priest – Defenders of the Faith (1984)

Ten album stał się dość głośny w USA nie dlatego, że jest to heavy metal, który z natury jest głośny i nie dlatego, że pokrył się platyną, chociaż gdyby nie popularność kto wie czy zwróciłaby na niego uwagę Tipper Gore. Tak, to ta pani od PMRC, żona ówczesnego senatora z ramienia D***kratów, niejakiego Ala Gora, paskudnej postaci robiącej sobie od kilkunastu już lat biznesy na globalnym ociepleniu. Ale ta płyta na szczęście nie jest o tym. PMRC przyczepiło się do Eat Me Alive. Ja też bym się przyczepił ale z innego powodu. To raczej przeciętna kompozycja, by nie rzec że słaba. Im nie spodobał się tekst. W każdym razie cały album Defenders of the Faith radzi sobie bardzo dobrze, momentami ocierając się o speed metal (Freewheel Burning). Jest ciężko, jest melodyjnie ale bez słodzenia. Night Comes Down to przeszywająca ballada z wrzaskiem w tle. 40 minut, 10 utworów. Tak powinien wyglądać i brzmieć heavy metal.
Highlights: Freewheel Burning, Rock Hard Ride Free, The Sentinel, Love Bites, Some Heads are Gonna Roll, Night Comes Down
27. Candlemass – Nightfall (1987)

Na wycieczce szkolnej w liceum, przy ognisku grywało się na gitarze. Ponieważ już wtedy coś tam grałem, postanowiłem pochwalić się adaptacją Marszu Żałobnego Chopina, którego fragment usłyszałem na tej właśnie płycie Candlemass i przerobiłem go na akustyka. Koleżanki były oburzone, ale to przecież muzyka klasyczna, której nie należy się wstydzić. Nightfall poznałem jako ostatnią z tych pierwszych 4 płyt zespołu, chociaż znałem większość utworów tu zawartych z płyty Live. Cóż, jeśli pierwszy ich krążek z Messiahem Marcolinem nie jest idealny, to bardziej idealnie już nie będzie. Wszystko tu się skleja w te 3 kwadranse, nawet krótkie przerywniki jakoś wpasowują się w całość, nie psując ogólnego wrażenia. Choć z dziesięciu zawartych na albumie kompozycji, tylko 6 stanowi pełnoprawne kompozycje, w których słychać wszystko co najlepsze ma do zaoferowania zespół, to naprawdę wystarczy. 6 było też na debiucie, tutaj jednak wszystko poszło trochę do przodu.
Highlights: The Well of Souls, At the Gallows End, Samarithan, Dark Are the Veils of Death, Mourners Lament, Bewitched

Ten album stał się dość głośny w USA nie dlatego, że jest to heavy metal, który z natury jest głośny i nie dlatego, że pokrył się platyną, chociaż gdyby nie popularność kto wie czy zwróciłaby na niego uwagę Tipper Gore. Tak, to ta pani od PMRC, żona ówczesnego senatora z ramienia D***kratów, niejakiego Ala Gora, paskudnej postaci robiącej sobie od kilkunastu już lat biznesy na globalnym ociepleniu. Ale ta płyta na szczęście nie jest o tym. PMRC przyczepiło się do Eat Me Alive. Ja też bym się przyczepił ale z innego powodu. To raczej przeciętna kompozycja, by nie rzec że słaba. Im nie spodobał się tekst. W każdym razie cały album Defenders of the Faith radzi sobie bardzo dobrze, momentami ocierając się o speed metal (Freewheel Burning). Jest ciężko, jest melodyjnie ale bez słodzenia. Night Comes Down to przeszywająca ballada z wrzaskiem w tle. 40 minut, 10 utworów. Tak powinien wyglądać i brzmieć heavy metal.
Highlights: Freewheel Burning, Rock Hard Ride Free, The Sentinel, Love Bites, Some Heads are Gonna Roll, Night Comes Down
27. Candlemass – Nightfall (1987)

