No i trasa Satanic Panic w Polsce dobiegła końca.
Przede wszystkim czuję się nieco zobowiązany napisać trochę o samych eventach, a nie tylko o krakowskim gigu, który odhaczyłem. Nie przesadzę, gdy powiem, że zespołu słucham od początku - zupełnym przypadkiem wiosną 2015 natrafiłem na Facebooku na singiel Anubis. Ludzie łączyli ten projekt z Black Sabbath i Ghost, więc od razu się skusiłem, no i jak widać zostałem na dłużej

Niestety Johanna ze swoją świtą nieczęsto zaszczycała nas swoimi odwiedzinami. Pierwsze miały miejsce jeszcze w czasach "jedynki", ale to było kilka koncertów w roli supportu Paradise Lost (z racji wieku i braku mojego miasta w rozpisce musiałem je odpuścić). Potem Lucek zajrzał do nas na SDL w 2019, już w erze Lucifer II (byłem chory i chyba nawet zresztą nie planowałem tej podróży). Pierwszą headlinerską klubówką miał być Poznań 2020, ale Covid zajął się tym tematem na swój sposób i koniec końców trasa została anulowana. Po dość długiej przerwie Lucifer wrócił do Polski na Mystic 2023 - tam już byłem i koncert wspominam wspaniale, choć setlista uległa skróceniu (Johanna była przeziębiona... Podobno), uczestnicy na pewno pamiętają też problemy z dźwiękiem

Tak więc przed listopadem 2024 zespół zagrał u nas dokładnie 0 (słownie: zero) gigów jako headliner. No rozumiecie, tak na papierze to niezła ciekawostka, ale te 3 sztuki teraz miały jednak duże znaczenie dla tego, co może być w przyszłości. To nie jest Iron Maiden, że możemy zastanawiać się nad klapą finansową, żeby potem zachwycać się sold outem stadionu

Przechodząc jednak do rzeczy...
Tanith - zwięzły, 35-minutowy set oparty na dwóch (czyli de facto wszystkich) krążkach zespołu. Nie ukrywam, nie porywa mnie jego twórczość. Żeby nie było, koncert mi się podobał, to są sprawni muzycy, świadomi tego, co robią na scenie, ale stylistycznie coś mi tam po prostu nie leży. W sumie nawet nie do końca wiem co, bo teoretycznie grają muzykę, która powinna mi leżeć znakomicie. Irytują mnie miejscami dość dziwne i nielogiczne (?) linie wokalne. No ale nie odmówię im profesjonalizmu, co to, to nie. Źle, że wokale były raczej słabo nagłośnione, zwłaszcza męski. Poza tym okej, może w sumie odpalę te płyty jeszcze raz, ale ja nie byłem Tanith przychylny już w czasach ich studyjnego debiutu, także to chyba dla mnie taka kapela, którą mogę pooglądać w klubie i povibe'ować, ale nie będę się nimi jarał.
The Night Eternal - złoto totalne! Jeżeli heavy metal ma przyszłość, są nią zespoły właśnie pokroju The Night Eternal (czy z pobliskich rejonów Unto Others). Nie jestem specjalistą co do ich twórczości, ale imponuje mi łączenie maksymalnie klasycznych pomysłów z nutką gotyku, który stanowi świetne urozmaicenie prezentowanej muzyki. Chętnie zobaczę ich jeszcze raz, najlepiej z dłuższym setem, bo to było naprawdę fajne przeżycie. Generalnie zespoły z generatora retro heavy mogą się chować.
Lucifer - zacznę od narzekania. Dlaczego KURWA wykreślili slot Dreamer/Leather Demon? Wiem, że w Wawie też w ogóle go nie było, ale dzisiaj skład imprezy był standardowy. Dodajmy do tego fakt, że Coffin Fever wykreślone jest na amen, więc z pierwotnych 15 tytułów zeszliśmy do 13. I uważam to za mega słabe, bo setlisty Lucifera nigdy nie były długie. W czasach Lucifer II jeszcze to tolerowałem, ale z czasem zaczęło to lekko irytować. Pięć płyt i godzinny koncert? No powiem tak, nie tym zasłynęli najwięksi twórcy w tym gatunku. No ale cóż zrobić... Sam koncert absolutna petarda. Te utwory, które ostały się w secie, wypadły pięknie. Brylowały kawałki z V - Ozyrysie rozpierdolony, rozczapierzony przez potężnego Seta, jak oni wspaniale je grają na żywo! Trochę podkręcają tempo, więc At the Mortuary z bodajże najbardziej doomowego momentu płyty, staje się 100% przebojem. Sam zespół w formie, choć szczerze mówiąc, rzadko kiedy spoglądałem na gitarzystów, skoro zaraz naprzeciwko mnie była Joasia

Która swoją drogą od początku była bardzo spoko nagłośniona i z którą trafiła się cała masa fajnych interakcji

Jak tak człowiek obejrzy live'y z 2018 roku, a potem zobaczy ją w akcji teraz, to zauważy, że jako frontwoman poczyniła spory postęp. Świetnie się na nią patrzy, ma naprawdę dobrą prezencję.
Frekwencja dopisała, myślę że orgowie mają powód do zadowolenia. Ciężko mi ocenić liczbowo, bo stałem na barierce, ale biedy na pewno nie było. Koniec końców wygląda na to, że Polacy pokazali dobre zainteresowanie i to jest pozytywny prognostyk na przyszłość. Mam nadzieję, że niedługo occult mommy wróci do nas z kolejnymi koncertami, czego sobie i Sanatorianom życzę. Ludzie spragnieni ROCKa zostali napojeni, ale pragnienie wróci stosunkowo szybko...
A, no i najważniejsze: nic nie złapałem (zbyt dobrej okazji ku temu nie było...), ale jest fotka z Nicke i ona jest cenniejsza od jakichś tam fantów. Szkoda, że z Joasią się nie udało, ale może następnym razem będzie inaczej
