! Recenzje !

Dyskusje o innych zespołach i albumach

Moderator: Administracja i Moderacja SanktuariuM

BeBe
-#Long distance runner
-#Long distance runner
Posty: 917
Rejestracja: pn mar 15, 2004 5:05 pm
Skąd: South Of Heaven.

Re: ! Recenzje !

Post autor: BeBe »

Obrazek
Metallica-Kill Em All
Jak spojrzeć na debiut zespołu ? W wielu przypadkach płyty debiutanckie są płytami mało pociągającymi, ale skolei wielu zespołom debiut wychodzi najlepiej. Przykłady ? The Doors, Iron Maiden,Dżem. Czy Metallicę można zaliczyć do tej grupy ? W moim odczuciu mieści się ona w pierwszej czwórce najlepszych albumów Czterech Jeźdźców-stoi na trzecim miejscu, zaraz po ...And Justice For All.

Był rok 1983. Muzyka Heavy Metalowa rozwijała się w zastraszającym tempie. Szczyty list przebojów były zajmowane przez zespoły takie jak Iron Maiden, Motorhead, Judas Priest .I stało się coś zaskakującego. Nagle na rynku pojawiła się płyta, która zrewolucjonizowała muzykę i obok Venoma i Slayera została jednym z prekursorów Thrash Metalu. Pojawiła się Kill Em All.

Nazwa płyty wzięła się dość przypadkowo. Na początku krążek miał nazywać się "Metal Up Your Ass" (stąd większość napisów na wczesnych koszulkach tak brzmiała), jednak wytwórnia płytowa nie chciała się zgodzić. Wtedy to Cliff Burton, jeden z najlepszych ówcześnie żyjących basistów, krzyknął w przypływie złości:"Let`s kill em all". Reszte olśniło. Postanowili tak właśnie nazwać album.

Wielu wyjadaczy nastawionych było na kolejne lekko przesłodzone dźwięki rodem z Wielkiej Brytanii. Jakże się mylili ? Już pierwsze dźwięki "Hit The Lights" musiały kompletnie zrywać skórę z uszu fanom muzyki Metalowej lat 80. Rzadko ktoś grał tak agresywną muzykę. Utwór zaczyna się od mocnego uderzania w talerze i rzucanymi, brudnymi akordami na gitarze. Wkońcu przechodzi w szybki riff Jamesa i oszałamiający odrzucający utwór. Solówka leci z prędkością światła a wszystko okraszone jest wręcz gniotącym bassem i pędzącą perkusją. Tekst jest dość banalny, marzenie o sławie:"No life till leather We are gonna kick some ass tonight"

Potem przychodzi utwór który, jeżeli chodzi o kompozytorów, jest dość kontrowersyjny. Mianowicie dano go na album, mimo iż praktycznie w całości został napisany przez Dave Mustaine`a który został niedługo przed nagrywaniem płyty wyrzucony z zespołu. Chodzi tutaj oczywiście o "The Four Horsemen". James miał trudne zadanie gdyż na kilka dni przed wejściem do studia musiał napisać od początku słowa. Rozbudowano utwór i znalazł się on na płycie. Nazwa wzięła się prawdopodobnie od galopującego bassu który przypomina trochę bieg konia. Dzisiaj wielu fanów lubi w zastępstwie używać wobec Metallicy tytuł "Czterej Jeźdźcy". Jeżeli chodzi o tekst, opowiada on poprostu o czterech biblijnych jeźdźcach Apokalipsy, którzy mają zostać zesłani w czasie końca świata aby wybili ludność ziemi:"The Horsemen are drawing nearer. On the leather steeds they ride. They come to take your life."

Trzeci utwór to "Motorbreath" który jest swoistym hołdem dla Motorhead. Budowa muzyczna utworu jak i sam tekst w stylistyce bardzo przypomina wyżej wymieniony zespół.Został on nawet kiedyś odegrany na urodzinach Lemmiego kiedy to Metallica jako The Lemmys wkroczyła na scenę, ubrana identycznie jak frontman Motorhead i oddała mu hołd poprzez krótki koncert. Utwór w całości został napisany przez Jamesa Hetfielda:"Living and dying, laughing and crying, Once you have seen this, you will never be the same"

Po "Motorbreath" następuje "Jump In The Fire". W warstwie muzycznej widać tutaj istne zafascynowanie Venomem, natomiast warstwa tekstowa bardzo przypomina NWOBHM.Kompozycja tzw. ku chwale Szatana, gdyż w latach 80 właśnie, dzięki złej interpretacji Heavy Metal zaprzedał duszę diabłu:"So come on ! Jump In The Fire!"

Piąty już numer, to popis kunsztu mistrza Bassu Cliffa Burtona, "(Anesthesia)-Pulling Teeth". Ponad 4 minutowe solo, które jak sama nazwa brzmi wyrywa wszystkie zęby razem w dziąsłami i pozostawia bezkształtną masę w jamie ustnej. Warstwy tekstowej jak wiemy brak, gdyż Burton raczej nie musiał nic śpiewać do tego. Jego bass mruczy tak zabójczo,że chociaż najmniejsze pierdnięcie posypało by całą budowlę.

"Whiplash" to utwór szósty. Pierwszy hymn Metallicy, który pomagał im przezwyciężyć chwile najczarniejsze w ich karierze min. śmierć Cliffa Burtona kiedy to James Heatfield zacytował:"But we will never stop, we will never quit cause we`re Metallica".W warstwie tekstowej przypomina on Hit The Lights. Są to marzenia do sławie i ciągłym machaniu głową ze sceny.

"Phantom Lord" to kompozycja następna. W budowie jest dość prosty, tekst opiera się na fantastycznych krainach, walkach na miecze i postaciami ala Hrabia Dracula. Tekst opisuje zwycięstwo mitycznej postaci Lorda Fantoma, który podąża przez kraj niszcząc wszystko wkoło:"Hear the cry of War, Louder than before"

"No Remorse" to piosenka która najbardziej przypomina styl który Metallica prezentować będzie w późniejszych swych dokonaniach. Tekst również wydaje się najbardziej dojrzały który miejscami przypomina takie perełki jak "For Whom The Bell Tools" czy "One" . Opowiada on o człowieku, który mimo iż jest zewsząd ostrzeliwany nie traci jasnego umysłu i wie co ma czynić:"Blood feeds the war machine As it eats its way across the land".

Przyszedł czas na klasyk, który po dziś dzień grany jest na każdym koncercie Metallicy. Ciarki przechodzą chyba każdego fana, który słyszy ten utwór. Chodzi tutaj oczywiście o "Seek & Destroy". Powstał on na fali filmu z lat 70 "The Warriors" i ocieka ogromną ilością agresji i zapowiada wielki wybuch krwi, niczym klasyczny już "Killers" Iron Maiden. W wartswie lirycznej przypomina on polowanie, które prowadzi morderca(myśliwy) i jego ofiara(zwierzyna):"Running On Our way, Hiding You will pay, Dying One thousand deaths. Searching, Seek & Destroy."

Album zamyka utwór który w warstwie muzycznej jest praktycznie identyczny jak "Hit The Lights"mianowicie "Metal Millitia". Nie wiadomo czy był to zabieg celowy czy nie, jednak jest całkiem niezły.Muzyka prezentuje się bosko, tekst-debilnie. Tak naprawdę nie wiadomo o co w nim chodzi. Poprzez tytuł kojarzy nam się jakiś kolejny hymn który wychwala "rasę" metalowców a tak naprawdę nie do końca wiadomo co chodziło temu nabuzowanemu testosteronem Hetfieldowi.

Reasumując. Debiut był jak najbardziej udany, wiele zespołów wymienia tą płytę jako swoją inspirację. Jest szybka, agresywna, wypełniona potem, krwią, browarem i gniewem. I nie ważne jak na nią patrzeć zasługuje na jedno z czołowych miejsc jeżeli chodzi o klasyczne albumy metalowe, gdyż nikt już chyba później nie nagrał tak dobrej, spójnej i zmieniającej oblicze metalu, pierwszej płyty. Może to wina dość zróżnicowanych muzycznych upodobań członków zespołu, może fakt ogromnej frustracji. Kogóż to obchodzi ? Płyta równo kopie dupę i zasługuje na miano oceny najwyższej, gdyż w całości słucha się jej z zapartym tchem:"Metal Up Your ASS !"
szatanista
-#Long distance runner
-#Long distance runner
Posty: 947
Rejestracja: wt lut 10, 2004 1:24 pm
Skąd: Legionowo

Re: ! Recenzje !

Post autor: szatanista »

Obrazek
Peccatum "Lost in Reverie" LP

O swojej wielkiej milosci do tworczosci Ihsahna chyba nikomu przypominac nie musze. Wielbie wszystko co stworzyl z Emperorem, Peccatum i solo. Ten album nie jest wyjatkiem - bardzo (bardzo bardzo!) klimatyczne granie do ktorego nie da sie przyczepic zadnej etykietki. Plyte stawiam na rowni z najwiekszymi dokonaniami Emperor ktorego echa przebrzmiewaja na plytce (utwory "Parasite My Heart", "Black Star) - "Anthems To The Welkin At Dusk" i moim ukochanym "Prometheusem".
Jesli w jakikolwiek sposob mialbym sklasyfikowac muzyke prezentowana na tej plytce, powiedzialbym ze jest to Opeth z czasow "Black Water Park" z bardziej urozmaiconymi wokalami (przy Ihsahnie nawet Akerfeldt wymieka :), polaczony z elementami industrialu, ambientu i trip hopu.
Polecam wszystkim otwartym na nowe muzyczne horyzonty umyslom.

Az zal ze na poczatku tego roku panstwo Tveitan (czyli Ihsahn i jego zona Ihriel - wokalistka) rozwiazali ten projekt.
Bloody Sabbath
-#Invader
-#Invader
Posty: 186
Rejestracja: wt lis 18, 2003 4:41 pm
Skąd: B-Stok

Re: ! Recenzje !