Na wycieczce szkolnej w liceum, przy ognisku grywało się na gitarze. Ponieważ już wtedy coś tam grałem, postanowiłem pochwalić się adaptacją Marszu Żałobnego Chopina, którego fragment usłyszałem na tej właśnie płycie Candlemass i przerobiłem go na akustyka. Koleżanki były oburzone, ale to przecież muzyka klasyczna, której nie należy się wstydzić. Nightfall poznałem jako ostatnią z tych pierwszych 4 płyt zespołu, chociaż znałem większość utworów tu zawartych z płyty Live. Cóż, jeśli pierwszy ich krążek z Messiahem Marcolinem nie jest idealny, to bardziej idealnie już nie będzie. Wszystko tu się skleja w te 3 kwadranse, nawet krótkie przerywniki jakoś wpasowują się w całość, nie psując ogólnego wrażenia. Choć z dziesięciu zawartych na albumie kompozycji, tylko 6 stanowi pełnoprawne kompozycje, w których słychać wszystko co najlepsze ma do zaoferowania zespół, to naprawdę wystarczy. 6 było też na debiucie, tutaj jednak wszystko poszło trochę do przodu.
Highlights: The Well of Souls, At the Gallows End, Samarithan, Dark Are the Veils of Death, Mourners Lament, Bewitched
-
Deleted User 2259
Re: TOP 50 płyt lata 80 - Vorgel
U mnie top 3 płyt JP jak na ten moment myślę, albo i top 2. Candlemass najlepszy chyba.
You are bewitched...
Zauważyłem, ze jeszcze nie było IM i KD. Pewnie ostrzą sobie zęby na wyższe pozycje
You are bewitched...
Zauważyłem, ze jeszcze nie było IM i KD. Pewnie ostrzą sobie zęby na wyższe pozycje
Re: TOP 50 płyt lata 80 - Vorgel
26. Anthrax – Spreading the Disease (1985)

Może Among the Living sprawdza się lepiej jako całość. Tutaj jednak jest więcej kawałków, które umieściłbym w pierwszej dziesiątce najlepszych utworów zespołu. To dość przebojowa płyta jak na thrash, a na ile o thrashu możemy tutaj mówić to też sprawa dyskusyjna. Słychać wpływy Iron Maiden, ale i Queensryche oraz Manowar. Nie wydaje mi się, że Scott Ian miał sprecyzowany kierunek w którym chciał podążać, więc nagrał swoje najlepsze pomysły, co moim zdaniem było najlepszym wyjściem na tamten moment. Później pewien zespół na M odniósł dość spory sukces trzecią płytą i dla Scotta było jasnym co trzeba robić. Nigdy tego zresztą nie ukrywał. Na szczęście nagrał album lata świetlne przed trzecią płytą zespołu na M. Tutaj mamy jeszcze 43 minut zamiast 50 i to naprawdę wystarczy. Jest jeszcze jeden powód, dla którego ten album powinien wyprzedzić Among the Living. Znajduje się na nim mój ulubiony utwór zespołu, utwór, który sprawił, że polubiłem Anthrax. To oczywiście Armed and Dangerous, po raz pierwszy słuchane z EPki pod tym samym tytułem.
Highlights: Lone Justice, Madhouse, S.S.C./Stand or Fall, Armed and Dangerous
25. Samson – Shock Tactics (1981)

Bruce Bruce w swoim najlepszy występie wokalnym. Cóż za dzikość drzemała w tym jegomościu. Niewątpliwie bez niego ten krążek byłby o połowę gorszy, chociaż są tu przecież świetne kawałki. Dobrze, że jeszcze wtedy nie był w Maiden, a tam robotę fuszerował Di'Anno. Młodzieńcza energia i cholernie dobry materiał, który gdzieś tam przypomina momentami UFO, ale to są takie detale, które dostrzega się dopiero jak Bruce przestaje śpiewać. I co ja mogę dodać? Szkoda, że fani Iron Maiden zamiast masowo zainteresować się tym krążkiem albo choćby wydanym rok wcześniej Head On, szukają genialnego Bruce'a na koniunkturalnym Accident of Birth. No ale gusta są różne.
Highlights: Earth Mother, Nice Girl, Blood Lust, Once Bitten, Grime Crime, Communion i świetny bonus w wydaniu digipack Little Big Man

