Wróciłem do domu, czas na małe podsumowanie.
Jechałem pociągiem spod południowej granicy, więc sporą część podróżnych stanowili Czesi, u których Taylor nie gra. Pociąg był napchany, w Katowicach już w stopniu krytycznym, tak że człowiek wolał przeczekać z sikaniem aż przyjedzie, zamiast przeciskać się przez tłum na korytarzu

Na szczęście jechaliśmy bez opóźnień.
Na miejsce udaliśmy się metrem, co było dobrym wyborem, bo dzięki temu dotarliśmy na czas mimo ogromnych tłumów. Na miejscu był niezły kocioł, ale z drugiej strony - nie ponadprzeciętny. Byłem już kilka razy na wyprzedanym koncercie na Narodowym, teraz nie było w żadnym aspekcie gorzej, bardziej tłoczno. Wejście na obiekt przebiegło bardzo sprawnie, kolejki do wejścia o godzinie 17:15 (a wiec na godzinę przed startem Paramore) nie było wcale. Na co zwróciłem na tym etapie uwagę - bardzo radosna atmosfera naokoło, mnóstwo ludzi w koszulkach (niektóre - homemade), ludzie poprzebierani w różne stylizacje nawiązujące do teledysków Taylor, dziewczyny rozdające bransoletki na rękę. Widać było, że niektórzy mocno się napracowali podczas przygotowań do koncertu.
Miejsce miałem... niezłe. Wziąłem drugą najtańszą kategorię cenową (339 zł), więc wiadomo - szału nie było, ale kąt widzenia był OK, odległość - odległa

, ale widać było dobrze. Słychać... tak sobie, momentami była studnia, no ale cóż - Narodowy.
Na uwagę zasługuje przeogromny wybieg - tak wielkiego jeszcze na koncercie nie widziałem. Sięgał aż to tego tańszego sektora na płycie, co było fajne, bo fanki mogły zobaczyć swoją idolkę z bliska nawet bez wyprucia się na najdroższe miejsca.
O 18:15 na trzy kwadranse wyszło Paramore. Nie wiem czemu, ale myślałem że to zespół bardziej rockowy niż popowy, a okazało się że jest na odwrót. Było w porządku, chociaż mnie nie porwali. Cieszę się, że ich zobaczyłem, bo to taki zespół z kategorii: zobaczyłbym, ale tak przy okazji, na nich samych nie pojadę. No i się udało.
O 19:23 na telebimach pojawiło się dwuminutowe odliczanie, po czym na scenie pojawiła się Taylor. Przygotowywałem się na ogromny aplauz na powitanie, ale i tak nie byłem gotowy na skalę owacji jakie dostała. I tak było kilka razy w trakcie koncertu; ciekawe uczucie - gdy czujesz że zaraz ogłuchniesz nie od samego koncertu, tylko od owacji widzów
Muszę bardzo pochwalić publiczność. Czuć było jej zaangażowanie w koncert, większość śpiewała wszystkie piosenki razem z Taylor, bawili się entuzjastycznie ale też bez przeszkadzania innym. Myślę, że każdy artysta na świecie chciałby mieć taki odbiór live.
Tydzień wcześniej byłem w tym samym miejscu na Warsaw Rocks, więc siłą rzeczy trochę porównuję oba wydarzenia. We właściwie każdym aspekcie koncert Scorpions i spółki wypada słabiej. Tam ciężko mi było stwierdzić, komu się bardziej nie chciało - emerytom na scenie czy emerytom na trybunach. Efekt był ponury. Tutaj i publika i artystka dawali z siebie wszystko, czuć było energię, pasję, radość.
Sporo słyszałem niechęci wobec tzw. swifties (tu na forum głównie w formie incelskich urojeń Dzozefa). Moje zdanie: fani jak fani. Większość większych wykonawców takich ma. Niektórzy przekombinowują z rozkminami, niektórzy są zbyt histeryczni czy bezkrytyczni. A w większości to są - przynajmniej patrząc po publice z piątku - po prostu normalni ludzie którzy lubią Taylor. Ja się w ich tłumie czułem dobrze, powiem więcej: życzyłbym sobie, żeby wśród młodych ludzi więcej było fanów popu pokroju Taylor Swift, a mniej patologii rapowej spod znaku Travisa Scotta i Asap Rocky'ego, czy z rodzimego podwórka, jakichś Kukonów, Kizo i Pr0bl3mów.
A jak muzycznie? W mojej ocenie - zauważalnie lepiej niż na płytach. Przesłuchałem przed koncertem całą dyskografię Taylor i wyniosłem z tego tyle, że kojarzyłem kilka piosenek, ale jej twórczość zlewa mi się w jedną całość. Nie potrafiłbym powiedzieć, że jedna płyta jest lepsza a druga gorsza. No i najważniejsze - nie mam ochoty do nich wracać. Lubię pop, ostatnio słucham sporo Madonny, jak koncert w pobliżu ogłosi Lady Gaga to najpierw kupuję a potem myślę

, a "Future Nostalgia" Duy Lipy uważam za najciekawszy album ostatnich lat. Ale twórczość Taylor w ogóle do mnie nie trafiła, męczyłem się przesłuchując ją, miałem wrażenie że każda kolejna piosenka jest taka sama. Toteż oczekiwania od strony muzycznej miałem nikłe. I może to był klucz do zadowolenia, bo wyszło nieźle. Co w sumie nie powinno dziwić, większość wykonawców zyskuje na żywo gdy dochodzi energia występu na żywo, entuzjazm fanów, oprawa wizualna. Skoro mowa o tej ostatniej... poziom top.
Koncert Taylor to misternie dopracowane, przemyślane show, zrobione po bogatości i ze sporą dawką kreatywności. Wizualizacje, dekoracje, tancerze, kostiumy - to wszystko jest rozplanowane świetnie, różnorodnie, dobrze się to po prostu oglądało. Fajna ciekawostka: przy wejściu każdy dostał opaskę z taką lampką z dwoma światełkami. Była ona przez kogoś centralnie programowana, tak że w wybranych momentach świeciła na wybrany kolor, migała, tłum służył jako pole do wyświetlania kształtów, wizualizacji. Wyszło ekstra.
Setlista - według amerykańskiego portalu jest stała, poza akustycznym slotem na czteropiosenkowy medley, na którym Taylor co koncert wykonuje coś innego. Zrobiła przekrojową podróż po całej swojej twórczości, grając po kilka kawałków z każdej płyty. Łącznie występ liczy sobie 45 kawałków odegranych w oszałamające 3h i 20 minut. Wydaje mi się, że oba koncerty The Cure na których byłem byly trochę krótsze, a więc był to najdłuższy występ w moim życiu. Skąd Taylor ma tyle siły - nie wiem, nawet myśl o zarabianych milionach nie pomogłaby mi dać tak aktywnego fizycznie występu, ja to ledwo przeżyłem siedząc sobie na krzesełku na trybunach
Po koncercie z powrotem myk na metro (znacznie lepsza opcja niż zapier...nie po zamkniętym moście Poniatowskiego), tłum był, ale bez większych problemów. Ogólnie - nie było tego dnia takiej sytuacji, żeby z racji tłumu były jakieś problemy. Trzeba pochwalić organizację i zachowanie ludzi.
Bywały momenty, że się nudziłem - szczególnie pod koniec, gdy już weszło zmęczenie. Nie powtórzę takiej przygody, ale cieszę się że ją zaliczyłem, bo - patrząc z perspektywy fana koncertów - było to interesujące zjawisko. Zostające w pamięci, dające satysfakcję, pokazujące jak może wyglądać koncert poza "naszą bańką".