Post autor: Bloody Sabbath »

Obrazek

Queensryche- Rage for Order


Kocham muzyke za takie sytacje. Gdy po raz pierwszy uslyszalem Rage for Order, bylem pod wielkim wplywem swietnego debiutu Queensryche- The Warning, spodziewalem sie wiec podobnego grania, szczegolnie ze omawiany krazek jest jego bezposrednia kontynuacja. To co muzycy zawarli na tym albumie calkowicie mnie zaskoczylo. I rozczarowalo. Jakies pokombinowane rytmy i elektronika, gdzie przebojowosc debiutu, gdzie heavy metalowy pazur? Dopiero niedawno dalem plycie druga szanse. I, jak pewnie co wnikliwszy czytelnik sie zorientowal, rozwalila mnie calkowicie.
To szczegolny album. Stanowi swoisty pomost laczacy wczesne, heavy metalowe oblicze grupy z pozniejszym, progresywnym. Do tego muzycy z Queensryche zdecydowali sie na odwazny i kontrowersyjny flirt z elektronika. Ciezko powiedziec czy im sie to oplacilo, bo wielu fanow odrzuca za to ten krazek, ja tez do nich poczatkowo nalezalem. Teraz jednak uwazam ze te elementy nadaja mu interesujacego brzmienia.
Najwiecej wplywow z debiutu mozemy dostrzec w, przebojowym i szybkim Surgical Strike. Slucha sie go bardzo przyjemnie, jednak na tle calego albumy wypada on przecietnie. Po prostu reszta utworow jest bardziej rozbudowana i urozmaicona, glownie za sprawa glownego kompozytora- Chrisa DeGarmo. Sporo nawiazan do pierwszego krazka jest tez w Walk in the Shadows. Chyba najwiekszy hit z tej plyty, rozpoznawalny przez wiekszosc fanow, rozpoczyna sie od stosunkowo mocnego uderzenia perkusyjno-gitarowego. Potem rozwija sie w chwytliwy utwor, ktory zostaje w pamieci na dlugo, za sprawa doskonalych linii melodycznych (nie mylic z melodyjkami ala Hammerfall). Zapowiedz pozniejszych, progresywnych dokonan grupy mozemy odnalezc w I Dream in Infrared. Podobnie jest z moim ulubionym The Whisper- kilmat tego kawalka jest budowany przedewszystkim przez rewelacyjengo wokaliste grupy Geoffa Tate. Partie wokalne doslownie miazdza, szczegolnie te nakladane w refrenie.
Spojrzmy na najbardziej zaskakujacy i kontrowersyjny kawalek- Gonna Get Close to You. On jest doslownie nafaszerowany elektronika, jest tam tego chyba wiecej niz gitar. Jak zwykle zwracaja uwage bardzo zroznicowane partie wokalne Tatea, ktory od spokojnych, wrecz mowionych liryk w refrenie, przechodzi do wysokich, melodyjnych. O tym ze wszystkie gorki wyciaga perfekcyjnie chyba wspominac nie musze. Calosc daje niesamowity, wampiryczny klimat (tak, tak wystarczy spojrzec na image grupy z tamtego okresu czy poczytac liryki- ktos byl wyraznie zafascynowany naszymi nocnymi przyjaciolmi ). Mam sentyment do tego kawalka- dlaczego? bo pocztkowo kompletnie mnie odrzucal i uwazalem go za tandetny. Od chwili gdy go docenilem wiedzialem, ze polubie caly krazek. To wszystko zawarte w tym utworze dziala na mnie doslownie jak narkotyk. Mimo ze na albumie znajduje sie duzo ciekawszych kompozycji, ta jest ostatnio przezemnie najczesciej sluchana. Skoro jestesmy przy wampirycznym klimacie po prostu musze wspomniec o London. Krotkie, klimatyczne intro sprawia ze sluchajac go przenosimy sie do deszczowej stolicy Wielkiej Brytanii, ponure dzwieki doskonale wprowadzaja w nastroj odpowiedni do historii opowiadaniej przez Tate`a. Gdy slysze refrenowe London, London dostaje dreszczy. Na koniec jeszcze slowko o balladach- na plycie znajduja sie dwie- piekna i spokojna I will remember i duzo ciekawsze, pod wzgledem kompozycyjnym, The Killing Words. Obie stoja na bardzo wysokim poziomie i obie pokazuja jak powinny brzmiec ballady. Ballady a nie poscielowki.
Jezeli lubicie niebanalny heavy metal lub progresywne dzwieki, dajcie szanse dla tego albumu. Jedna, dwie, dziesiec- ile trzeba. Jak wkoncu chwyci to poczujecie jego magie. I oczaruje was zupelnie.
Nie powinienem teraz pisac tej recenzji- jestem bowiem w okresie szczytowego zafascynowa tym krazkiem. Przezylem 'ponowne odkrycie`, slucham codziennie od jakiegos czasu, na spokojnie, nie robiac nic innego. Oddaje sie mu na wylacznosc, a on odplaca sie, ukazujac swoje piekno. Polecam kazdemu zapoznanie sie z ta plyta, jak i caloscia tworczosci niedocenianego w Polsce Queensryche.
Nie wystawie oceny. Bylbym teraz skrajnie nieobiektywny. Posluchajcie i ocencie sami.
Dani Filth
-#Long distance runner
-#Long distance runner
Posty: 863
Rejestracja: pn sie 28, 2006 7:34 pm

Re: ! Recenzje !

Post autor: Dani Filth »

Cradle Of Filth – Damnation And A Day.

Wytwórnia: Sony Music UK/ AbraCadaver
Data wydania: 10 marzec 2003
Studio: Parkgate Studios oraz New Rising Studios
Producent: Rob Caggiano
Długość: 01:16:53
Ukazała się jako: MC, CD, LP, Red LP
Skład zespołu:
Dani Davey - wokal
Paul Allender - gitara
Dave Pybus - bas
Martin Powell - keyboard
Adrian Erlandsson - perkusja
oraz
Sarah Jezebel Deva - kobiece wokalizy
Dan Presley - aranżacje orkiestrowe
gościnnie
Dave McEwen - kwestie mówione (narracja)
Chór Filmowy i Orkiestra Filmowa z Budapesztu pod batutą Lazslo Zadoriego


Kołyska się zakołysze, martwi wstaną z grobów, morza się zagotują a niebiosa upadną. Nadejdzie wówczas Potępienie I Jeden Dzień. Epicka opowieść składająca się z siedemnastu, mrożących krew w żyłach rozdziałów, które opanowują wszystkie zmysły i bezlitośnie rzucają w sam środek słodko gorzkiej opowieści o potępionych istotach, których jęki zwiastują nadejście ich – Żołnierzy Kołyski Zła!

Damnation And A Day, ujrzało światło dzienne dzięki wytwórni Sony, poraz pierwszy współpracującej z brytyjskim Cradle Of Filth. Załoga Daniego wykorzystała ogromny budżet zatrudniając do nagrania nowego albumu orkiestrę symfoniczną z Budapesztu, oraz profesjonalny chór. Połączenie ciężkości i agresji z subtelnością i gotyckim klimatem zaowocowało najlepszym albumem w karierze Kredek.

Zaczyna się jak zwykle nie pozornie. Słychać łkające dźwięki skrzypiec i fortepianu, oraz charakterystyczny anielski chór. Po chwili jednak następuje wiarygodna ,,Obietnica gorączki”. Właśnie ,,Promise Of Fever” jest najcięższą kompozycją Cradle Of Filth. Szaleńcza perkusja, obłędny taniec gitary i głos, który nokautuje wszystko co do tej pory wydobywało się z ludzkich (?) gardeł!

,,In the beginning
Rimmed with wind and storm
A great black wrath of infinite math
Spat snarling into form”


Ten słodki hymn trwa pięć minut i pięćdziesiąt sześć sekund. Przez te niespełna sześć minut siedzimy wbici w fotel. Tak, właśnie dopadło nas Potępienie i jeden dzień! Kolejny utwór przedstawia historię ,,Krzywdy i cnoty”. Zrazu pędząca, innym razem delikatna, płynąca melodia, daje niesamowity efekt. Do tego intrygujące szepty i obłędne wrzaski. Geniusz!

,,Distant vistas
Swathed in the haze
Of the reddening sunset
Fell to whispers
'Neath stars that marred descending skies”


Kolejne liryki opatulone w ciężkie brzmienia perkusji i symfoniczne zawirowania orkiestry następują, bez chwili wytchnienia. Trashowy ,,Wróg przywiódł nawałnice”, jest po chwili ,,Potępiony w każdym języku”, by następnie dowiedzieć się, że ,,Lepiej rządzić w piekle” i poznać historię Adama i Ewy w poetyckim eposie ,,Wężowy Język”.


,,So adept was unspoken Man
At dusting ledgers of the seraphim
That Lilith swept across the broken land
In a whirl of lust to pleasure him
This bland Adam, a reaper of the sun
In bone dry season, for Eve was busy sucking thumbs”



Kolejne dziesięć popisów ,,Wampirów z Sufflok” to kolejne perły tego wydawnictwa. Zbudowany wokół gitary ,,Carrion” (,,Padlina”), instrumentalny majstersztyk ,,The Mordant Liquor of Tears” (,,Palący trunek z łez”), gotycki ,,Present From The Poison Hearted” (,,Dary od tych o zatrutych sercach”), duszny ,,Doberman Parach” (,,Faraon Doberman”), czy elektro-metalowy singiel ,,Babalon A.D. So Glad For The Madness” (,,Tak cieszący się, na nadejście szaleństwa”) to utwory, które można słuchać bez przerwy, głównie dzięki niesamowitemu zróżnicowaniu dźwięków (Po mimo ilości utworów muzycy mają sto pomysłów na minutę!) i genialnej produkcji. Następne pięć kompozycji, to utwory piękne i majestatyczne, oraz wyjątkowo dopracowane, pod względem szczegółów. Tajemniczy ,,A Scarlet Witch Lit the Season” (,,Nierządna Wiedźma Rozświetliła Porę’’), szybki i w pewnym sensie przebojowy ,,Mannequin”, cudowna ballada ,,Thank God for the Suffering” (,,Dzięki Bogu Za Cierpienie”), osiągający szczyty ciężkości ,, The Smoke of Her Burning'' (,,Dym Jej Spłonięcia”), oraz pożegnalny opus magnum ,,End Of Daze” (,,Koniec Otępienia”).

,,Damnation and a day has passed
This divine right to genocide
Weld the gates to heaven shut
The abyss leers in hissing ruts
Unhilt the black grimoire of death
Inscribe all names that God has left
I lived the drams of nymphs and men
But now the nightmares come again
Now the nightmares come again...”


,,Damnation And A Day” to obok takich albumów jak ,,Chemical Wedding” Bruce’a Dickinson’a i ,,Brave New World” Iron Maiden najlepszy krążek (Heavy) metalowy wszechczasów!! Wracam do niego, bardzo często i z każdym przesłuchaniem zyskuje coraz więcej, odsłaniając kolejne sekrety mrocznego świata ,,Cradle Of Filth”. Arcydzieło!

10/10
Ostatnio zmieniony sob lut 24, 2007 7:19 pm przez Dani Filth, łącznie zmieniany 3 razy.
Nemesis...as one we stand!!
Awatar użytkownika
syzygy
-#Nomad
-#Nomad
Posty: 5049
Rejestracja: śr lip 13, 2005 9:56 pm

Re: ! Recenzje !

Post autor: syzygy »

Obrazek

Marilyn Manson- Golden Age Of Grotesque

W trzy lata po wydaniu genialnego Holy Wood, Manson wypuszcza wreszcie swój kolejny album zatytułowany „Golden Age Of Groesque” Trzeba sobie powiedzieć jasno na wstępie- w porównaniu do poprzednika GAOG wypada dość blado.

Album udaje koncept- właśnie udaje, bo nijak nie można znaleźć tu tej spójności, która sprawiła, że Holy Wood od początku do końca słucha się z zapartym tchem. Tematyką jest kabaret lat 30. Właściwie możemy zaleźć 4 utwory, które założenia konceptu wypełniają- intro, kawałek tytułowy, zaledwie niespełna 2 minutowy instrumentalny przerywnik Obsequey, oraz wstęp do „Vodevil”. Od razu nasuwa się pytanie- po ta cała maskarada? Reszta kawałków ma niewiele wspólnego z ogólnym założeniem, więc, po co się bawić w sztuczne dorabianie jakiejś głębszej idei, skoro jej nie ma?

Pal sęk zresztą „konceptowość” albumu, ważne, żeby znajdowała się na nim dobra muzyka. Na płycie znajdziemy jak zwykle sporo utworów (na ostatnich płytach norma u Mansona), tym razem mamy ich 16, co składa się na trochę ponad godzinę grania. Jednak tym razem nie mogę się pozbyć wrażenia, że Marilyn poszedł na ilość, nie jakość- dotychczas obydwie rzeczy szły w parze.