Może Among the Living sprawdza się lepiej jako całość. Tutaj jednak jest więcej kawałków, które umieściłbym w pierwszej dziesiątce najlepszych utworów zespołu. To dość przebojowa płyta jak na thrash, a na ile o thrashu możemy tutaj mówić to też sprawa dyskusyjna. Słychać wpływy Iron Maiden, ale i Queensryche oraz Manowar. Nie wydaje mi się, że Scott Ian miał sprecyzowany kierunek w którym chciał podążać, więc nagrał swoje najlepsze pomysły, co moim zdaniem było najlepszym wyjściem na tamten moment. Później pewien zespół na M odniósł dość spory sukces trzecią płytą i dla Scotta było jasnym co trzeba robić. Nigdy tego zresztą nie ukrywał. Na szczęście nagrał album lata świetlne przed trzecią płytą zespołu na M. Tutaj mamy jeszcze 43 minut zamiast 50 i to naprawdę wystarczy. Jest jeszcze jeden powód, dla którego ten album powinien wyprzedzić Among the Living. Znajduje się na nim mój ulubiony utwór zespołu, utwór, który sprawił, że polubiłem Anthrax. To oczywiście Armed and Dangerous, po raz pierwszy słuchane z EPki pod tym samym tytułem.
Highlights: Lone Justice, Madhouse, S.S.C./Stand or Fall, Armed and Dangerous
25. Samson – Shock Tactics (1981)

Bruce Bruce w swoim najlepszy występie wokalnym. Cóż za dzikość drzemała w tym jegomościu. Niewątpliwie bez niego ten krążek byłby o połowę gorszy, chociaż są tu przecież świetne kawałki. Dobrze, że jeszcze wtedy nie był w Maiden, a tam robotę fuszerował Di'Anno. Młodzieńcza energia i cholernie dobry materiał, który gdzieś tam przypomina momentami UFO, ale to są takie detale, które dostrzega się dopiero jak Bruce przestaje śpiewać. I co ja mogę dodać? Szkoda, że fani Iron Maiden zamiast masowo zainteresować się tym krążkiem albo choćby wydanym rok wcześniej Head On, szukają genialnego Bruce'a na koniunkturalnym Accident of Birth. No ale gusta są różne.
Highlights: Earth Mother, Nice Girl, Blood Lust, Once Bitten, Grime Crime, Communion i świetny bonus w wydaniu digipack Little Big Man
Re: TOP 50 płyt lata 80 - Vorgel
Zawsze paradoksalnie wolałem jedynkę Anthrax od dwójki (w sumie to chyba moja ulubiona ich płyta). Ale na dwójce też mega zacnie jest.
Re: TOP 50 płyt lata 80 - Vorgel
Na jedynce nie ma Belladonny. Oraz wyżej wymienionych utworów.
Re: TOP 50 płyt lata 80 - Vorgel
Jest za to absolutnie wywalający w kosmos Deathrider, Panic, Metal Thrashing Mad czy Death From Above. Z jednym się zgodzę - Belladonna jest lepszy od Turbina.
Re: TOP 50 płyt lata 80 - Vorgel
24. Manowar – Hail to England (1984)

