No do samego końca biłem się czy udać się do Wrocławia. Planowałem początkowo Warszawę, ale moje lenistwo mnie przezwyciężyło, no i to w sumie dobrze, bo za to obejrzałem świetny koncert Turbo

Żeby w miarę sprawnie połączyć wyjazd do Wro z pracą, uznałem, że pojadę autem. Niestety, zabrałem się sam, więc najbardziej ekonomiczny wypad to nie był, ale gdybym jechał dziś, jeszcze bardziej bym płakał, bo ceny paliwa popierdoliło.
Supporty całkiem spoko. Pierwsze Shores of Null niezłe, generyczne, ale niezłe i spoko wykonane. Saturnus też ok. Ponadprzeciętnie dobre to było jak na randomowy support

Na krytykę niestety zasługuje czasówka, która była arcydurna. Przepięcie między Saturnusem a PL zaplanowane na 45 minut, przy czym chłopy uwinęły się w 15, tym bardziej, że oba supporty zaczynały delikatnie wcześniej. Miałem nadzieję, że Anglicy też może pojawią się odrobinę wcześniej, ale niestety, wyszli na scenę dopiero o 22 - punktualnie.
Wlecieli Serpent on the Cross z najnowszej płyty. Ja ją baaaardzo lubię, więc mi w to graj. Piękny wykon Tragic Idola, którego absolutnie wielbię. Greg wygląda masakrycznie, ale na scenie nie brakuje mu wigoru i energii. Headbangował, śpiewał, naprawdę, gdybym nie widział jakim jest truposzem, nie poznałbym po nim, że cokolwiek jest nie tak. Gigant!
Publiki nie będę komentował, bo nagromadzenie pijaków w mojej okolicy było straszne. Chamstwo, groźby karalne, wylane piwo... dużo by opowiadać, a nie chce mi się stukać

Poza jednostkami, było naprawdę bardzo dużo tancerzy, którzy napierdalali cały koncert (a w sumie już zaczęli na Saturnusie) masując mi pospinane przez jazdę w aucie plecy

Mnóstwo też pływaków, którzy surfowali nawet pomiędzy utworami XD Prawdziwe piekiełko zaczęło się na True Belief. Klasyk z Icona rozgrzał publikę już do granic, następnie hicior w postaci One Second i na dokładkę Once Solemn. Chyba nie muszę mówić co się działo

Chwila trochę spokojniejszego napierdalania na Faith Divides Us i znów rozkurw na Pity the Sadness. Ależ się cieszę, że wleciał ten numer, w końcu coś innego niż As I Die, które swoją drogą było dosyć intensywnie requestowane przez publikę XD Salvation z nowej pięknie rozwalcowało po tych szybszych momentach. Genialnie, że go dodali do seta już w trakcie trasy. Z Depeszowizny świetne Nothing Sacred, które było chyba na publice najspokojniejszym numerem. W końcu nie było pływaków. Requiem z mojego kochanego In Requiem jak zawsze zmłucił, Greg napierdalał aż miło. O Aaronie nie mówię, bo on ciągle napierdala

ależ to jest pozytywny facet. Nie wiem jak się dogaduje z resztą tych smutasów

Nick jak zwykle nie powiedział praktycznie nic. I spoko, ja to bardzo lubię. Wychodzi, robi swoje (a wczoraj to był jeden z jego lepiej zaśpiewanych gigów jakie słyszałem), napije się piwka i zrobi cheers i schodzi. No nie zaskoczę nikogo jeśli powiem, że uwielbiam tego gościa

Szkoda, że z Believe Mouth, a nie np. Divided, które jest moim małym marzenie, ale nie ma co narzekać. Na koniec podstawowego seta Say Just Words. No kurwa, chyba nie trzeba mówić jaki to jest rozkurw ten numer. Ochroniarz chyba wyczuł "po jednej" rozkurwiasty potencjał tego kawałka (albo go znał, bo wyglądał na takiego, że mógł go znać) i widziałem jak już po pierwszym samplu z intro powiedział "O JA PIERDOLE" XDDD no nie dziwie się, bo po tym jaki mieli dziadki zapierdol, to na sam koniec ponuraki z Halifaxu postanowili jeszcze im dowalić koncertowym gigantem

No ogólnie niestety nie mam dla tych panów słów pochwały - średnio sobie radzili ze zdejmowaniem serferów i dwie chamki, które wywaliły jedną panią z barierki, a potem groziły jednemu gościowi (swoją drogą temu od tej dejkartki), też sobie ich podporządkowały. Strasznie ciency ochroniarze.
Dosyć długo czekaliśmy na bis, ale może Greg musiał przyjąć szybką chemię czy coś. Tak czy siak na bisy genialne No Celebration, hicior Ghosts i świeżutki Silence Like the Grave.
Zajebisty koncert, nie żałuję niczego, choć już powrót był ciężki. Ostatnie 30 minut to na autopilocie trochę, ale dotarłem bezpiecznie i mogłem na 7 wstać do pracy

Nie wiem co ten zespół ma w sobie, że tak na mnie działa. Po prostu kocham no.
Nic nie złapałem, setlista Shores of Null odbiła mi się od czoła, ale nawet nie próbowałem łapać, bo na chuj mi ona.
Pozdro dla gumbyyego, z którym sobie pomachaliśmy z odległości, jeszcze raz sory, że nie podbiłem zbić, ale czułem, że będzie kryzys w drodze powrotnej, a ludzi było fest
Oby chłopaki szybko wrócili do Polski. No i z jakimś fajniejszym supportem, jak moja ukochana Messa, która z nimi grała na Part 1 tej trasy... Kochać Paradise Lost!