Większość kawałków jest typowymi hiciorami, o niestety krótkiej żywotności. Pamiętam, jak po pierwszym przesłuchaniu byłem pełen podziwu dla płyty, gotów przyznać, że to jedno z najlepszych wydawnictw MM. Jednak płyta po paru(nastu) przesłuchaniach zaczyna mocno tracić. Weźmy pierwsze z brzegu „This Is The New Shit” -aż bije od niego schemat. Utwór wydaje się być złożony z dwóch modułów (bo zwrotki to to nie są- nawet tekst się nie zmienia....), które w kółko się powtarzają, jedyną odskocznią jest małe urozmaicenie w środku. A szkoda, bo kawałek ma według mnie wielki potencjał, tym razem jednak zabity.... choć i tak go lubię :P Niestety większość kawałków jest zbudowana w podobny sposób. Z paroma wyjątkami, zaczyna to po jakimś czasie męczyć słuchacza i żałujemy, że płyta nie została okrojona do, powiedzmy, 12 kawałków- wtedy zapewne łatwiej byłoby się po raz kolejny się przez nie przebić, być może wtedy album robiłby lepsze wrażenie.

Płyta jest łatwa w odbiorze, co samo w sobie nie byłoby oczywiście niczym złym, gdyby nie to, że szybko się przejada. W dodatku wydanie takiego albumu, jest trochę do Mansona nie podobne- po takim ciężkim w odbiorze„Antichrist Superstar” wydaje się być zwrotem o 180 stopni. Nie można się oprzeć wrażeniu, że MM skierował o wydawnictwo w stronę szerszej publiczności, najbardziej komercyjny album artysty. Nie ma jakiegoś ogólnego pomysłu na płytę, ot, kilkanaście luźnych, łatwych, chwytliwych piosenek. Brak jakiegoś refleksyjnego kawałka, głębi, magii, klimatu.

Nie oznacza to, że na płycie nie znajdziemy kompletnie nic ciekawego. Na wyróżnienie zasługuje, moim zdaniem, szczególnie kawałek „Ka-boom Ka-boom”. W sumie nic specjalnego, ale wpada w ucho i tak łatwo nie daje o sobie zapomnieć. Do moich ulubionych utworów należą także tytułowy GAOG z zakręconym bardziej niż zwykle wokalem, „Use Your Fist Not Your Mouth”, „mObscene”, czy kolejny cover artysty- „Tained Love”.

Płytę ratuje wokal Mansona, jak zwykle świetnie wykorzystuje swoją niepowtarzalną barwę głosu, sprytnie balansuje pomiędzy opętańczymi wrzaskami, szeptem a charakterystycznym dla niego zadziornym, dumnym wokalem.

GOAG nie jest płytą złą, puszczona od czasu do czasu naprawdę może się podobać, jednakże nie ma tu mowy o maniakalnym zasłuchiwaniu się bez cienia znudzenia, co można było robić z poprzednim trzema albumami Marilyna (choć antychryst nie przemawia do mnie w pełni). Na pewno nie można mówić o wpadce Mansona, o lekkiej niemocy twórczej- jak najbardziej.
Miejmy nadzieję, że to tylko chwilowe i zbliżający się wielkimi krokami kolejny album studyjny Mansona, na który każe nam już czekać aż 4 lata, w pełni zrekompensuje to lekkie rozczarowanie.

7/10
miki
-#Clansman
-#Clansman
Posty: 4867
Rejestracja: sob paź 04, 2003 1:41 pm
Skąd: katowice

Re: ! Recenzje !

Post autor: miki »

Obrazek

Frontside lubię cholernie, czołówka moich ulubionych kapel. Na nowy album więc czekałem niecierpliwie i liczyłem na coś bardzo dobre, co mnie nie zawiedzie. Osobiście podobała mi się droga jaką wybrał zespół, zarówno dokonania z Astkiem jak późnejsza zmiana ściśle związana z zatrudnieniem Aumana na wokalu, co wiązało się wprowadzeniem nowych elementów do tej muzyki. "Zmierzch Bogów" już był dla mnie świetnym albumem, po czasie od wydania ani troche mi się nie znudził i zjadał i tak wszystkie wynalazki, które wychodziły już po jego premierze, a było tego sporo, bo moda na takie granie poszła tak daleko, ze już powoli nie mogłem patrzeć na to.

Nowy album kupiłem sobie zaraz w dniu premiery i już na półce robił wrażnie, świetna okładka i ładne wydanie, do tego w dwóch różnych wersjach, do wyboru. Nie chciałem tego wcześniej słuchać z mp3, bo za bardzo zależało mi na tym albumie. Nie chciałem w żaden, nawet najmniejszy sposób sobie burzyć obrazu czegokolwiek na tej płycie.

Intro bardzo dobre, przechodzi od razu w pierwszy numer. Buduje nastrój i bardzo zachęca do wejścia dalej w ten album. Jest oczywiście zachowana tematyka i styl - mniej lub bardziej lubianych - tekstów Frontside. Biblijne "z prochu powstałeś i w proch się obrócisz" jak najbardziej pasuje do tego zespołu i się świetnie komponuje, już mi się podoba. Po intro/utworze, który jest trochę jakby zapowiedzią tej płyty zaczynamy konkrety. Już na początku płyty juest numer, po którym miałem ochotę nie słuchać dalej wręcz tylko cofnąć i jeszcze raz - "Martwe Serca". Jest to o co chodziło, melodia, szybkośc, energia. Refren wpada w ucho bez problemów, chce się aż pośpiewać z Aumanem, jednak nie ma czasu bo już dostajemy kolejny numer "Nie ma Chwały bez Cierpienia", od razu więc można też stwierdzić, ze jest bardzo mocno na tej płycie. Miazga numer z głebokim growlem momentami, co jeszcze potęguje ciężar całości, ładny wyniosły refren, an co się tutaj na pewno czeka. Jest klasycznie i na bardzo wysokim poziomie. Nastepna kompozycja jednak - "Mały Sekret" - już pokazuje jednak, że nie chodzi tutaj o to, ze ma być ten album kopią "Zmierzchu Bogów". Inny Frontside. Ciekawy już wstępy jeszcze bardziej intryguje, kiedy dochodzi dziwnie intonowana wypowiedz Aumana, po której następuje wręcz heavy-metal, który można znaleźć w tym numerze. To jednak nie koniec niespodzianek. Na albumie pojawiają się dwie swoiste ballady z czego jedna - "Nieodwracalny" to już zupełnie nowa bajka jak chodzi o ten zespół, zaaranżowana na akustyczne gitary. Druga z ballad, a w kolejnosci na albumie pierwsza to "Wybraniec", który może kojarzyć się t akimi polskimi hitami, ja jednak to kupuje, widać, że mają chłopaki jaja, zeby zrobić coś takiego, zresztą mam też wrażenie, że autog kompozycji, czyli Demon miał już ochotę na taki zabieg na poprzednim albumie, jednak dopiero teraz zespół zyskał na tyle pewności siebie i dojrzał, zeby grać bez jakichkolwiek kompromisów. Widać to na tej płycie, własnie to, ze zespół idzie swoją ścieżką, ten album cięzko do czegokolwiek obecnego na rynku porównać, nawet do poprzedniego ich albumu. Oczywiście, nadal czuć, że jest tam Frontside, jednak mocno pokombinowany. Nie brakuje jednak totalnych walców jak "Droga Kzyżowa", "Pod Ciężarem Milczenia", czy "Manifest Wolności". Hitowo też jest, jak to w wypadku Frontside być musi - refreny wspomnianego "Martwe Serca", czy "Wspomnienia jak Relikwie" same się nucą już po pierwszym przesłuchaniu. Slayerowe zakończenie w postaci "Dotyku Przemienienia" już wogóle grzebie zwłoki jakie zostają po tej płycie, bo naprawdę jest moc, którą w dużym stopniu nadaje porkusja, która chyba najlepiej wypada w "Piekło Czeka". Natomiast maksiumum szybkości widzimy w bardzo ciekawym "Santa Sangre", który też najbardziej zwraca uwagę jak chodzi o wokal.

Brzmienie płyty jest na poziomie światowym, słychać wyraźnie każdy instrument, a przy tym jednocześnie świetnie wszystko się uzupełnia. Bardzo podoba mi się perkusja, naprawdę cikawe zabiegi znajdujemy na "Absolutus". Riffy są jak trzeba, w ich stylu, ale nie wtórne, interesujące i chwytliwe, niepozbawione jednak też ciężaru i charakteru. Nie można tutaj za bardzo narzekać, bo od strony technicznej wszystko bardzo dobrze się prezentuje.

Słychać wpływy jak już wspomniałem Slayera, oczywisćie też widać modę na Killswitch Engage, czy też Trivium, jednak Frontside zachodnie gwiazdy zostawia za sobą. Sam Auman, chyba nie mógłby też nie przyznać się do wzorowania na Panterze w kwestii wokalnej - mam na myśli tu "Dotyk Przemienienia".

Ogólnie album mnie zachwyca, jest wszystko ci miało być, i przeboje, i cięzar i świetne riffy, melodyjne a nawet orientalne wokale ("Santa Sangre"), świetna sekcja rytmiczna - bardzo dobra perkusja i na wysokim poziomie bas. Do tego zespół pokazał charakter, poeksperymentował i pokombinował, nie stoją w miejscu, jednym się to sposodoba innym nie, ale za samo to zespołowi nalezy się szacunek. Mamy światowca pełną gębą w kraju - FRONTSIDE.
Awatar użytkownika
paniron
-#Moonchild
-#Moonchild
Posty: 1967
Rejestracja: śr sty 25, 2006 7:00 pm
Skąd: Elm Street 1428

Re: ! Recenzje !

Post autor: paniron »

Obrazek

Nevermore - Dreaming Neon Black

Wieczór, wracam z uczelni po średnio zabawnych zajeciach. Przekrecam zamek w drzwiach,
wchodzę do domu. Dalej do swojego pokoju idę po ciemku, orientując sie dzieki dotykowi i niezawodnej pamieci,
wcześniej jednak rzucam kurtkę i plecak gdzieś wprzedpokoju.Delektując sie spokojem, wyczekiwanym od
conajmniej kilku godzin siadam w fotelu. Biorę kilka głębszych oddechów, chwytam pilota.PLAY.
Niespełna-minutowe schizowe intro dokładnie obrazuje stan mojego umysłu po dzisiejszym dniu. Gdy słyszę
pierwsze dźwieki "Beyond Within" powoli wyłaniają sie krztałty pomieszczenia, a oczy zaczynają przyzwyczajać
sie do ciemności. W połowie utworu wreszcie chwila wytchnienia, ale nie na długo. Szalone dźwieki wnikają
we mnie niczym woda w suchą gąbkę. Kiedyś myślałem, że ta płyta jest nieco łatwiejsza niż poprzedniczka,
jednak teraz wiem że "Politics Of Ecstacy" pomimo miażdżącego brzmienia nie ma takiej ciężkości jak
"Dreaming Neon Black".
Dziś wyjatkowo łatwo wchodzą mi kolejne kawałki i pojawia sie iskierka nadzieji, że może w końcu
zdołam przebrnąć przez całą płyte za jednym podejściem. Ta sztuka nie udała mi sie jeszcze ani razu,
choć poszczególne utwory znam dosyć dobrze. Tymczasem usmiech pojawił się na mojej twarzy,
kiedy w końcu usłyszałem utwór tytułowy. Delikatne gitary i łagodny śpiew Warrel'a powoduja, że prawie zasypiam ...

"Your breath on my neck,
you're still with mee. And I'm still dreaming..."

Rozklejam się do tego stopnia, że teraz liczą sie tylko jeszcze trzy kawałki, utrzymane w podobnej
stonowanej atmosferze:"The Lotus Eaters", "Cenotaph" i "Forever", reszty z tego albumu już nie jestem
w stanie unieśc. No cóż, może następnym razem sie uda...Widocznie do tej płyty trzeba mieć wyjatkowo
paskudny nastrój, albo charakter. Dziwny album, długo trzeba sie do niego przekonywać. A gdy już zacząłem
się z nim oswajać okazało się, że gówno wiem. Jest tutaj niesamowity, troche depresyjny klimat,
głównie za sprawą Warrel'a, który tak wydobywa dźwięki, że emocje wzrastają o kilka poziomów.