Tak zaczęła się moja przygoda z Manowar w 1992 roku. Zawsze gdzieś tam przewijały się ich okładki, miałem nawet prasowankę na koszulkę z obrazkiem Kings of Metal w 1989 (chyba) roku. Ale nie słyszałem nagrań tego zespołu do czasu, gdy nie dorwałem kasety Hail to England (wydanie MG, gdzie cała otoczka była w kolorach brytyjskiej flagi). Kaseta była przegrana z płyty winylowej, gdyż w tytułowym przeskakiwała igła. Ale to się nie liczyło. Blood of My Enemies uderzyło mnie swoją epickością budowaną zarówno przez wokalistę jak i resztę zespołu (mocne akcentowanie riffów i sylab). Majestatyczna muzyka. Pierwszych 5 kawałków to jest miazga i kanon tego co nazywamy heavy metalem. One nie są wszystkie takie same, bo trudno porównać walec Each Dawn I Die z szybkim, speed metalowym Kill with Power. Hymny, marsze, to wszystko to jest. Pozostałe dwa utwory to programowy popis Joeya na basie, oraz długi, monumentalny Bridge of Death. Niektórzy pewnie wybraliby jako najlepszy, ja zdecydowanie wolę inne ich dłuższe utwory z tamtego okresu, że choćby wspomnę March for Revenge czy Mountains. Most w porównaniu z nimi nie wypada równie okazale. Słabiej zapada w pamięć. Ale technicznie wszystko bez zarzutów. Krótki, bardzo intensywny album.
Highlights: Blood of My Enemies, Each Dawn I Die, Kill with Power, Hail to England, Army of the Immortals.
23. Exodus – Pleasures of the Flesh (1987)

Moja introdukcja do prawdziwego, bezkompromisowego thrashu. Exodus to taki zespół, który nie grał ballad, uznając najwyraźniej, że jak ktoś sobie postawił poprzeczkę by być thrashowym AC/DC, to ballad grać po prostu nie może. W wywiadzie z 1992 roku Gary Holt powiedział "pięć albumów i wciąż żadnej ballady". A konkurencja w tamtym czasie prześcigała się w pomysłach na ballady. Co nie znaczy, że Gary unikał grania na gitarze akustycznej, mamy w końcu 30 Seconds na tym albumie. Jakby chwila oddechu po miażdżącym tytułowym Pleasures of the Flesh. Pamiętam, że na kasecie otwierał on stronę drugą. Tak samo jak w przypadku Death Leprosy, przewijałem do początku by posłuchać tytułowego, zanim naprawdę doceniłem całą resztę. A tu nie ma słabych momentów. Total killer with no filler.
Highlights: W zasadzie cała płyta, a najlepszy to oczywiście tytułowy. W całej dyskografii zespołu.

Tak zaczęła się moja przygoda z Manowar w 1992 roku. Zawsze gdzieś tam przewijały się ich okładki, miałem nawet prasowankę na koszulkę z obrazkiem Kings of Metal w 1989 (chyba) roku. Ale nie słyszałem nagrań tego zespołu do czasu, gdy nie dorwałem kasety Hail to England (wydanie MG, gdzie cała otoczka była w kolorach brytyjskiej flagi). Kaseta była przegrana z płyty winylowej, gdyż w tytułowym przeskakiwała igła. Ale to się nie liczyło. Blood of My Enemies uderzyło mnie swoją epickością budowaną zarówno przez wokalistę jak i resztę zespołu (mocne akcentowanie riffów i sylab). Majestatyczna muzyka. Pierwszych 5 kawałków to jest miazga i kanon tego co nazywamy heavy metalem. One nie są wszystkie takie same, bo trudno porównać walec Each Dawn I Die z szybkim, speed metalowym Kill with Power. Hymny, marsze, to wszystko to jest. Pozostałe dwa utwory to programowy popis Joeya na basie, oraz długi, monumentalny Bridge of Death. Niektórzy pewnie wybraliby jako najlepszy, ja zdecydowanie wolę inne ich dłuższe utwory z tamtego okresu, że choćby wspomnę March for Revenge czy Mountains. Most w porównaniu z nimi nie wypada równie okazale. Słabiej zapada w pamięć. Ale technicznie wszystko bez zarzutów. Krótki, bardzo intensywny album.
Highlights: Blood of My Enemies, Each Dawn I Die, Kill with Power, Hail to England, Army of the Immortals.
23. Exodus – Pleasures of the Flesh (1987)

Moja introdukcja do prawdziwego, bezkompromisowego thrashu. Exodus to taki zespół, który nie grał ballad, uznając najwyraźniej, że jak ktoś sobie postawił poprzeczkę by być thrashowym AC/DC, to ballad grać po prostu nie może. W wywiadzie z 1992 roku Gary Holt powiedział "pięć albumów i wciąż żadnej ballady". A konkurencja w tamtym czasie prześcigała się w pomysłach na ballady. Co nie znaczy, że Gary unikał grania na gitarze akustycznej, mamy w końcu 30 Seconds na tym albumie. Jakby chwila oddechu po miażdżącym tytułowym Pleasures of the Flesh. Pamiętam, że na kasecie otwierał on stronę drugą. Tak samo jak w przypadku Death Leprosy, przewijałem do początku by posłuchać tytułowego, zanim naprawdę doceniłem całą resztę. A tu nie ma słabych momentów. Total killer with no filler.
Highlights: W zasadzie cała płyta, a najlepszy to oczywiście tytułowy. W całej dyskografii zespołu.
Re: TOP 50 płyt lata 80 - Vorgel
Lubię Pleasures... ale do debiutu nie ma doskoku niestety. Choć Zetro to lepszy wokalista od Paula.
Re: TOP 50 płyt lata 80 - Vorgel
22. Megadeth – Peace Sells… but Who’s Buying? (1986)

Ten album poznałem w 1990 roku, w szkole na lekcji, ze starego Grundiga. Nauczycielki nie było w klasie więc słuchaliśmy metalu. Nie powalił mnie ten album wtedy, ale warunki do słuchania były średnie. Niedługo później pożyczyłem nowy wówczas ich krążek Rust in Peace i.... też na początku nie siadło. Zmieniło się dopiero kiedy zobaczyłem teledysk do Holy Wars. Nagrałem go na VHS i oglądałem namiętnie, bo to w końcu świetny klip. No i oczywiście spodobał mi się utwór. Wtedy byłem gotowy na Megadeth. Kilka numerów z Rust in Peace porządnie mną wtedy potrząsnęło i słuchałem kasety dość sporą ilość razy. Peace Sells pokochałem jednak dopiero po ukazaniu się Countdown to Extinction, kiedy Megadeth wyrastali w moich oczach na lidera thrashu. Chyba najlepszy otwieracz i zamykacz albumu w thrash metalu. Wake Up Dead i My Last Words. Dwa ulubione tutaj. Uwielbiam nietypową konstrukcję w Wake Up Dead, nastawioną mocno na popisy instrumentalne. My Last Words to z kolei szybki, dość dramatyczny kawałek. Powstał po zbyt długim zasłuchaniu w Purgatory Iron Maiden, ale to przecież jedna z inspiracji Mustaine'a. 36 minut, żadnej ściemy, nawet cover nie razi, chociaż nie jest jakimś wybitnym osiągnięciem. Mocny, bezkompromisowy strzał w rozlazły 54 minutowy klocek rywali, bezlitosny kop w kolekcję riffów kładących do snu.
Highlights: Wake Up Dead, The Conjuring, Peace Sells, Good Mourning/Black Friday, My Last Words
21. Helloween – Keeper of the Seven Keys: Part 1 (1987)

Moja introdukcja do metalu w ogóle. I to w odpowiednim klimacie, bo w okolicach 31 października (to był rok 1988). Nie pamiętam czy to był dokładnie ten dzień, mógł to być 30, albo 1 listopada. Tak czy owak takich wrażeń się nie zapomina, bo płyta była grana z winyla w ciemnym pokoju brata kolegi przy zapalonym jednym tylko zniczu. Nie podejmuję się opisu tego zdarzenia, bo nie potrafię ubrać w słowa tamtych odczuć. Do dzisiaj czasem, nawet nie słuchając tego krążka, a widząc pewne obrazy przypomina mi się tamten okres. A jak odpalam CD, to już w ogóle. W sumie jakby nie patrzeć to na krążku jest tylko 6 właściwych utworów, bo pozostałe dwa to krótki wstęp i krótkie zakończenie. Ale idealnie oplatają, te różnorodne jak na gatunek kompozycje. Opus magnum krążka jest oczywiście 13 minutowa kompozycja Halloween, ale nie przyćmiewa ona reszty utworów w ten sam sposób, co Atom Heart Mother przyćmiewa resztę na płycie Pink Floyd. One są częścią tego klimatu. 37 minut doskonałego power metalu.
Highlights: Cała płyta. Najlepszy Halloween.