Warrel Dane: "...Klimat tego albumu egzystuje gdzieś na granicy jawy i snu.
To tak, jakbyś budząc się w nocy z jakiegoś koszmaru jeszcze przez chwilę nie zdawał
sobie sprawy czy te okropności nadal Cię dotyczą. Taka miała być nasza muzyka,
pełna niedomówień, wręcz nierealna. Jeżeli odnosisz takie wrażenie słuchając '
Dreaming Neon Black', jeżeli przeszywa Cię jej chłód, to bardzo dobrze."


Z resztą Dane to wyjatkowe zjawisko, jest na pewno jednym z najlepszych wokalistów
metalowychi ma tak niepowtarzalną barwe głosu, że wątpie aby kiedykolwiek jakaś inna kapela
zbliżyłaby się na tyle żeby mogła być porównywana z NM. Ten album może być tego przykadem,
tymbardziej, że jest chyba najbardziej ambitnym dziełem panów z Seattle. Wracając jeszcze do Warrel'a
to zalety jego śpiewu najlepiej chyba prezentuje wspomniany już"Forever", który zamyka całą płytę. Utwory
na tym wydawnictwie są albo wściekle dzikie i na maksa dziwne, lub łagodne z niemal gotyckim zacieciem.

Podobno materiał na tę płytę inspirowany był dawną przyjaciółką Warrel'a, która trafiła do
jakiejś sekty, a tam odeszła od zmysłów i utopiła się skacząc z mostu do rzeki.
Takie właśnie obrazy znajdują sie na okładce: zamglona postać kobiety, most, woda...

"Awake.....where are you my love?
She lies unknown"

Ciekawa sprawa wiąże się również z brzmieniem tego krążka. Jest jakby bardziej płaskie niż
wcześniejsze ( i późniejsze ) produkcje, bardziej zimne podobnie z resztą jak sama muzyka i teksty.
Ogólnie ciężko przebrnąć przez tę płyte, momentami jak jej słucham czuje się jakbym pracował w kamieniołomach.
Jest jednak jakaś magia, która nie pozwala być obojetnym. Coś w tym albumie przyciąga i powoduje,
że jest to najczęsciej katowana przeze mnie płyta NM.

"You are forever in my heart you never died
You are forever I still wonder where you are
I know you're dreaming neon black "
Wrath
-#Lord of the flies
-#Lord of the flies
Posty: 3569
Rejestracja: pt wrz 09, 2005 4:57 pm
Skąd: Kraków

Re: ! Recenzje !

Post autor: Wrath »

Obrazek
Megadeth - Youthanasia

Youthanasia została wydana w 1994 roku i jest szóstym studyjnym albumem Amerykanów. Różni się znacznie od wcześniejszych dokonań Megadeth, początkowo zespół grał czysty thrash i to thrash na bardzo wysokim poziomie (wystarczy posłuchać Peace Sells…czy Rust In Peace), później jednak grupa poszła bardziej w stronę melodyjnego heavy. Już Countdown to Extincion zapowiada zmiany, krążek ten stanowi jakby pomost pomiędzy thrashem a heavy w muzyce Dave’a i spółki. Być może nie wszyscy fani zaakceptowali ten krok, ale szczerze mówiąc mi osobiście bardziej podobają się właśnie takie klimaty. Youthanasia jest zdecydowanie lżejsza, bardziej melodyjna, dość łatwo przystępna dla przeciętnego słuchacza. Płyta praktycznie nie ma słabych momentów, wszystkie kawałki są mniej więcej na takim samym, wysokim poziomie. To sprawia, że albumu słucha się bardzo przyjemnie od początku do końca, bez potrzeby opuszczania czegokolwiek. Już pierwszy utwór daje do zrozumienia, że mamy do czynienia ze świetnym krążkiem, Reckoning Day urzeka niemal natychmiast interesującym riffem, a potem jest już tylko lepiej. Jeśli musiałbym wymienić najlepsze kawałki to polecam przede wszystkim Train of Consequences, A Tout Le Monde (z refrenem częściowo po francusku), Family Tree i I Though I Knew It All. To zdecydowanie moje ulubione kawałki, choć jak już pisałem, tu w zasadzie wszystko zwala z nóg. Warto napisać coś więcej o kawałku Victory. Dave śpiewa w nim o wyjściu z nałogu (co nastąpiło na krótko przed nagraniem płyty), polecam zwrócić uwagę na ciekawy tekst, składa się on bowiem w dużej mierze z tytułów wcześniejszych kawałków Megaśmierci. Naprawdę ciekawe rozwiązanie, nic tylko pogratulować pomysłu.
Na uwagę zasługują również świetne sola Marty’ego Friedmana, o charakterystycznym wokalu Mustaine’a nie wspominając. W ogóle każdy z członków zespołu odgrywa tu bardzo ważną rolę. Wszystko idealnie ze sobą współgra, co w połączeniu ze świetnym brzmieniem remastera daje piorunujący efekt, sytuujący album w czołówce moich ulubionych krążków Megadeth (zaraz koło Rust…i Countdown…). Na pewno duży wpływ na to ma również fakt, że płyta ta jest pierwszą, którą poznałem dokładnie, w 100%.. Zacząłem co prawda od starszych nagrań, ale uznałem, że to nie dla mnie. Dopiero po usłyszeniu Youthanasii dotarło do mnie, że to genialny zespół, którego wstyd nie znać. Dzięki temu albumowi zapoznałem się z resztą dyskografii Megadeth, który do dziś pozostaje jednym z moich ulubionych zespołów.
Na końcu wspomnę jeszcze o tym, o czym w zasadzie powinno mówić się na początku – o okładce. W kilku krajach ze względu na jej treść, zakazano sprzedaży płyty. Przedstawia ona bowiem kobietę wieszającą dzieci na sznurku od bielizny. Moim zdaniem jest to najlepsza okładka Amerykanów i jedna z moich ulubionych w ogóle. Stanowi idealne uzupełnienie muzyki zawartej na krążku. Nic dodać nic ująć.

Oceny wystawiać nie będę bo sentyment jakim darzę tę płytę jest na tyle duży, że mogłaby ona być zbytnio zawyżona ;B Polecam za to klipy promujące album:
A Tout Le Monde
Train of Consequences
Reckoning Day
obserwator
-#Long distance runner
-#Long distance runner
Posty: 895
Rejestracja: wt lut 28, 2006 11:35 pm
Skąd: jelenia góra

Re: ! Recenzje !

Post autor: obserwator »

Obrazek
Chciałbym dziś poświęcić trochę uwagi albumowi Megadeth „Risk”.
Płyta powstała w 1999 roku. Album bardzo kontrowersyjny w karierze ‘Deth ze względu na to, iż zespół niemalże całkowicie odciął się tutaj od heavy metalu. Nastąpiła też w grupie zmiana perkusisty, Nicka Menze zastąpił Jimmy DeGrasso, który jednak, moim zdaniem, nie mógł się zbytnio wykazać na tym albumie, gdyż partie perkusji są tu bardzo uproszczone, jak podejrzewam, ze względu na „potrzeby tej płyty”.
Po wydaniu poprzedniego albumu „Cryptic Writings”, Lars Ulrich przekazał Mustainemu, poprzez wypowiedź w prasie, że ten jest utalentowany, ale powinien bardziej ryzykować jeśli chodzi o muzykę. Dave przyjął wypowiedź Larsa jako dobrą radę, stąd m. in. tytuł albumu-„Risk”, czyli ryzyko.
Mustaine i reszta kapeli wyraźnie podniecili się sukcesem jaki odniósł „Cryptic Writings” i postanowili, że posuną się krok dalej, ale czy nie posunęli się za daleko?
Cóż, jest to sprawa dosyć „trudna”, bo pod względem kategorii rockowych ten album jest naprawdę świetny, ale pod względem heavy metalowym, a takim zespołem jest przecież Megadeth-jest mierny.
Ja osobiście skupie się na ocenie albumu pod względem rockowym.
Już na samym początku albumu (Insomnia) zostajemy zaskoczeni przez pojawiające się w muzyce sample, przy czym całość wypada świetnie. Otwierająca płytę „Insomnia”, o której tu mowa, to na pewno jeden ze smaczków tego albumu-trochę psychodeliczny ze świetnym, wpadającym w ucho refrenem. Dziwi mnie trochę fakt, że zespół wykonał ten utwór podczas trasy zaledwie kilka razy. Kolejny utwór (Prince Of Darkness) rozpoczyna
się półtora minutowym, mrocznym intrem. Osobiście uważam, że to najlepszy utwór na płycie i jeden z najlepszych jakie nagrało Megadeth kiedykolwiek. Mroczny i ciężki, choć tej ciężkości nie można odczuć w taki sposób jak np. na „Rust In Peace”, gdyż nie pozwala na to brzmienie albumu, które jest dosyć „płaskie”, ale takie na pewno było założenie-płyta miała się po prostu sprzedać jeszcze lepiej niż „Cryptic Writings” a Megadeth miał pozyskać nową rzeszę fanów, oczywiście stało się całkowicie odwrotnie, ale nie czas i miejsce na to. Po „Księciu Ciemności” usłyszymy krótkie intro („Enter the Arena”) do kawałka wybranego na singiel („Crush’ em”), w którym to publika powtarza za Rudym refren do „Crush’ em”. Numer singlowy jest całkiem przyjemny, ale nie ma porównania do dwóch pierwszych utworów, taki typowy przeciętniak z bębnami w stylu disco, ale może się podobać, ja osobiście słucham go bardzo często. Kolejny utwór to „Breadline”-dobra, solidna, melodyjna, rockowa kompozycja, w zasadzie to samo mogę napisać o kolejnych dwóch utworach „The Doctor Is Halling” i „I’ll Be There”, choć ten drugi (I’ll Be There)na pewno wyróżnia się z tych trzech wymienionych, jak dla mnie jeden z faworytów na płycie. Jest to bardzo osobisty kawałek Dave’a. Mustaine świetnie wypada wokalnie w tym utworze, zresztą na całej płycie śpiewa o wiele lepiej niż na dotychczasowych. Uważa się, że „Risk” to wyżyny wokalne Dave’ a. Po świetnym „I’ll Be There” czas na kolejną przyjemną dawkę rocka z chwytliwym refrenem, w postaci „Wonderlust”. Niestety kolejne dwa utwory („Ecstasy” i „Seven”)to nic więcej jak przeciętne wypełniacze, które zawsze omijam słuchając „Risk”. Na szczęście końcówka płyty rekompensuje nam te słabsze momenty albumu. Najpierw, wspaniała akustyczna balladka „Time: The Beginning” a na koniec heavy metalowy „Time: The End”.
Na „Risk” nie uświadczymy ciężkiej muzyki, typowych, charakteryzujących Megadeth solówek, „tłustych bębnów” z podwójną stopą, lecz przyjemnego, solidnego, melodyjnego rocka.
Jeśli ktoś chce sobie zrobić odskocznie od cięższej muzy, „Risk” będzie jak znalazł.

Pod względem rockowym płytę oceniam na 8/10, natomiast biorąc pod uwagę to, że Megadeth to w końcu zespół heavy metalowy a nie rockowy, album oceniam na 4/10.
mtszły
Awatar użytkownika
vyrus
-#Lord of the flies
-#Lord of the flies
Posty: 3256
Rejestracja: śr gru 20, 2006 4:08 pm
Skąd: Bydgoszcz

Re: ! Recenzje !