Ten album poznałem w 1990 roku, w szkole na lekcji, ze starego Grundiga. Nauczycielki nie było w klasie więc słuchaliśmy metalu. Nie powalił mnie ten album wtedy, ale warunki do słuchania były średnie. Niedługo później pożyczyłem nowy wówczas ich krążek Rust in Peace i.... też na początku nie siadło. Zmieniło się dopiero kiedy zobaczyłem teledysk do Holy Wars. Nagrałem go na VHS i oglądałem namiętnie, bo to w końcu świetny klip. No i oczywiście spodobał mi się utwór. Wtedy byłem gotowy na Megadeth. Kilka numerów z Rust in Peace porządnie mną wtedy potrząsnęło i słuchałem kasety dość sporą ilość razy. Peace Sells pokochałem jednak dopiero po ukazaniu się Countdown to Extinction, kiedy Megadeth wyrastali w moich oczach na lidera thrashu. Chyba najlepszy otwieracz i zamykacz albumu w thrash metalu. Wake Up Dead i My Last Words. Dwa ulubione tutaj. Uwielbiam nietypową konstrukcję w Wake Up Dead, nastawioną mocno na popisy instrumentalne. My Last Words to z kolei szybki, dość dramatyczny kawałek. Powstał po zbyt długim zasłuchaniu w Purgatory Iron Maiden, ale to przecież jedna z inspiracji Mustaine'a. 36 minut, żadnej ściemy, nawet cover nie razi, chociaż nie jest jakimś wybitnym osiągnięciem. Mocny, bezkompromisowy strzał w rozlazły 54 minutowy klocek rywali, bezlitosny kop w kolekcję riffów kładących do snu.
Highlights: Wake Up Dead, The Conjuring, Peace Sells, Good Mourning/Black Friday, My Last Words
21. Helloween – Keeper of the Seven Keys: Part 1 (1987)

Moja introdukcja do metalu w ogóle. I to w odpowiednim klimacie, bo w okolicach 31 października (to był rok 1988). Nie pamiętam czy to był dokładnie ten dzień, mógł to być 30, albo 1 listopada. Tak czy owak takich wrażeń się nie zapomina, bo płyta była grana z winyla w ciemnym pokoju brata kolegi przy zapalonym jednym tylko zniczu. Nie podejmuję się opisu tego zdarzenia, bo nie potrafię ubrać w słowa tamtych odczuć. Do dzisiaj czasem, nawet nie słuchając tego krążka, a widząc pewne obrazy przypomina mi się tamten okres. A jak odpalam CD, to już w ogóle. W sumie jakby nie patrzeć to na krążku jest tylko 6 właściwych utworów, bo pozostałe dwa to krótki wstęp i krótkie zakończenie. Ale idealnie oplatają, te różnorodne jak na gatunek kompozycje. Opus magnum krążka jest oczywiście 13 minutowa kompozycja Halloween, ale nie przyćmiewa ona reszty utworów w ten sam sposób, co Atom Heart Mother przyćmiewa resztę na płycie Pink Floyd. One są częścią tego klimatu. 37 minut doskonałego power metalu.
Highlights: Cała płyta. Najlepszy Halloween.
Re: TOP 50 płyt lata 80 - Vorgel
Moje ulubione płyty Megadeth i Manowar, choć od tych drugich na podobnym poziomie cenię sobie również nieco luźniejszy debiut.
As mankind hurled itself forever downwards into the bottomless pit of eternal chaos, the remnants of civilization screamed out for salvation - redemption roared across the burning sky... The Painkiller
Re: TOP 50 płyt lata 80 - Vorgel
Debiut dałbym na 4-5 miejscu w rankingu albumów Manowar.
Re: TOP 50 płyt lata 80 - Vorgel
Też stawiam Hail To England na pierwszym miejscu wśród albumów Samowar.
Re: TOP 50 płyt lata 80 - Vorgel
20. Yes - Drama (1980)