Post autor: vyrus »

Obrazek

BEHEMOTH - DEMIGOD

Behemoth to zespół bardzo szczególny, ponieważ jako jeden z nielicznych w naszym kraju wybił się ponad pewną granicę i jak widać nie zamierza na tym poprzestawać. Według wielu ich najlepszą płytą jest jak narazie najnowsze dzieło - DEMIGOD. Nic dziwnego gdyż Behemoth z płyty na płytę jest coraz mocniejszy. Do rzeczy. Pierwsze co widzimy to okładka, która przesiąknięta jest symboliką. Okładka świetna i kopie po oczach jak płyta po uszach :D . Pierwszy utwór to rozpoczyna się akustycznym intro
i jest moim zdaniem jednym z lepszych podobnie jak kilka innych. Utwór wręcz wspaniały podobnie jak kolejny, tytułowy - Demigod - w którym na zakończenie Ner serwuje nam przepyszne solo. Dalej słuchamy Conquer All - kawałek bardzo dobry ale wydaje mi się nieco odstawać od dwóch pierwszych. Kolejna świetna solówka - chyba jedna z lepszych w historii Behemotha. The Nephilim Rising - przez wielu nie doceniany - to mój ulubiony kawałek. Na zakończenie wspaniały smaczek w postaci akustycznego zakończenia co nadaje temu kawałkowi szczególną oprawę.
Towards Babylon, Before Aeons Came oraz Myterium Coniunctionis to również wspaniałe kawałki ale nic o nich nie napiszę - to trzeba poprostu przesłuchać. Xul i Slaves Shall Serve to już kompletne killery. Solo z Xul na wysokim poziomie. Slaves Shall Serve - utwór, który zwraca na siebie szczególną uwagę. Jeden z lepszych. Ostatni kawałek jest nieco dłuższy czasem wolniejszy i jakoś nie za bardzo mi pasuje do tej płyty. Na płycie znów wspaniale zagrał Inferno.

Wydaje się, że na tej płycie wszystko jest idealne i chyba tak jest. No może wszystko nie - zawsze się coś znajdzie - ale płyta jest zdecydowanie najlepszą w dorobku Behemotha.

Ocena:
10/10
Przysługa, jaką pieniądz daje społeczeństwu, jest niezależna od jego ilości.
Awatar użytkownika
Tomek(JMM)
-#Clairvoyant
-#Clairvoyant
Posty: 1428
Rejestracja: pt paź 22, 2004 8:47 pm
Skąd: Łódź

Re: ! Recenzje !

Post autor: Tomek(JMM) »

Marillion- "Afraid of Sunlight"


W roku 1994 zespół wydał prawdziwe arcydzieło jakim był album "Brave". Po wielotygodniowej pracy zespółuroczył nas przepiękną suitą, concept-albumem który bił na głowę wszelkie wcześniejsze dokonania zespołu. Można się było spodziewać, że kolejny album nieco spuści z tonu, zwłaszcza, że muzycy wraz z producentem Davidem Meeganem bardzo szybko wzięli się do pracy, zaraz po zakończeniu światowej trasy koncertowej, na której zespół po raz trzeci gościł w naszym kraju. I w taki sposób w roku 1995 trafił do sprzedaży album zatytułowany "Afraid of Sunlight". Ozdobiony dość intrygującą okładką, fotomontażem przypominającym nieco ten z "Cross Purposes" Black Sabbath (pewnie nikt inny nie dałby takiego porównania, ale to zupełnie inny temat), która choć kontrowersyjna prezentowała się o wiele okazalej niż choćby obrazy Marka Wilkinsona zdobiące pierwsze cztery albumy formacji. Natomiast jak wyglądała sprawa z zawartością. Po włożeniu kasety do odtwarzacza (pamięta ktoś jeszcze ten rodzaj nośnika, czy w czasach wszechobecnych mp3, ktoś jeszcze pamięta zasłużone, stare dobre kasetki?) płyną leniwe dźwięki spikera zapowiadającego walke bokserską, słyszymy również głos Johna Lennona, i po chwili rusza riff pierwszego utworu- "Gazpacho". Fani przywiązani do brzmienia z lat 80-tych mogą się poważnie rozczarować, gdyż zespół bardzo daleko odszedł od tamtego brzmienia. Otwieracz prezentuje się bardzo ekletycznie, z średnim tempem, gdyż najważniejszy w tym utworze jest tekst. Nie chcę w tej recenzji zdradzać fabuły, łaczącej wszystkie utwory z albumu, więc jeżeli ktoś chciałby się dowiedzieć o czym tym razem postanowił nam opowiedzieć Steve hogarth- zapraszam do posłuchania. Zamiast gitarowo-klawiszowego szaleństwa mamy tutaj oszczędne, i przede wszystkim piękne dźwięki, z genialnym zwolnieniem w środku, w którym Steve Hogarth prezentuję mistrzostwo w operowaniu nastrojami. Po odsłuchaniu całego utworu, zespół zaskakuje jeszcze bardziej harmonią wokalną kojarzącą się jednoznacznie z zespołem Beach Boys, ale to tylko wprowadzenie do szybkiego "Cannibal Surf Babe", w którym widać, że to juz jest inny rock. Niby brzmienie dalej agresywne, ale dużo bardziej harmonijne niż kiedyś. To już nie jest zespół który nagrywał "Incommunicado" czy "Hooks In You". Nie ma tutaj także tej zadziorności i surowości którą słychać była na poprzednim albumie w takich utworach jak "Living With The Big Lie"... Tutaj zespół stawia na melodie, o czym możemy się przekonać w kolejnym utworze zatytułowanym po prostu "Beutiful". Czy ktoś zakrzyknie komercja? Żadne Dream Theater czy inne Pain of Salvation nigdy nie napisze takiego utowru, nie nagra takich harmonii, nie będzie tak przejmująco autentyczne. A takiego połączenia ekspresji wokalnej, z nośnością może pozazrościć Hogarthowi niejeden wokalista... Po czym akcja gwałtownie zwalnia, przyjmując refleksyjny nastrój... w kompozycji "Afraid of Sunrise" znajdujemy się ciemnym wieczorem na pustej drodze w oczekiwaniu... Na co? Na to trzeba jeszcze poczekać, bo trzeba zmienić stronę. Ażeby znaleźć się zupełnie poza światem. Niezwykle oniryczny i powolny wstęp, prowadzi nas w otchlań pełną ciemności, aż do czasu gdy z oddali rozbłysnie solówka Steve'a Rothery'ego, który już nie szasta swymi zagrywkami jak kiedyś, mimo, żke ot gitarzysta takiej klasy, że w każdej kompzycji mógłby zagrać długie solo na miare "Easter"...

"So we live you and I
Either side on the edge
And we run and we scream
With the dilated stare if obsession and
dreaming..."

O tym co się dzieje dalej, można skwitoawać tylko- nie z tego świata... Prowadząc samochód ciemna drogą, wzdłuż plaży, w oddali widząc wschód słońca, który nie przyniesie nic dobrego... Tak się zaczyna utwór tytułowy, najmocniejsza część albumu prowadzona przez ekstatyczne klawiszowe dźwięki Marka Kelly'ego, i niesamowitego Rothery'ego... Utwór ten to moja ścisła czołówka wszystkiego co wyszło spod rąk panów z Aylesbury, posłuchajcie tylko tych niesamowitych przejść pomiędzy zwrotkami a refrenem, czy też wreszcie samego refrenu... Po takiej dawce emocji trudno się podnieść, i dlatego następny utwór "Beyond You" zaczyna się spokojnie, dopiero czekając na równie emocjonalny refren, nabijany przez Iana Mosleya słynnymi wśród fanów ambitnego rocka tubullar bells, dzwonów rurowych. Ale to jeszcze nie jest wielki finał. Ten dopiero nadejdzie, gdy do potężnym dźwięku wszystkich instrumentów nadejdzie cisza... Tak się zaczyna "King". Prawdziwy grande finale. Ta kilkuczęściowa kompozycja prowadzi nas od nastroju do nastroju, od krzyku i wściekłych gitar, do spokojnego szeptu... Płyta niesamowita... Wydając ten album muzycy wiedzieli, że coś się już skończyło, i trzeba rozpocząć kolejny etap w twórczości... Dlatego na kolejnych albumach poszli już w innym kierunku, bardziej ekperymentalnym, poszli szukać nowych ścieżek. Można by pomyśleć, że już nigdy nie nagrają czegoś na miare "Afraid of Sunlight", czegoś równie niesamowitego, inspirującego, ale mimo wszystko niedocenianego. Ale chociaż zajęło im to dziewięć długich lat, i cztery albumy które jeszcze bardziej podzieliły fanów, to jednak wydany trzy lata temu "Marbles" miał się również okazać skończonym arcydziełem... Jak będzie z kolejnym albumem, którego premiera jest wyznaczona na początek kwietnia? Wkrótce się przekonamy...
DeaDe
-#Ancient mariner
-#Ancient mariner
Posty: 738
Rejestracja: wt paź 12, 2004 6:06 pm

Re: ! Recenzje !

Post autor: DeaDe »

Do usunięcia post.
Ostatnio zmieniony ndz paź 28, 2007 7:20 pm przez DeaDe, łącznie zmieniany 1 raz.
DeaDe
-#Ancient mariner
-#Ancient mariner
Posty: 738
Rejestracja: wt paź 12, 2004 6:06 pm

Therion

Post autor: DeaDe »

Therion - Gothic Kabbalah

Jestem już po koncercie Theriona. Bardzo często jest tak, że po występie na żywo, jeszcze bardziej docenia się dane utwory albo po prostu nagle się do nich przekonuje. W moim przypadku wypada opcja numer jeden. Po usłyszeniu i zobaczeniu "Gothic Kabbalah" w krakowskim Klubie Studio, moja ocena tego krążka wzrasta z 11/10 do 12/10. A zatem... wyłączam monitor, włączam płytę, kładę palce na klawiaturze, zamykam oczy (nie potrzebuję patrzyć na klawiaturę podczas pisania, niczym Dave Mustaine na struny podczas grania). W ten sposób może choć w części uda się mi wyrazić emocje, jakie niesie ze sobą ta muzyka.

Z oddali słychać jakiś dźwięk. Tajemnicze buczenie staje się coraz bardziej wyraziste i głosniejsze. Dochodzą mych uszu jakieś gitarowe wibracje. W końcu wybucha pierwszy utwór, do gitarowej plątaniny dołącza piękny kobiecy operowy głos. Tajemniczo, klimatycznie, pięknie, cudownie, mrocznie... Wita nas pierwszy mężczyzna swoim ciężkim, głębokim głosem. W mrok "Der Mitternachtslowe" dostaje się jednak cudowny, ciepły drugi kobiecy głos, który jest jakby światłem w tunelu. Gdy utwór powitalny dobiega końca, do gry włącza się kolejny mężczyzna. Ta oto czwórka wokalistów towarzyszy nam od tej pory przez całą Gotycką Kabałę.

Muzycy obdarowywują nas doskonałym klimatem. Genialne połączenie różnych śmiesznych instrumentów typu flet z iście metalowymi, ale powolnymi i średnio ciężkimi gitarami wytwarza... błogi nastrój. To niesamowite uczucie potęguje fantastyczna śpiewająca czwórka. Cudowne melodie, dziwne uczucie tajemniczości i pełen nadzieji nastrój są fundamentem tego dwupłytowego albumu. Znajoma z metalowego świata, szybka rytmiczna perkusja została poważnie zmodyfikowana. Uderzenia zwinnie manipulowane nieustannie zmieniają swoją częstotliwość i również są składnikami tej przemiłej atmosfery, a nie tylko wystukącym rytm przedmiotem.