Bez Andersona i Wakemana w składzie, Yes o dziwo dawali radę tworzyć muzykę na najwyższym poziomie. No ale w zespole pozostawał wciąż Steve Howe. Pamiętam, że ten album Yes przypadł mi szczególnie do gustu w momencie kiedy jeszcze drażnił mnie wokal Jona Andersona, bo go tu po prostu nie ma. Does It Really Happen? usłyszałem w radiu jako pierwsze, choć Into the Lens znałem z innej wersji tego utworu, bo został przerobiony na potrzeby projektu Trevora Horna i Geoffa Downesa The Buggles. Tam się ten utwór nazywa I Am a Camera i jest dużo krótszy. Drama to 6 kawałków w tym dwa dość długie numery i jedna minutowa miniatura. W sumie składa się to na 37 minut muzyki, co jak dla mnie w zupełności wystarczy. Płyta ma wszystkie ważne składniki jakie były w muzyce Yes w latach 70, chociaż brzmieniem się oczywiście różni. Ona po prostu wyraźnie sugeruje z jakim okresem w muzyce mamy do czynienia. Czy w związku z tym nie jest ponadczasowa? Wydaje mi się, że jest, bo to wciąż Yes. Buggles owszem, zestarzeli się właściwie dla swojego stylu, ale Drama trzyma się świetnie i chyba nawet lepiej oceniana jest obecnie niż wtedy kiedy się ukazała.
Highlights: Machine Messiah, Does It Really Happen?, Into the Lens, Tempus Fugit
19. Van Halen - 1984 (1984)

Ta płyta Van Halen przeżywa u mnie drugą młodość. Poznałem ją na początku lat 90, wcześniej oczywiście słyszałem utwór Jump, ale nie było okazji by zapoznać się z całym materiałem. Nie od razu wszystko przypadło mi do gustu, na pewno oprócz Jump lubiłem też kawałki Top Jimmy i Panama, drugą stronę kasety rzadko słuchałem, chociaż z czasem polubiłem I'll Wait. Nie wiedzieć czemu kojarzył mi się ten utwór z serialem Miami Vice. A później zobaczyłem teledysk do Hot for Teacher i przypasowało. Ale moim zdaniem, dopóki nie odkryje się mocy Girl Gone Bad czy House of Pain, nie wie się z czym tak naprawdę się obcuje. Eddie Van Halen oczywiście solówki gra świetne, ale to nie tylko solówki stanowią o klasie tego gitarzysty. Rozwiązania rytmiczne i te zawijasy w Top Jimmy to jest coś absolutnie unikatowego w jego twórczości. Natomiast wspomniane Girl Gone Band to niemal utwór progresywny. Niech nikogo nie zmyli syntezatorek z Jump, cała płyta nie jest taka, a Jump to najsłabszy jej moment. Aż połowa krążka ukazała się na singlach, a album sprzedał się w samych tylko Stanach Zjednoczonych w nakładzie 10 milionów egzemplarzy. 33 minuty muzyki. Tak się kiedyś robiło rock and roll.
Highlights: Panama, Top Jimmy, Hot for Teacher, I'll Wait, Girl Gone Bad, House of Pain