Kompozycje Theriona to półka, której mało który zespół może dosięgnąć. Nie ma bezlitosnych riffów i ultraszybkich solówek. Co z tego? Jeśli ktoś potrafi zrobić coś lepszego, nie używając przy tym znanych patentów, to musi być naprawdę bardzo dobrym muzykiem. Otóż to właśnie. Brakiem pomysłów Therion nie grzeszy. Tysiące bajerów, zmian tempa i tym podobnych rzeczy naprawdę nie pozwala się nudzić. Raz zespół raczy nas lwimi gitarami, żeby za chwilę sięgnąć po brathankowe hocki klocki i inne folkowe wstawki.


Nie słyszałem jeszcze, żeby ktoś w tak perfekcyjny sposób łączył muzykę rockową z symfoniczną. I jest mi niezmiernie przykro, że Therion nie ma zbyt wielu naśladowców. O ile Lemuria/Sirius B były płytami bardzo dobrymi, ta jest znakomita w każdym calu. Szybko wpada w ucho i długo tam zostaje. Od kilku dni nie potrafię słuchać niczego innego. Jestem zakochany nie tylko w samej wokalistce, ale całej muzyce Theriona. Nie mogę się od niej uwolnić... czego Wam również życzę. Proszę Was - nie ściągajcie mp3 - zakupcie oryginał.
Awatar użytkownika
slayer
-#Rainmaker
-#Rainmaker
Posty: 6853
Rejestracja: pt kwie 04, 2003 9:03 pm

Re: ! Recenzje !

Post autor: slayer »

Rotting Christ-Theogonia (Season Of Mist 2007)

Obrazek

Wielki, można nawet napisać, że kultowy, a już na pewno, że są grecką legendą metalowego grania. Zawsze ich ceniłem i szanowałem, nawet jak niebezpiecznie zaczęli kierować się w stronę gotyku i teraz po tym albumie dalej będę z nimi, mimo wszystko.
Theogonia jest mieszanką blacku i takich smaczków gotyckojakiśtam, no i zawiera w sobie jeszcze witaminę Rotting Christ, czyli nierozłączny fundament stylu. Zaczynając trochę nie od początku, napomnę o tych ‘smaczkach’ , mamy i babskie zawodzenie i klawisze, przy których walczyka w oddali można tańczyć. Jest bardzo melodyjnie, chyba najbardziej P2P2 zagęszczona płyta gnijących. Mam świadomość, że to teraz taka moda, że to może się podobać i generalnie na młodych fanów czy też wyznawców to świetna przynęta.
Ale niestety gdzieś w tym wszystkim Rotting Christ zatracił swoją agresję, tę wyższość. Tak jak zostało to wszystko nagrane na poprzedniej płycie ‘Sanctus Diavolos’, idealnie wymierzonej. Tutaj poszli za bardzo w tan. Oczywiście, że dalej jest to Rotting Christ i zrobili parę naprawdę dobrych riffow, przy których nóżka sama chodzi, parę solówek, które też robią wrażenie, ot taki Helios Hyperion – czy nie mogła być taka cała płyta. Chętnie wracam do wszystkich płyt Rotting Christ i myślę, że do tej też wrócę jeszcze, ale jednak pozostaje taki niesmak, że w pewnym sensie zawiedli w tym roku. Domyślam się, że dla wielu ta płyta może być dobra na pierwsze spotkanie z zespołem, bo jest lekka jak płatek róży, a kolców jest na niej naprawdę mało, ale jednak w black metalu czy jego pochodnych kolce muszą być.

5/10
Jazz is not dead, it just smells funny.
DeaDe
-#Ancient mariner
-#Ancient mariner
Posty: 738
Rejestracja: wt paź 12, 2004 6:06 pm

Re: ! Recenzje !

Post autor: DeaDe »

Buahaha! Chłopie, akurat też pisałem reckę tej płyty. Mamy troszkę inne zdania, więc chyba może zostać.


Rotting Christ- Theogonia


"Człowiek z zewnątrz" już po samej nazwie może się domyślić o co chodzi. Wiecie o co chodzi? Jeśli nie, to wiedzcie, że jeśli nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o black metal. A dokładniej - jeśli słyszycie nazwę "Rotting Christ", to niech Wam przychodzi na myśl black metal, ale melodyjny black metal. A jeśli usłyszycie hasło "melodyjny black metal", to skojarzcie z Rotting Christem. Jeśli ktoś powie Norwegia, to niech się Wam to skojarzy z black metalem. Ale jeśli ktoś zarzuci hasłem "Rotting Christ", to niech on się Wam nie kojarzy z Norwegią. Jeśli zaś ktoś powie Grecja, to przypomnijcie sobie moje słowa i odpowiedzcie "Rotting Christ". Jeśli usłyszycie gdzieś "Theogonia", to powiedzcie "Najnowszy album Rotting Christ". Jeśli usłýszycie "Najnowszy album Rotting Christ", odpowiedzcie "Theogonia".


Tym jakże pojebanym akcentem rozpoczynam sprawozdanie z wycieczki. Skoro już tak zaczęliśmy "skojarzeniowo", to powiedzmy sobie szczerze - mówiąc 'melodyjny black metal', mamy na myśli black metal z jakimiś wesołymi melodyjkami na klawiszach, gdzie jakiś gościu wesoło skrzeczy jak obłąkany. Błąd. Melodyjny black metal wcale nie musi być wesoły. Melodyjny black metal wcale nie musi mieć hepiendu i scen miłosnych. Melodyjny black metal jest black metalem, tylko że melodyjnym. Co to znaczy? To znaczy, że pozbawiony jest braku melodii. A melodia nie musi być wesoła... Przeciwnie...

Wróćmy jednak bezpośrednio do Theogonii... a właściwie to przejdźmy w końcu do Theogonii...

Albo nie. Zadajmy sobie najpierw pytanie - o co chodzi w black metalu? Klimat. W black metalu chodzi o klimat. Zamykamy oczy i oddajemy się władaniu ponurym dźwiękom, które - w zależności od naszego umysłu - przenoszą nas do jakiejś mrocznej krainy. W moim wypadku jest to las pełen trolli i wiedźm. Pełno kamieni, deszcz i wywyoływanie duchu. Może niezbyt wyszukane wyobrażenia, ale rodziny się nie wybiera (tfu! jak to szło?).

Wracając do Theogonii...

A, momencik, momencik. Dokończmy. A jaką w tym rolę ma melodyjność? Lepiej wchodzi. Dźwięki i szmery łatwiej są odbierane przez nasz mózg, jeśli są wysmarowane jakąś melodyjką. Poza tym melodia również buduje klimat. Jest jakby latarką w tej mrocznej krainie, do której prowadzi nas istota tej muzyki. Możemy patrzyć na ten okropny las trochę "jaśniej".

Theo...

Stop! Jeszcze wokal. Sprawa wokalu. Wokal. Wokalista wcale nie musi skrzeczeć jak jakiś koczkodan. Takie rozwiązanie również ma swoje zalety, ale można też zastosować bardziej ciężarny, mroczny i "ciemny" wokal, jak na przykład na nowej płycie Satyricona. Poza tym taki bardziej ludzki głos lepiej zgrywa się z "tajemniczymi", dziwnie spokojnymi klawiszami.

Theogonia. Najnowszy album Rotting Christ!

Otóż to właśnie. Najnowszy album Rotting Christ, czyli "Theogonia" jest melodyjnym black metalowym albumem, który wytwarza niespotykany, mroczny, leśny klimat. Dzięki owej melodyjności łatwiej się go przyswaja. Wrażenie to potęguje "gnijący" głos wokalisty. Album ten jest doskonałym przykładem przykładu melodyjnego black metalu, jaki przed chwilą opisywałem. Niemniej jednak Theogonia nie jest dziełem wybitnym, a jedynie dobrą płytą. Fani zespołu nie zawiodą się, fani true black metalu podzielą się, fani melodyjnego black metalu w sensie ponurego blacku ze smutną melodią nie zawiodą się, fani melodyjnego black metalu w sensie wesołego skrzeku z krainy truskawek zawiodą się, itd...
Awatar użytkownika
syzygy
-#Nomad
-#Nomad
Posty: 5049
Rejestracja: śr lip 13, 2005 9:56 pm

Re: ! Recenzje !

Post autor: syzygy »

Obrazek
Faith No More- Album Of The Year


Choć Faith No More szczerze uwielbiam (od niedawna co prawda, ale to się już nie zmieni- jestem tego pewien), pozwolę sobie bezczelnie na krytykę ich ostatniego albumu, który bywa przez niektórych recenzentów wychwalany pod niebiosa.
Gwoli wyjaśnień- sam go bardzo lubię, ale w moich oczach jest o klasę słabszy od dwóch poprzednich albumów zespołu- Angel Dust oraz King For A Day, Fool For A Lifetime.

Zaczyna się naprawdę wyśmienicie, gdyż otwierający Collison jest jednym z lepszych kawałków na płycie. (Swoją drogą sytuacja zupełnie odmienna od uwielbianego przeze mnie King For A Day..., gdzie pierwszy kawałek jest dla mnie najgorszym...) Kawałek dość ciężki, w porównaniu do wcześniejszego dorobku artystów. Kolejne dwa utwory równie dobre, numer 3- Last Cup Of Sorrow to jeden z moich ulubionych kawałków FNM w całej dyskografii... Innymi przebojami płyty są niewątpliwie Ashes To Ashes oraz Paths Of Glory.

Jak dotąd brzmi nieźle, prawda? W czym więc problem? Według mnie brak na tej płycie typowego dla FNM szaleństwa, którego braku nie można odmówić poprzednim dwóm płytom. Brak mi tu kawałka w stylu „The Gentle Art Of Making Enemies”, „Ugly In The Morning” czy „Jizzlobber” W podobny, lekko schizowaty klimat próbują wpasować się kawałki takie jak np. „Naked In A Front Of Computer”, „Got That Feeling”... powiedzmy sobie szczerze- z miernym skutkiem. Brakuje mi tu wcześniejszej świeżości, polotu... Honoru “dziwnych” kawałków dzielnie broni „Mouth To, Mouth”, choć to i tak nie to samo- brak wariactwa zawartego w 3 utworach przytoczonych wcześniej z innych albumów...
Powoduje to, że płyta jest zbyt poukładana, jednolita...za mało eksperymentów, od których przecież aż kipiała poprzedniczka. Oczywiście można powiedzieć, że to żaden zarzut, nie każdy musi lubić taką stylistykę FNM...dla mnie jednak to dość poważny problem tej, skądinąd całkiem dobrej płyty.
Zakończenie płyty także niezbyt wybitne. Pristana to chyba najsłabszy „zamykacz” spośród 4 płyt nagranych z Pattonem na wokalu. (...już oszczędzę temu kawałkowi porównań do „Just A Man”) Co więcej, przedostatni Home Sick Home jest jeszcze słabszy, więc właściwie po genialnym Paths Of Glory nie ma już na co czekać i ostatnie dwa utwory najczęściej przelatują obok mnie...

Jak już wspomniałem, Album Of The Year jest niestety ostatnią płytą Faith No More.
Jednakże nie ma się czym za bardzo martwić, wokalista Mike Patton (o którego głównie tu chodzi) angażował się w tyle projektów, że ubogość dyskografii FNM po ich zgłębieniu schodzi na dalszy plan.

Podsumowując- nie mogę powiedzieć, żeby to był kiepski album. Mike Patton nie schodzi z pewnego poziomu.... więc tym bardziej moje oczekiwania są większe i patrzę na każdą płytę sygnowaną jego nazwiskiem surowiej, niż zwykle. Tutaj się lekko zawiodłem.

8/10


Żeby było jasne- recenzja ta ma charakter lekko prowokacyjny (choć wszystkie poglądy w niej przedstawione są jak najbardziej przeze mnie wyznawane), ocenę jak widać i tak dałem niezłą :P
The Burczax
-#Moonchild
-#Moonchild
Posty: 1699
Rejestracja: sob kwie 22, 2006 2:13 pm
Skąd: Bielsko-Biała

Re: ! Recenzje !

Post autor: The Burczax »

1. "Hells Bells" - 5:12
2. "Shoot to Thrill" - 5:17
3. "What Do You Do for Money Honey" - 3:354. "Givin the Dog a Bone" - 3:31
5. "Let Me Put My Love into You" - 4:15
6. "Back in Black" - 4:15
7. "You Shook Me All Night Long" - 3:30
8. "Have a Drink on Me" - 3:58
9. "Shake a Leg" - 4:05
10. "Rock and Roll Ain't Noise Pollution" - 4:16

Obrazek



Zacząłbym od słow: płyta geniusz, niesamowita i każdy ze mną zapewne by się zgodził. Więc ten album został wydany w roku 1980, kiedy to zmarł wokalista zespołu Bon Scott[*]. AC/DC rozważało rozwiązanie, ale tego nie zrobili. Na nasze (fanów) szczęście. Zgłosił się do nich na przesłuchanie pewien mieszkaniec Newcastle. Dostał pracę w zespole. Właśnie ten pan, czyli Brian Johnson zaśpiewał na płycie Back In Black genialnie. Jego wokal był wtedy zadziorny, mocny, trochę skrzeczący. Wróćmy do albumu. Long Play był bardzo ważny dla zespołu. Można powiedzieć, że przyszłość zespołu zależała od tego albumu. Jak się później okazało był to największy sukces komercyjny zespołu. Sprzedały się dziesiątki milionów płyt na całym świecie. Hołd dla zmarłego wokalisty był skromny, ale dobitny: czarna okładka i pierwsza piosenka. Przejdźmy do utworów:
1. Hells Bells - na początek AC/DC nagrali utwór, który wyraża hołd dla zmarłego wokalisty Bona Scotta. Jest to utwór o smutnej atmosferze, ale bardzo chwytliwy. Świetna solówka Angusa. Mocny początek. 10/10
2. Shoot to Thrill - bardzo energetyczny kawałek. Wspaniale się go słucha. Najwspanialszy jest moment zwolnienia w utworze, po nim następuje wybuch energii. Równie świetnie co w studiu wypada na koncertach. 10/10
3. What Do You Do for Money Honey - w tym utworze jest świetny chwytliwy bas. Riff gitarowy nie jest jakiś świetny, ale ciekawe solo nam Angus proponuje. 9/10
4. Givin the Dog a Bone - utwór bardzo dobry, zresztą jak wszystkie na tej płycie. Świetna gra gitar, ciekawy refren i głos Briana przyciągają do tego utworu. Tekstowo jest tak, że porównują w tym utworze kobietę do psa. Z czego musieli się tłumaczyć. 9/10
5. Let Me Put My Love into You - utwór nagrany w atmosferze takiej ponurej, powolnej. Jest to świetna piosenka. W ziemię wgniata refren, bardzo chwytliwy. 10/10
6. Back in Black - piosenka tytułowa.W tym utworze najgenialniejszy jest riff. Prawdziwy majstersztyk. Wokal też bardzo dobry. Utwór dużo mówiący o zespole, że powrócili i to w wielkim stylu. 10/10
7. You Shook Me All Night Long - najbardziej komercyjny utwór zespołu, jeśli tak można powiedzieć Razz . Świetny refren, tekst też dobry. Genialne z tego utworu jest także solo Angusa, jedno z jego lepszych. 10/10
8. Have a Drink on Me - moim zdaniem jest to najsłabsza piosenka, ale i tak świetna. Tekst taki w stylu Bona, o alkoholu. Ciekawy bas w tym nagraniu serwuje nam Cliff Williams. 8/10
9. Shake a Leg - niesamowicie żywiołowy utwór. Zaczyna się dość spokojnie, a po chwili przemienia się w bardzo żywiołowego killera. Utwór podkreśla świetne solo Angusa.
10. Rock and Roll Ain't Noise Pollution - piosenka zamykająca płytę. W pewnym sensie hymn na cześć rocka. Świetna piosenka. Taka AC/DC-owa ballada. 10/10
Podsumowanie:
Back In Black jest jedną z najlepszych płyt AC/DC pod względem artystycznym, a także najlepszą pod względem sukcesu komercyjnego. Płyta którą udwowodnili kto rządzi Twisted Evil Ogólna ocena albumu : 10
Stormshield
-#Moonchild
-#Moonchild
Posty: 1908
Rejestracja: śr wrz 13, 2006 8:58 pm
Skąd: Tychy/Katowice

Re: ! Recenzje !

Post autor: Stormshield »

Heathen - Demo 2005 [demo]

Czy w czasach, w których praktycznie każdy może nagrać album warto zajmować się demówkami składającymi się z zaledwie trzech utworów? Szczerze mówiąc dla takich wydawnictw jak ostatni twór Heathen trzeba poświęcić czas, bo to co faceci z tej kapeli wysmażyli przekroczyło moje najśmielsze oczekiwania co do thrash metalu XXI wieku.

Choć grupa zeszła się w 2001 roku jest to pierwszy materiał składający się w całości z premierowych kawałków od prawie 15 lat. Prosto z mostu: „Empty Nothingness”, „Dying Season” i „Arrows of Agony” zabijają w każdej sekundzie, a każdy z nich trwa ponad 6 minut. Co do długości utworów kapela nas już przyzwyczaiła, również to jakie one są nie powinno być zaskoczeniem. Jest klasycznie, szybko, agresywnie, aczkolwiek melodyjnie, czyli tak jak powinien brzmieć thrash z Bay Area. A jednak czuć w tych kawałkach specyficzną moc i nowoczesność.

Właściwie każdy muzyk udzielający się na tym wydawnictwie zasługuje na uwagę. Altus i Lauderdale serwują nam ostre, poszarpane riffy, wplatając gdzieniegdzie akustyczne smaczki i efekty, Torres dudni na basie aż miło, a Minter wali po garach ze świetnym feelingiem. Co do wokali to słychać, że White posunął się trochę w latach, ale nie znaczy to, że śpiewa gorzej. Słychać lekką chrypę w jego głosie, ale nadal potrafi wyciągnąć wyższe rejestry i całkiem nieźle mu to wychodzi. Na pewno jego wokal stał się mocniejszy i... brudniejszy? Dla mnie to zaleta.

Wracam do tej demówki często i chętnie za każdym razem będąc pod wrażeniem tych trzech utworów, które łatwo wpadają w ucho i zostają w głowie na długo, co nie znaczy że mamy do czynienia z jakimś pitu, pitu.
Więc: Never show your fear!, zasysać, słuchać i dać się porwać. Dla mnie jeden z najlepszych materiałów 2005.

Czekam na pełny album z niecierpliwością.

http://www.heathenmetal.com/phpbb2/viewtopic.php?t=369

Exodus - Shovel Headed Kill Machine [CD]
Obrazek

Po wydaniu "Tempo of the damned" sytuacja w grupie Gary'ego Holta mogła co najmniej zaniepokoić fanów Exodusa. Wyrzucenie w trakcie trasy koncertowej Zetry, późniejsze odejście Hunolta i Huntinga postawiło przyszłość zespołu pod znakiem zapytania. Zatrudnienie nikomu nie znanego Roba Duke'sa wywołało zdziwienie, przyjęcie Paula Bostapha radość i sceptycyzm, jak długo pogra zanim znów zastąpi Dave'a Lombardo. Skład uzupełnił Lee Altus dochodząc już w trakcie trwania sesji nagraniowej. Wielu się zastanawiało czy po tak ciężkim okresie uda się Exodusowi nagrać dobrą płytę biorąc również pod uwagę poziom jej poprzednika. No cóż, udało się im do cholery!

Jest to chyba najbardziej agresywny album od czasów "Bonded By Blood". Już widzę te skwaszone miny, ale taka jest prawda, choć do debiutu "Shovelowi" sporo brakuje. Jest bezkompromisowo, szybko, ciężko ale także chwytliwie. Rob pluje jadem aż miło. Facet ma cholernie mocne gardło i jak chodzi o wściekłość jego głosu wyprzedza Zetrę i Baloffa. Jednak pod względem techniki zostaje jeszcze daleko w tyle za nimi. Nie zapominajmy, że jest to jego debiut, a jak na ten brzmi niesamowicie.

Co do reszty nowych członków: Bostaph udowodnił już swoją wartość w Slayerze, Testamencie i Forbidden, więc nie można się było spodziewać czego innego niż konkretnego napieprzania na garach. Jestem jednak troszkę rozczarowany, choć biorąc pod uwagę, że (podobno) na rozpisanie własnych partii miał zaledwie dwa tygodnie wyszło mu to świetnie. Znany z Heathen i Angel Witch Lee Altus miał najmniej do powiedzenia na tym albumie, bo jak już wspomniałem dołączył do składu już w trakcie sesji nagraniowej słabo znając materiał. Zdążył jednak nagrać partie solowe początkowo przeznaczone dla Ricka i cholernie mnie cieszy, że możemy choćby w niewielkim stopniu podziwiać niezaprzeczalny talent tego wioślarza na nowym albumie Exo.

Teraz parę słów o samych utworach. Wspomniałem już, że album jest agresywny i bezkompromisowy. Już od pierwszego kawałka uderza nas fala riffów, dudniący bas i napieprzająca perkusja. Właściwie cała płyta jest utrzymana w tej konwencji, lecz nie brak jej chwytliwości, a pod tym względem królują "Going going gone", "I am abomination" i "Shudder to think". Na szczególną uwagę zasługuje "Deathamphetamine", pełen wściekłości, 8 i pół minutowy kolos, będący bodajże najbardziej osobistym kawałkiem napisanym przez Holta. Posiada on świetne zwolnienie i solówki. "Altered boy" to najwolniejszy utwór na "Shovelu" i moim zdaniem najsłabszy. Dużo ludzi się nim zachwyca, ale do mnie specjalnie nie trafia, co nie znaczy, że nie daje rady. Dobry kawałek, ale są lepsze. Co do reszty to bardzo lubię tytułowy, ".44 magnum opus" i "Raze".

Choć brakuje mu trochę do najlepszych tworów zespołu Exodus nagrał bardzo dobry, kopiący po ryju, album udowadniając, że sukces "Tempo Of The Damned" nie był kwestią przypadku. Holt dalej pisze świetne utwory, a z tym składem ma szanse nagrać jeszcze wiele wspaniałych płyt i pokazać jak powinien brzmieć thrash XXI wieku.
Awatar użytkownika
syzygy
-#Nomad
-#Nomad
Posty: 5049
Rejestracja: śr lip 13, 2005 9:56 pm

Re: ! Recenzje !

Post autor: syzygy »

Obrazek
Disturbed- The Sickness

Disturbed jest dość specyficznym zespołem. Przypuszczam, że osób, które wymieniają ten zespół jako swój ulubiony, można ze świecą szukać. Ale nie o to w Disturbed chodzi, nie jest to zespół, który ma powalić na kolana, którego płyty można słuchać w nieskończoność bez znudzenia. W moim odczuciu muzyka Disturbed ma służyć zupełnie czemuś innemu. Jest to zespół, który bardzo szybko można ogarnąć, nie trzeba rozgryzać kolejnych płyt, by w końcu cieszyć się ich muzyką. Disturbed ma od razu przywalić z pół obrotu, dać się ponieść słuchaczowi tej muzyce, by parę dni później odłożyć płyty na półkę i zapomnieć o ich istnieniu. W takiej kategorii- miłego przerywnika sprawdza się wprost wyśmienicie..