Bez Andersona i Wakemana w składzie, Yes o dziwo dawali radę tworzyć muzykę na najwyższym poziomie. No ale w zespole pozostawał wciąż Steve Howe. Pamiętam, że ten album Yes przypadł mi szczególnie do gustu w momencie kiedy jeszcze drażnił mnie wokal Jona Andersona, bo go tu po prostu nie ma. Does It Really Happen? usłyszałem w radiu jako pierwsze, choć Into the Lens znałem z innej wersji tego utworu, bo został przerobiony na potrzeby projektu Trevora Horna i Geoffa Downesa The Buggles. Tam się ten utwór nazywa I Am a Camera i jest dużo krótszy. Drama to 6 kawałków w tym dwa dość długie numery i jedna minutowa miniatura. W sumie składa się to na 37 minut muzyki, co jak dla mnie w zupełności wystarczy. Płyta ma wszystkie ważne składniki jakie były w muzyce Yes w latach 70, chociaż brzmieniem się oczywiście różni. Ona po prostu wyraźnie sugeruje z jakim okresem w muzyce mamy do czynienia. Czy w związku z tym nie jest ponadczasowa? Wydaje mi się, że jest, bo to wciąż Yes. Buggles owszem, zestarzeli się właściwie dla swojego stylu, ale Drama trzyma się świetnie i chyba nawet lepiej oceniana jest obecnie niż wtedy kiedy się ukazała.
Highlights: Machine Messiah, Does It Really Happen?, Into the Lens, Tempus Fugit
19. Van Halen - 1984 (1984)

Ta płyta Van Halen przeżywa u mnie drugą młodość. Poznałem ją na początku lat 90, wcześniej oczywiście słyszałem utwór Jump, ale nie było okazji by zapoznać się z całym materiałem. Nie od razu wszystko przypadło mi do gustu, na pewno oprócz Jump lubiłem też kawałki Top Jimmy i Panama, drugą stronę kasety rzadko słuchałem, chociaż z czasem polubiłem I'll Wait. Nie wiedzieć czemu kojarzył mi się ten utwór z serialem Miami Vice. A później zobaczyłem teledysk do Hot for Teacher i przypasowało. Ale moim zdaniem, dopóki nie odkryje się mocy Girl Gone Bad czy House of Pain, nie wie się z czym tak naprawdę się obcuje. Eddie Van Halen oczywiście solówki gra świetne, ale to nie tylko solówki stanowią o klasie tego gitarzysty. Rozwiązania rytmiczne i te zawijasy w Top Jimmy to jest coś absolutnie unikatowego w jego twórczości. Natomiast wspomniane Girl Gone Band to niemal utwór progresywny. Niech nikogo nie zmyli syntezatorek z Jump, cała płyta nie jest taka, a Jump to najsłabszy jej moment. Aż połowa krążka ukazała się na singlach, a album sprzedał się w samych tylko Stanach Zjednoczonych w nakładzie 10 milionów egzemplarzy. 33 minuty muzyki. Tak się kiedyś robiło rock and roll.
Highlights: Panama, Top Jimmy, Hot for Teacher, I'll Wait, Girl Gone Bad, House of Pain
- Bon Dzosef
- -#The Alchemist

- Posty: 12450
- Rejestracja: wt kwie 05, 2016 5:28 pm
Re: TOP 50 płyt lata 80 - Vorgel
Jeśli chodzi o metal, to same mocne strzały. Solidne picki.
A ten Van Halen to straszne pedalstwo.
A ten Van Halen to straszne pedalstwo.
Re: TOP 50 płyt lata 80 - Vorgel
Van Halen to jest klasa sama w sobie. Wielki zespół.
-
Deleted User 2259
Re: TOP 50 płyt lata 80 - Vorgel
Nie spodziewałem się Dramy, aż zaskoczyłeś. 1 album jaki ich poznałem. W ogóle nie pamiętam, czy zwrociłem uwagę na wokal, bo brzmial bardzo podobnie do Andersona imo.
Re: TOP 50 płyt lata 80 - Vorgel
W Does It Really Happen i Into the Lens wokal jest całkiem inny, natomiast Horn próbuje naśladować Andersona (chociaż tam są chyba chórki) w Machine Messiah i Tempus Fugit. Ale ma jednak inną barwę głosu, trochę bardziej matową i śpiewa niżej.
-
Deleted User 2259
Re: TOP 50 płyt lata 80 - Vorgel
Usłyszałem to dopiero kilka lat później, jak juz wiecej muzy posłuchałem 