Czymś co niewątpliwe przyciąga do Disturbed jest głos wokalisty Davida Draimana. Ma on charakterystyczną manierę śpiewania, coś, co może przypominać rap- rytmicznie wyrzuca z siebie kolejne wersy kawałków, co idealnie komponuje się z ciężkimi riffami gitar w tle. Jednakże, gdy trzeba potrafi także zaśpiewać melodyjny, wpadający w ucho refren. Oprócz tego wydaje niekiedy różne dziwne dźwięki, typu „ha, yeah, uaaa” i takie tam wrzaski. Brzmi to może niezbyt zachęcająco, ale do muzyki, jaką gra zespół pasuje wyśmienicie, nadając jej większej mocy, kolorytu. Gdy po raz pierwszy usłyszałem ten zespół, właśnie wokal nie dał mi o nim zapomnieć, niewątpliwie jest czymś, co wyróżnia Disturbed z tłumu niewyraźnych, młodych zespołów.
Zaatakowali mocno już od samego początku- debiutancka płyta The Sickness to niesamowita dawka energii, czuć, że chłopaki czują to, co grają, że sprawia im to wielką radość.


Wszystkie kawałki na omawianej przeze mnie płycie, są zbudowane na podstawie podobnego schematu. Prawie same hiciory, w zasadzie każdy pasowałby na singiel. Wśród moich ulubionych muszę wymienić mocny otwieracz „Voices”- uwielbiam takie początki, od razu człowiek przestaje się zastanawiać, czy aby na pewno chce mu się słuchać tej płyty w tym momencie. :P Na słowa uznania zasługuje też niewątpliwie „Fear”- jak dla mnie esencja Disturbedowego grania- kop w dupę nie z tej ziemi. Na płycie znalazł się także jeden cover, co później stało się tak jakby tradycją- na dwóch pozostałych LP Disturbed także znajdziemy po jednym coverze. Na the Sickness jest to Shout 2000. Nie mam pojęcia, kto wykonywał ten kawałek w oryginale, na pewno słyszałem w radio kiedyś. Ktokolwiek by to nie był, Disturbed znokautowało wersje oryginalną. Utwór wydaje się być pisany pod Davida, jego głos nadaje mu nowy wymiar.
Wyśmienity jest także kawałek nibytytułowy- Down To The Sikness oraz The Game, Conflict... w zasadzie to wszystkie zawarte na płycie mają mniej więcej tą samą dawkę energii, stoją na bardzo przyzwoitym poziomie.
Album zawiera 12 kawałków, co składa się na niecałą godzinę grania. Płyta przez to, ze nie jest za długa nie męczy, co czuję, że mogłoby się zdarzyć, gdyby chłopaki przesadzili z liczbą utworów. Jednak do niczego takiego nie doszło, wszystko jest jak najbardziej ok i o znudzeniu raczej nie ma mowy.
Muzyka Disturbed sprawdza się także wyśmienicie do słuchania w „ruchu”. Słysząc te mocne riffy i charyzmatyczny głos wokalisty od razu łatwiej i szybciej się idzie. :P


Oceny nie będzie, bo musiałbym skrzywdzić ten album- mimo wszystko...
Awatar użytkownika
syzygy
-#Nomad
-#Nomad
Posty: 5049
Rejestracja: śr lip 13, 2005 9:56 pm

Re: ! Recenzje !

Post autor: syzygy »

Obrazek
Iced Earth- Overture Of The Wicked

Lider zespołu Iced Earth, Jon Schaffer uwielbia porównania. Po nagraniu Burnt Offerings, pierwszej płyty z Mattem Barlowem na wokalu, ukazało się wydawnictwo Days Of Purgatory- nagrane ponownie kawałki z dwóch pierwszych płyt, już z nowym wokalistą w składzie. Tym razem Jon postanowił nagrać „tylko” trzy kawałki, znane nam z poprzednim wokalistą przy mikrofonie, Mattem. Jednakże tych dwóch wydawnictw nie ma sensu nawet porównywać, o ile nagranie DoP jestem w stanie zrozumieć (m.in dlatego, że jestem fanem głosu Matta Barlowa, który poradził sobie ze starym materiałem świetnie), tak wydanie singla, na którym znajdują się 4 kawałki z czego 3 to właśnie powtórka z rozrywki to gruba przesada...tym bardziej, że Tim Owens- kontrowersyjny następca Barlowa nijak do tych kawałków nie pasuje.

Ale po kolei. Klapa „ulepszonej” trylogii z SWTWC nie jest tylko winą Rippera. Wielki udział w klęsce na całej linii ponosi brzmienie. Jest okropnie suche i bezbarwne, nijak ma się do soczystego, masywnego brzmienia mojego ukochanego zespołu z lat 90. Bardziej przywodzi na myśl Glorious Burden, choć trzeba uczciwie przyznać, że aż tak tragicznie nie jest. Mimo to, tak dobrze znane i uwielbiane przeze mnie riffy trylogii zostały niewybaczalnie spłycone. W moim użalaniu się nie ma cienia przesady- wystarczy posłuchać głównego riffu z ostatniego kawałka, Coming Course... ledwie daje się rozpoznać dawny jego kształt a i to pod warunkiem, że znamy go na pamięć oraz mocno wysilimy wyobraźnie. Dawna magia gdzieś się ulotniła i (jak to ładnie ujął Artur) z jednego z lepszych riffów IE zrobił się jeden z gorszych. Serce się kraje.

Wrócę jednak do głównego „bohatera” tego wydawnictwa. Nie spodziewałem się niczego dobrego, gdy dowiedziałem się o planach wydania tego singla. Jednak nawet ja nie przewidziałem, że Tim spisze się tak marnie.
Paradoksalnie najlepiej wypadł kawałek, który w ciemno obstawiałem, ze będzie tragiczny- The Prophercy. Odpowiednio przemodelowany pod głos Owensa prezentuje się całkiem przyzwoicie. O ile się nie zna oryginału. Wspaniały wstęp kawałka przerobiono tak, by Ripper nie musiał się męczyć z delikatnymi partiami, które tak genialne śpiewał Barlow, a których jego następca po prostu nie potrafi śpiewać- wystarczy posłuchać bootlegów. Może teraz, gdy będą grać ten kawałek na koncertach, nie będzie już takiej żenady, bo jak wspomniałem cała delikatność wstępu gdzieś wsiąkła, dołączono mocne gitary (i kto tu potrzebuje dociążenia brzmienia?) i Owens śpiewa pełną parą, co znaczenie lepiej mu wychodzi, tak więc wstęp wypada w miarę poprawnie. Gorzej, gdy przejdziemy do środkowej, w pierwowzorze dynamicznej części utworu. Problem w tym, że w nowej wersji nigdzie nie można usłyszeć dawnego pazura. Brzmienie daje znać o sobie i riff wypada, delikatnie mówiąc kiepsko..ale jeszcze daje się go rozpoznać, więc chyba powinienem się w sumie cieszyć. Na dokładkę, wokal Tima jest równie niemrawy- śpiewa nudno jak organista w kościele, absolutnie nic nie zostało ze znanego mi tak dobrze kopa. No, ale mimo wszystko jak już mówiłem, jest to jedyny kawałek, który można uznać za nagrany w miarę poprawnie. Ratuje go także dodanie ciekawych elementów, jak np, jakichś egzotycznych bębenków, które nadają naprawdę niezły klimat- widziałbym je chętnie w oryginale.

Drugą częścią trylogii jest kawałek Birth Of The Wicked. Tu z kolei oczekiwałem powtórki na dość wysokim poziomie. Zawiodłem się na całej linii. Zupełnie niezrozumiałą rzeczą jest dla mnie to, że Owens (który tylko piać umie dobrze) śpiewa tak nisko. Jestem przekonany, że gdyby „podbić” go troszkę wyżej kawałek mógłby tylko na tym zyskać. A tak otrzymujemy kawałek zaśpiewany porównywalnie nudno i bez wyczucia, jak środek Prophercy.. tylko, ze tutaj nie ma absolutnie żadnego elementu, który by poratował utwór, który zamiast dawnych ciarek na plecach, wywołuje jedynie szyderczy uśmieszek.

Kolejną zmianą na minus była decyzja o wywaleniu wstępu granego na fortepianie przed Coming Course. Riff, jak już raz wspomniałem, jest obdarty z dawnej świetności. Ripper zarówno w zwrotkach jak i refrenach zachowuje się identycznie jak w Birth- klapa na całej linii. Co dziwne, nawet górki wypadają dość średnio.. Fragment „I’m your antychrist” brzmi jakoś tak sztucznie, wyprany z wszelkiej dawnej energii, jaką dawał tym wersom Matt Barlow.
Elementem pozytywnym, są zmienione w stosunku do oryginału chórki- bardziej orientalne, co wspomaga imitowanie egipskiego klimatu. Ten element także chętnie bym przeniósł na album SWTWC. Jednakże tutaj nie ma to większego znaczenia gdyż kawałek jest niesłuchalny.

Ciekaw jestem jednego- reakcji Matta, gdy usłyszał jak wspaniale zastępuje go Tim Owens. Ja na jego miejscu pękłbym chyba ze śmiechu.

Ale zaraz- jest jeszcze jeden kawałek, na samym początku singla- zupełnie świeżutki i nieobciążony przeszłością „Ten Thousand Strong”. I tutaj już spokojnie można odetchnąć z ulgą- kawałek prezentuje się naprawdę przyzwoicie, co mimo wszystko dobrze wróży albumowi, który usłyszymy jeszcze w tym roku. Nie jest to co prawda jakiś niesamowity killer, jednakże utwór miło wpada w ucho i nie daje o sobie przez jakiś czas zapomnieć.
Nawet brzmienie tak bardzo nie przeszkadza, słuchając riffu można od razu bezbłędnie rozpoznać, że gra go Jon Schaffer- charakterystyczny styl zespołu z nie tak znowu dawnych lat został zachowany, czego nie można było powiedzieć słuchając poprzedniego albumu IE, kompletnego niewypału (brzmieniowego, jak i kompozycyjnego) zwanego dumnie Glorious Burden. Jest o niebo lepiej…ale i tak od mięsistych riffów zawartych na Burnt Offerings dzielą te partie gitarowe lata świetlne.

Nowe Iced Earth brzmi tutaj bardziej podniośle, niż za dawnych czasów, skojarzenia z Gloriuos Burden a zwłaszcza z takimi kawałkami jak Declaration Day są nieuniknione. Mam tylko nadzieję, że Ten Thousand Strong nie podzieli losu tego kawałka i nie będzie jedynym słuchalnym utworem na płycie.
Cały ten patos na szczęście jednak nie przeszkadza, pasuje do głosu Tima, więc wreszcie nie mam się czego za bardzo czepiać, z czego jestem bardzo zadowolony i oczekuję dobrego albumu.
Obym się nie przeliczył. Trylogii SWTWC na szczęście na nim nie usłyszymy, więc można spróbować puścić ją w niepamięć....choć ja takiego partactwa i zbezczeszczenia mojej prywatnej świętości nigdy Timowi nie wybaczę.... po cichu liczę, że historia lubi się powtarzać i Owens zakończy swoją „błyskotliwą” karierę w IE po wydaniu 2 albumów- jak to miało miejsce w Judas Priest,
Istnieje tylko jeden właściwy dla Iced Earth wokalista.
ODPOWIEDZ